Выбрать главу

— Musiałeś przyjąć sporą dawkę promieniowania.

Kojot roześmiał się.

— Och, tak! Między tymi podróżami i podczas burzy słonecznej na Aresie przyjąłem więcej remów niż ktokolwiek z pierwszej setki, może z wyjątkiem Johna. Możliwe, że to miało jakieś znaczenie, nie wiem. Tak czy owak… — wzruszył ramionami i podniósł oczy na Arta i Nirgala — … jestem tutaj. Pasażer na gapę.

— Zadziwiające — skwitował Art.

Nirgal skinął głową. Jemu nigdy nie udało się skłonić ojca, by ujawnił choćby jedną dziesiątą część informacji o swojej przeszłości. Teraz więc popatrzył na Arta, potem na Kojota i znowu na Arta, zastanawiając się, jak on tego dokonał. Musiał przyznać, że nadzwyczaj skutecznie — ponieważ Kojot próbował nie tylko opowiedzieć to, co mu się przydarzyło, ale także zinterpretować wszystkie wydarzenia, a to było o wiele trudniejsze. Najwidoczniej Art posiadał jakąś umiejętność, chociaż bardzo trudno określić, na czym właściwie polegała; może na niezwykłej sile spojrzenia, potrafił tak jakoś sugestywnie popatrzeć na rozmówcę przymrużonymi oczyma, okazując bardzo żywe zainteresowanie… Umiał wprost zadawać śmiałe pytania, nie zważając na żadne subtelności i trafiać zawsze w sedno sprawy… Zakładał chyba po prostu, że każdy człowiek sam chce o sobie mówić, aby nadać znaczenie swemu życiu. Nawet taki tajemniczy i dziwaczny stary pustelnik jak Kojot.

— No cóż, to nie wymagało zbyt dużo wysiłku — podjął znowu Kojot. — Samo ukrywanie się nigdy nie jest aż tak uciążliwe, jak sądzą niektórzy ludzie, musisz to rozumieć. Najtrudniej jest działać podczas ukrycia…

Na tę myśl zmarszczył brwi, a potem wskazał palcem w Nirgala.

— Oto dlaczego będziemy musieli w końcu wyjść z ukrycia i walczyć na otwartej przestrzeni. Oto dlaczego zmusiłem cię, abyś pojechał do Sabishii.

— Co takiego? Mówiłeś mi, że nie powinienem tam iść! Powiedziałeś, że to mnie zniszczy!

— Właśnie w taki sposób skłoniłem cię, byś tam poszedł.

Kontynuowali nocne, wypełnione rozmowami życie przez większą część tygodnia, a przy jego końcu zbliżyli się do małego zamieszkałego regionu otaczającego mohol, który został wykopany między kraterami Hipparcha, Eudoksusa, Ptolemeusza i Li Fana. Na przedpolach tych kraterów znajdowało się kilka kopalni uranu, ale Kojot nie proponował żadnych prób sabotażu, toteż z pełną szybkością przejechali obok moholu Ptolemeusza, oddalając się od tego regionu tak szybko jak to tylko było możliwe. Wkrótce dotarli do Thaumasia Fossae, piątego czy szóstego dużego systemu przełamów, napotkanego po drodze. Art uznał ten fakt za ciekawy, ale Spencer wyjaśnił mu, że wybrzuszenie Tharsis jest otoczone systemami pęknięć, powstałymi podczas jego wypiętrzenia się i kiedy podróżnicy w końcu okrążyli wypukłość, nadal się na nie natykali. Thaumasia była jednym z największych takich systemów i stanowiła doskonałą lokalizację dla wielkiego miasta Senzeni Na, które zostało założone obok drugiego z moholi czterdziestego stopnia szerokości areograficznej, jednego z pierwszych wydrążonych moholi i ciągle jednego z najgłębszych. W tym momencie podróżowali już od ponad dwóch tygodni i musieli uzupełnić zapasy w jednej z kryjówek Kojota.

Odjechali na południe od Senzeni Na i prawie świtało, jak przejechali między starymi skalnymi pagórkami. Jednakże kiedy dotarli do dolnego końca osuwiska, opadającego w niską, popękaną skarpę, Kojot zaczął przeklinać. Powierzchnia bowiem była tu poznaczona śladami roverow, wszędzie walały się rozgniecione cylindry na gazy, pudełka po jedzeniu i zbiorniki paliwowe, co sprawiało bardzo nieprzyjemne wrażenie.

Patrzyli osłupiali.

— To twoja kryjówka? — spytał Art, prowokując kolejny wybuch przekleństw.

— Kim oni byli? — dodał. — Policja?

Nikt nie odpowiedział. Sax podszedł do jednego z siedzeń kierowców, aby sprawdzić stan zaopatrzenia. Kojot nadal gniewnie przeklinał, siedząc przed komputerem na fotelu drugiego kierowcy. W końcu odezwał się do Arta:

— To nie była policja. Chyba że zaczęli używać roverow z Vishniaca. Nie, ci złodzieje należeli do podziemia, niech ich diabli. Myślę o pewnej grupce osób, mieszkających w Argyre. Poza nimi nie widzę nikogo, kto mógłby coś takiego zrobić. Tamci wiedzą, gdzie znajdują się moje stare kryjówki, a w dodatku są na mnie wściekli, ponieważ dokonałem sabotażu w kolonii górniczej w Charitums, którą wkrótce potem zamknięto, przez co stracili swoje główne źródło zapasów.

— Wy, tutaj, powinniście spróbować stanąć po tej samej stronie — zauważył Art.

— Odchrzań się — doradził mu ze złością Kojot.

Uruchomił kamienny pojazd i ruszył.

— Ciągle ta sama stara historia — stwierdził z goryczą. — Przedstawiciele ruchu oporu zaczynają walczyć między sobą, ponieważ nikogo innego nie potrafią pokonać. Tak się dzieje za każdym razem. W żadnym ruchu nie ma ani jednej grupy większej niż pięć osób, w której nie dałoby się znaleźć przynajmniej jednego pieprzonego idioty.

Jechał w tym nastroju jeszcze przez jakiś czas. Wreszcie Sax puknął w jeden ze wskaźników, a Kojot odpowiedział mu oschle:

— Wiem!

Był już dzień, więc zatrzymał pojazd w rozpadlinie między dwiema starożytnymi górkami. Zaciemnili okna i położyli się w ciemnościach na wąskich materacach.

— Äaa… jak wiele jest grup podziemnych? — spytał Art.

— Nikt tego nie wie — odparł Kojot.

— Żartujesz.

Zanim Kojot zdążył się ponownie odezwać, Nirgal odrzekł Artowi:

— Jest ich około czterdziestu na półkuli południowej. I niektóre długotrwałe konflikty między nimi stają się powoli naprawdę paskudne. Istnieje też kilka zupełnie nieustępliwych grup: radykalni „czerwoni”, ekipy biologa Schnellinga, różnego rodzaju fundamentaliści… To powoduje kłopoty.

— A czy oni wszyscy nie pracują dla tej samej sprawy?

— Nie wiem. — Nirgal przypomniał sobie całonocne dyskusje w Sabishii, czasami całkiem gwałtowne; toczyli je studenci, którzy w zasadzie byli przyjaciółmi. — Może nie.

— Więc nie omawialiście tego?

— Nie w sposób oficjalny.

Art spojrzał zaskoczony.

— A powinniście to zrobić — oznajmił.

— Co zrobić?

— Powinniście zwołać jakieś zebranie wszystkich podziemnych grup i sprawdzić, czy nie można się pogodzić i zacząć działać wspólnie. Omówić różne kwestie…

Poza sceptycznym chrząknięciem Kojota nie padła żadna odpowiedź. Dopiero po długim czasie Nirgal odparł:

— Mam wrażenie, że niektóre z tych grup boją się Gamety, ponieważ mieszkają w niej przedstawiciele pierwszej setki. Nikt nie chce zrezygnować z autonomii na korzyść czegoś, co uważa się za potęgę ukrytej kolonii.

— Ale mogliby popracować nad tym na zebraniu — naciskał Art. — Między innymi po to zostałoby zorganizowane. Między innymi… Wszyscy musicie razem pracować, zwłaszcza jeśli policje konsorcjów ponadnarodowych rzeczywiście uaktywniły informacje otrzymane od Saxa.