Выбрать главу

— R-r-r…

Popatrzyli po sobie.

— W porządku — oznajmił Nirgal; ponownie uderzyło go wspomnienie Simona.

Doszli do kolejnego zagonu listowia. Tereny, które porastała roślinność, wyglądały, jak małe, ustawione na wolnym powietrzu pokoje, rozdzielone strefami suchej skały i piasku. Sax spędzał około piętnastu minut na każdym z zamarzniętych turniowych pól, kręcąc się niezgrabnie dokoła. W okolicy było wiele różnych gatunków flory i dopiero, gdy obejrzeli już wiele kotlin i zagłębień, Nirgal zaczął zauważać, że niektóre z roślin pojawiają się ponownie. Żaden z organizmów nie przypominał tych, które Nirgal sam hodował w Zygocie, nie były też takie jak te, które widział w szkółkach roślinnych w Sabishii. Tylko organizmy pierwszego pokolenia — porosty, mchy i trawy — w ogóle wyglądały znajomo, przypominając ściółkę ziemną porastającą wysoko położone baseny ponad Sabishii.

Sax nie próbował znowu przemówić, ale jego lampka na hełmie wyglądała jak wskazujący palec i Nirgal często kierował własną latarenkę na ten sam teren, podwajając w ten sposób oświetlenie. Niebo powoli różowiało i zaczął się czuć tak, jak gdyby wraz z Saxem znajdował się w jakimś zacienionym miejscu planety, ze światłem słonecznym tuż nad głową.

Nagle Sax odezwał się:

— Dr…! — i nakierował lampę hełmu na strome żwirowe zbocze, powyżej którego wyrosło kłębowisko drzewiastych gałęzi, niczym siateczka położona po to, by zatrzymać w miejscu skalny rumosz. — Dr…!

— Driada?! — spytał Nirgal, ponieważ wydało się mu, że rozumie, co chce powiedzieć Sax.

Starzec z naciskiem skinął głową. Skały pod ich stopami pokryte były jasnozielonymi zagonami porostów. Russell wskazał na jeden z nich i wydusił z siebie:

— Jabłkowe. Czerwone. Mapa. Mech.

— Hej — zauważył Nirgal. — Powiedziałeś to naprawdę dobrze.

Wzeszło słońce, rzucając cienie obu mężczyzn na żwirowe zbocze. Nagle małe kwiaty driady pojawiły się w słońcu; płatki w kolorze kości słoniowej tuliły w sobie złote pręciki.

— Driada — zaskrzeczał Sax.

Snopy światła z lamp na hełmach dwóch mężczyzn stały się teraz zupełnie niewidoczne i kwiaty płonęły barwą dziennego światła. Nirgal usłyszał jakiś osobliwy dźwięk w interkomie, wejrzał w hełm Saxa i za szybką zobaczył, że starzec najwyraźniej płacze. Po policzkach ciekły mu łzy.

Nirgal zamyślił się nad mapami i zdjęciami regionu.

— Mam pomysł — powiedział w pewnej chwili do Kojota.

Tak więc tej nocy pojechali do Krateru Nicholsona, który znajdował się od nich czterysta kilometrów na zachód. Spadający kabel musiał wylądować na tym wielkim kraterze, przynajmniej na jego pierwszym pasie, pomyślał Nirgal, więc przyszło mu do głowy, że tuż przy stożku może się znajdować jakiegoś rodzaju pęknięcie lub szczelina.

Rzeczywiście, kiedy wjechali na niskie wzgórze o płaskim szczycie, które stanowiło północne przedpole krateru, dotarli do zerodowanego stożka i ich oczom ukazał się niesamowity widok: czarna linia, przecinająca sam środek krateru jakieś czterdzieści kilometrów od nich; wyglądała jak pozostałość po jakiejś dawno zapomnianej rasie gigantów.

— Coś… Wielkiego Człowieka — mruknął Kojot.

— Kosmyk Wielkiego Człowieka — podsunął mu Spencer.

— Albo czarna nitka dentystyczna — dodał Art.

Wewnętrzna ściana krateru była o wiele bardziej stroma niż zewnętrzne przedpole, ale na stożku znajdowała się również pewna ilość punktów przepławnych, toteż rover zjechał bez kłopotów twardym zboczem starożytnego osuwiska, potem przekroczył dno krateru i podążył krzywizną zachodniej wewnętrznej ściany. Kiedy podróżnicy zbliżyli się do kabla, zobaczyli, że wyłania się on z zagłębienia — spadając wbił się w stożek — a potem wdzięcznie opada na dno krateru niczym wiszące przęsło zagrzebanego w ziemi mostu.

Przejeżdżali powoli pod nim. Tam, gdzie opuszczał stożek, znajdował się prawie siedemdziesiąt metrów od dna krateru, którego dotykał dopiero ponad kilometr dalej, na zewnątrz. Podróżnicy skierowali kamery kamiennego pojazdu w górę i z ciekawością obserwowali widok na ekranie; czarny walec wyglądał jednakże wśród gwiazd na zupełnie pozbawiony jakichkolwiek cech charakterystycznych, mogli więc tylko spekulować, co się stało z węglem podczas spalania się kabla i opadania.

— Wygląda całkiem zgrabnie — stwierdził Kojot, gdy podjechali w górę łagodnym zboczem eolskiego złoża, przecięli kolejne miejsce przepławne na stożku i wyjechali z krateru. — Teraz miejmy nadzieję, że znajdziemy drogę do następnego przejścia.

Z południowego boku Krateru Nicholsona rozciągał się przed nimi wielokilometrowy widok na południe; w pół drogi do horyzontu dostrzegli czarną linię drugiego obwodu kabla. Na tym odcinku musiał on uderzyć wielokrotnie mocniej niż na pierwszym pasie, bowiem po obu stronach otoczony był stertami odrzuconych z miejsca upadku ejektamentów, ułożonych równolegle niczym dwie długie hałdy. Okazało się, że tylko ledwie wystaje z rowu, który wybił uderzając w równinę.

Kiedy rover podjechał bliżej, omijając po krętej drodze głazy ejektamentowe, podróżnicy zauważyli, że kabel stanowi potrzaskaną masę czarnego gruzu — hałdę węgla trzy, do pięciu metrów wyższą niż równina i spadzistą na stokach, tak że przejazd po niej kamiennym pojazdem wydawał się raczej niemożliwy.

Jednak, odjechawszy nieco na wschód, dostrzegli spad w hałdzie gruzu, a kiedy po nim zjechali, chcąc się rozejrzeć na dole, stwierdzili, że uderzenie meteorytowe roztrzaskało zarówno kabel — było skutkiem jego upadku na gruz — jak i ejektamentowe hałdy po obu stronach, tworząc nowy niski krater, cały pocętkowany i upstrzony czarnymi fragmentami przewodu oraz — sporadycznie — klocami diamentowej matrycy, tkwiącej kiedyś spiralnie we wnętrzu tego kolosa. Był to nieuporządkowany, zaśmiecony krater, nie posiadający na tyle dobrze wyrysowanego stożka, aby zablokować im drogę; należało przypuszczać, że istnieje możliwość odszukania w nim szlaku.

— Niewiarygodne — ocenił Kojot.

Sax potrząsnął głową energicznie.

— Dei… Dei…

— Fobos — poddał mu Nirgal, a ten skinął głową.

— Tak sądzisz? — krzyknął Spencer.

Russell wzruszył ramionami, ale Spencer i Kojot już żywo dyskutowali na ten temat. Krater okazał się owalny — tak zwany kraterwanna — wspierając tezę, że powstał w wyniku uderzenia pod niewielkim kątem. Gdyby bowiem uderzył w kabel jakiś przypadkowy meteoryt w czterdzieści lat po upadku windy, byłby to zupełnie niesamowity zbieg okoliczności. Natomiast wszystkie fragmenty Fobosa spadły w strefę równikową, toteż jakiś kawałek mógł rzeczywiście uderzyć w przewód; w każdym razie taka koncepcja wydawała się o wiele mniej zaskakująca.

— Przynajmniej nadal bardzo się przydaje — zauważył Kojot, gdy udało mu się przejechać przez mały krater, a następnie skierować rover na południe od strefy ejektamentów.