Dzień po dniu tego nieprzerwanego kontaktu z nieznajomymi wiele nauczył Nirgala, przynajmniej równie wiele jak szkoła. Nie chodziło o to, że opuścił Zygote słabo zorientowany w kwestiach kontaktów międzyludzkich; jej mieszkańcy prezentowali przecież tak wielką różnorodność zachowań, że młodzieńca niewiele mogło zaskoczyć w tym względzie. W gruncie rzeczy, jak zaczynał powoli pojmować, wzrastał w czymś w rodzaju przytułku dla dziwaków, skupisku ludzi, których charakter mocno zmieniły wyjątkowo ciężkie lata, pierwsze, jakie spędzili na Marsie.
A jednak stale się pojawiały jakieś niespodzianki. Tubylcy z północnych miast, na przykład — i nie tylko oni, ale także prawie każdy, kto nie pochodził z Zygory — okazywali sobie bliskość w sensie fizycznym inaczej niż przywykł do tego Nirgal. Nie dotykali się zbyt często, nie ściskali, nie traktowali w sposób pieszczotliwy, rzadko popychali się dla zabawy lub poklepywali. Nie kąpali się też razem, chociaż niektórzy z nich chodzili się pouczyć do publicznych łaźni Sabishii. Z tego też powodu wielu ludzi zawsze zaskakiwał dotyk Nirgala. Poza tym według nich mówił dziwaczne rzeczy i nie rozumieli, jak można lubić biegać przez cały dzień. Jednakże ta odmienność młodzieńca z Zygoty z jakichś, trudnych do pojęcia powodów przyciągała do niego inne osoby, toteż nie minął nawet miesiąc, a Nirgala wplątano w nieskończoną liczbę spotykających się ze sobą grupek, zespołów, paczek i ekip. Miał świadomość, że wywalczył sobie w jakiś sposób własne miejsce w tej społeczności, że był przewodnikiem niektórych z tych grup; wiele osób podążało za nim od kafeterii do kafeterii, dzień po dniu. Aż wreszcie zaistniało coś takiego jak „paczka Nirgala”. Szybko nauczył się, jak uciec przed innymi, jeśli nie miał ochoty na kontakty z nimi. Jednak to zdarzało się rzadko, zwykle cieszył się z towarzystwa.
Często działo się tak, gdy w jego otoczeniu przebywała Jackie.
— Znowu Jackie! — zauważył Art. Nie pierwszy ani nie dziesiąty raz jego przyjaciel o niej wspominał.
Nirgal skinął głową, czując, jak przyspiesza mu tętno.
Jackie także przyjechała do Sabishii wkrótce po Nirgalu. Zamieszkała blisko niego i razem chodzili na niektóre zajęcia. W stale zmieniającej się grupie przyjaciół czasami popisywali się przed sobą — zwłaszcza w tych częstych sytuacjach, kiedy któreś z nich interesowało się jakąś inną osobą lub było obiektem jej zainteresowania.
Wkrótce jednak zrozumieli, że nie mogą sobie folgować w takim zachowaniu, jeśli nie chcą odstraszyć innych partnerów. A żadne z nich tego nie chciało. Zastosowali więc samokontrolę i postępowali tak bardzo rzadko — chyba że jemu lub jej naprawdę nie podobała się „konkurencja”. Jednak w jakiś sposób oceniali wzajemnie swoich partnerów: tym samym akceptowali fakt wywierania na siebie wpływu. Cała ta misterna gra przebiegała bez jednego słowa; sporadycznie i tylko określonym zachowaniem ujawniali, że mają do siebie prawo. Każde z nich spotykało się z wieloma innymi osobami, nawiązując nowe kontakty i przyjaźnie, miewając romanse. Czasami nie widywali się całymi tygodniami. A jednak na jakimś głębszym poziomie (Nirgal potrząsnął desperacko głową, próbując wyrazić swe uczucia słowami) „należeli do siebie”.
Ilekroć jedno z nich kiedykolwiek potrzebowało potwierdzenia tej więzi, drugie natychmiast reagowało kuszącym spojrzeniem i błyskiem podniecenia w oku. A wtedy znowu coś się między nimi zaczynało. Zdarzyło się to tylko trzy razy w ciągu trzech lat, które spędzili w Sabishii i dzięki tym „spotkaniom” Nirgal wiedział, że on i Jackie są w jakiś sposób ze sobą połączeni — oczywiście, głównie ze względu na wspólne dzieciństwo i na wszystko, co się zdarzyło w trakcie minionych lat, ale nie tylko: było w tym także coś więcej. Po prostu — wszystko, co robili razem, wydawało się jakieś inne, niż kiedy robili to samo z innymi ludźmi; gdy Nirgal robił coś z Jackie, zawsze i wszystko przebiegało z większym napięciem.
W kontaktach ze znajomymi nic nigdy tak nie obfitowało w znaczenie albo w niebezpieczeństwo. Nirgal nie mógł narzekać na brak przyjaciół — miał ich masę, stu, może nawet pięciuset. Zawsze się na wszystko zgadzał, zawsze mówił „tak”. Często zadawał pytania, często słuchał, a rzadko spał. Chodził na zebrania pięćdziesięciu różnych organizacji politycznych, zgadzał się z nimi wszystkimi, spędzał wiele nocy na rozmowach, na decydowaniu o losie Marsa i o przyszłości rasy ludzkiej. Z niektórymi osobami rozumiał się lepiej niż z innymi. Zdarzało się, że spotkawszy jakiegoś tubylca z północy, rozmawiał z nim i czuł nagłą empatię, zaczynając w ten sposób przyjaźń, która mogła trwać wiecznie. W ciągu studenckiego okresu zdarzało się to nader często. Chociaż niekiedy czuł się zaskoczony czyimś działaniem, którego nie potrafił zrozumieć, jako że było całkowicie obce jego mentalności; przypominało mu to po raz kolejny, jakie pustelnicze czy nawet klaustrofobiczne wychowanie otrzymał w Zygocie — wychowanie, za sprawą którego pozostał osobnikiem w jakimś sensie czystym; był niczym duszek, który dorastał pod ślimaczą muszlą.
— Nie, to nie Zygota mnie ukształtowała — wyjaśniał Artowi, oglądając się za siebie, aby sprawdzić, czy Kojot naprawdę śpi. — Człowiek nie może wybrać sobie dzieciństwa, ono ci się po prostu przytrafia. Ale później możesz już wybierać. Ja wybrałem Sabishii. I ono tak naprawdę mnie stworzyło.
— Może — mruknął Art, pocierając brodę. — Ale dzieciństwo to nie tylko okres życia trwający ileś lat. Również, a może przede wszystkim, wizja, którą potem o tych latach sobie tworzysz. Oto dlaczego dzieciństwo każdego z nas zawsze jest takie długie.
Pewnym świtem głębokośliwkowy kolor nieba spektakularnie rozwidnił żebrowe pasmo Acheron, które wynurzyło się na północy. Wyglądało jak fantastyczny Manhattan, gdzie do pewnej wysokości drapacze chmur zlały się w litą skałę. Kanionowa kraina pod żebrem mieniła się różnymi barwami, sprawiając, że popękana powierzchnia wyglądała jak pomalowana.
— Ależ tu dużo porostów — zauważył Kojot.
Sax wspiął się na siedzenie obok niego i pochylił do przodu, niemal dotykając nosem przedniej szyby; okazał tak wielkie ożywienie, jakiego nie dostrzegli u niego ani razu od czasu uratowania z Kasei Vallis.
Pod samym szczytem acheronowego żebra znajdowała się linia zwierciadlanych okien, prezentujących się niczym diamentowy naszyjnik, a na szczycie grzbietu — długi zielony tuf wulkaniczny pod efemerycznym poblaskiem namiotu. Na ten widok Kojot wykrzyknął:
— Wygląda, jak gdyby ktoś tu ponownie zamieszkał!
Sax skinął głową.
Spencer, patrząc ponad ich ramionami, dodał:
— Zastanawiam się, kto jest w środku.
— Nikt — odparł Art. Popatrzyli na niego, a on kontynuował: — Słyszałem o tym podczas wykładów wprowadzających w Sheffield. To projekt Praxis. Odbudowali miasto i klinikę. Wszystko jest gotowe i teraz tylko czekają.