Выбрать главу

Zaparkowali obok jednego z ostatnich dużych kawałków ejektamentowych, a następnie ubrali się w skafandry i wyszli na zewnątrz, aby ponownie obejrzeć interesujące miejsce.

Wszędzie leżały zgruzowane kloce skalne, wobec czego nastręczała trudności ocena, które są fragmentami meteorytu, a które ejektamentami wyrzuconymi przez upadającą gigantyczną linę. Jednakże Spencer całkiem nieźle sobie radził z identyfikacją skał, toteż zebrał wiele próbek, które jego zdaniem należały do egzotycznych chondrytów węglowych, a więc istniało spore prawdopodobieństwo, że były kawałkami kamiennego meteorytu. Dla pewności wskazane jest poddanie próbek analizie chemicznej, powiedział, a po powrocie do pojazdu, gdy je obejrzał pod lupą, oświadczył, że jest przekonany, iż są to kawałki Fobosa.

— Arkady pokazywał mi dokładnie taki sam kawałek, gdy po raz pierwszy przyleciał do nas na Marsa. — Podróżnicy jeden po drugim oglądali ciężki czarny klocek, który wyglądał na mocno spalony. — Przekształciło go gruzowisko pouderzeniowe — wyjaśnił Spencer, badając kamień, kiedy otrzymał go z powrotem. — Przypuszczam, że śmiało możemy go nazwać fobozytem.

— I bynajmniej nie jest to najrzadszy minerał na Marsie — dopowiedział Kojot.

Na południowy wschód od Krateru Nicholsona przez prawie trzysta kilometrów biegły dwa duże równoległe kaniony Medusa Fossae, docierając w samo serce południowych wyżyn. Kojot zdecydował się pojechać w górę Wschodniej Medusy, większego z dwóch przełamów.

— Wiecie… lubię przejeżdżać kaniony, kiedy tylko mogę, zwłaszcza jeśli w ścianach są jakieś nawisy albo jaskinie. Tak właśnie znalazłem większość moich kryjówek.

— A co się dzieje, kiedy wjeżdżasz w poprzeczną skarpę, przecinającą cały kanion? — spytał Nirgal.

— Wycofuję się. Wykonałem nieludzko dużo tego typu nawrotów, nie ma co do tego wątpliwości…

Jechali więc przez resztę nocy w górę kanionu, który okazał się niemal na całej długości płaskodenny. Następnej nocy, kiedy kontynuowali jazdę na południe, dno kanionu zaczęło się podnosić, całe szczęście, że nieznacznie, dlatego nie przeszkadzało im to w przejeździe. Wreszcie dotarli do nowego, wyższego poziomu płaskiego podłoża i Nirgal, który prowadził pojazd, ostro zahamował.

— Tam na górze są jakieś budynki!

Wszyscy pozostali stłoczyli się wokół niego, aby popatrzeć przez przednią szybę. Rzeczywiście: na horyzoncie, pod wschodnią ścianą kanionu stało kilka małych budynków z białego kamienia.

Po półgodzinnych testach przy użyciu różnych przekaźników obrazu i radarowych wskaźników rovera, Kojot wzruszył ramionami.

— W odczytach brak jakichkolwiek śladów elektryczności i ciepła. Nie wygląda to na czyjeś domostwo. Jedźmy rzucić okiem.

Podjechali do budowli i zatrzymali się obok masywnego fragmentu skalnej ściany, który przy dnie mocno się spłaszczał. Z tej odległości mogli dostrzec, że domy stoją swobodnie; nie otaczały ich namioty. Budowle wyglądały na solidne bloki białawej skały, jak caliche blanco na terenach dotkniętych silną erozją na północ od Olympusa. Między budynkami, na białych placach otoczonych przez białe drzewa, stały bez ruchu małe, białe postaci. Wszystko było wykonane z kamienia.

— Pomnik — zauważył Spencer. — Kamienne miasto!

— Mudu… — zaskrzeczał Russell, potem uderzył gniewnie w tablicę rozdzielczą, wywołując cztery ostre trzaski, które zaskoczyły ich wszystkich. — Mu… du…zaaa!

Spencer, Art i Kojot roześmiali się. Poklepali Saxa po ramionach, jak gdyby próbowali wbić go w podłogę. Potem wszyscy ubrali się znowu w skafandry i wyszli, aby się lepiej przyjrzeć.

Białe ściany domów połyskiwały tajemniczo w świetle gwiazd, jak gigantyczne rzeźby wykonane z mydła. Osadę stanowiło nie więcej niż dwadzieścia budynków, sporo drzew, ze dwie setki postaci ludzkich, a wśród nich kilkadziesiąt lwów. Wszystko wyrzeźbiono z białego kamienia, który Spencer określił jako alabaster. Centralny plac wydawał się miejscem, które zastygło podczas ruchliwego poranka; był tu zatłoczony rynek farmerski i grupa osób zebrana dokoła dwóch mężczyzn grających w szachy — na ogromnej planszy figury sięgały im po pas. Czarne pionki szachowe i czarne kwadraty na szachownicy kontrastowały szokująco żywo z otoczeniem: onyks w świecie alabastru.

Kolejna grupa statuetek obserwowała żonglera, który spoglądał w górę na niewidoczne piłki. Wiele lwów również przypatrywało się temu z napiętą uwagą, gotowych do schwytania czegoś spadającego z góry, gdyby żongler podszedł zbyt blisko. Wszystkie twarze statuetek, czy to ludzkie, czy to lwie, były owalne i niemal pozbawione cech charakterystycznych, ale każda z nich wyrażała jakąś postawę.

— Spójrzcie na kolisty układ budynków — oznajmił Spencer przez interkom. — Typowa architektura bogdanowistów, przynajmniej bardzo podobna.

— Żaden bogdanowista nigdy mi o tym nie wspomniał — stwierdził Kojot. — I nie sądzę, aby któryś z nich kiedykolwiek tutaj się znalazł. Ani nikt inny. To dość odległa kraina… — Popatrzył dokoła, a jego twarz za szybką hełmu rozpromienił uśmiech. — Ktoś spędził przy tym sporo czasu!

— Aż dziw bierze, co potrafią zrobić ludzie — zauważył Spencer.

Nirgal wędrował wokół brzegów osady. Lekceważąc rozmowę prowadzoną przez interkom, oglądał niewyraźne twarze, jedną po drugiej, zaglądał w białe kamienne wejścia lub okna. Czuł wrzenie krwi w żyłach. Wydawało mu się, że rzeźbiarz wykonał to wszystko specjalnie z myślą o nim, by poruszyć go swoją wizją. Chłonął więc ów biały świat swego dzieciństwa, wyrzucony prosto w zieleń — czy też raczej… tutaj… w czerwień…

Urzekający nastrojem widok fascynował zaklętą w nim tajemnicą. Harmonią doskonałości krajobrazu i podniosłej ciszy. Z nieruchomych figurek płynęło jakieś cudowne odprężenie, pozycje, w jakich zastygły, emanowały błogim spokojem. Tak mógłby wyglądać Mars. Żadnego więcej ukrywania się, żadnych więcej konfliktów czy walk, biegające po rynku dzieci, lwy spacerujące między ludźmi jak domowe koty…

Spędziwszy sporo czasu na obchodzie alabastrowego miasta, podróżnicy wrócili do pojazdu i pojechali dalej. Mniej więcej piętnaście minut później Nirgal dostrzegł kolejną statuetkę, a raczej zaledwie twarz — białą płaskorzeźbę twarzy — która wyłaniała się z frontowej ściany urwiska naprzeciwko miasta.

— Meduza jako żywo — powiedział Spencer, robiąc sobie przerwę na wieczornego drinka.

Bazyliszkowe spojrzenie Gorgony skierowane było w tył na miasto, a kamienne węże włosów spływały kreto z jej głowy w zbocze urwiska, jak gdyby skała zaledwie przed chwilą chwyciła ją za wężowaty koński ogon, powstrzymując w ten sposób potwora przed wydobyciem całego ciała z wnętrza planety.

— Piękne — ocenił Kojot. — Warte zapamiętania; niech będę przeklęty, jeśli nie jest to autoportret rzeźbiarza. — Pojechał dalej, nie zatrzymując się, a Nirgal patrzył z ciekawością na kamienne oblicze. Wydawało się azjatyckie, chociaż może ów efekt powodowały jedynie wężowate włosy, sczesane do tyłu. Z napiętą uwagą wpatrywał się w tę twarz, ponieważ miał wrażenie, że rzeźba rzeczywiście przypomina mu kogoś już kiedyś widzianego.

Przed świtem wyjechali z kanionu i zatrzymali się, aby przeczekać cały dzień w ukryciu oraz zaplanować następne posunięcie. Za Kraterem Burtona, który leżał przed nimi, przez setki kilometrów cięły ląd ze wschodu na zachód Memnonia Fossae, blokując dalszą drogę na południe. Podróżnicy musieli jechać na zachód do Krateru Williamsa i Krateru Ejrikssona, potem na południe znowu ku Kraterowi Kolumba, a po tym objeździe przedostać się przez wąską szczelinę w Sirenum Fossae dalej na południe, a potem… Ciągły taniec wokół kraterów, rozpadlin, skarp i kotlin. Południowe wyżyny były niewiarygodnie nierówne w porównaniu z łagodnymi długimi płaszczyznami na północy. Art skomentował tę różnicę, a wtedy Kojot odpowiedział mu z irytacją: