Выбрать главу

Russell przytaknął kiwnięciem głowy. Reszta w milczeniu zastanawiała się nadal nad słowami Arta. Wkrótce Art zaczął pochrapywać, ale Nirgal nie mógł zasnąć i jeszcze przez kilka godzin zastanawiał się nad propozycją przyjaciela.

Zbliżali się do Senzeni Na. Byli w potrzebie. Ich zapasy jedzenia powinny wystarczyć, jeśli racjonowaliby je odpowiednio, a woda i gazy pojazdu były recyrkulowane w sposób tak skuteczny, że niemal pełna ich ilość wracała z powrotem do obiegu. Jednakże, aby móc jechać dalej, po prostu brakowało im paliwa.

— Potrzebujemy około dwudziestu kilogramów nadtlenku wodoru — ocenił Kojot.

Jechali w górę do stożka największego kanionu Thaumasii, po którego drugiej stronie znajdowało się Senzeni Na, miasto za wielkimi szklanymi szybami, z arkadami wypełnionymi wysokimi drzewami. Dno kanionu przed miastem było pokryte spacerowymi tunelami, małymi namiotami i wielką fabryczną aparaturą moholu. Również tam znajdował się sam mohol, który stanowił gigantyczną czarną dziurę na południowym krańcu kompleksu oraz hałdy odpadów, biegnące w górę kanionu daleko na północ. Mohol Senzeni Na uważano za najgłębszy tego typu wykop na Marsie, jego skalne dno było całkiem giętkie i plastyczne — „wgniecione”, jak to wykładał Kojot. Mohol miał osiemnaście kilometrów głębokości, a litosfera w tej strefie — około dwudziestu pięciu.

Obsługę moholu prawie całkowicie zautomatyzowano i większość mieszkańców miasta nigdy się nie zbliżała do wykopu. A ponieważ wiele automatycznych ciężarówek transportujących skałę z wgłębienia używało nadtlenku wodoru jako paliwa, więc w magazynach na dnie kanionu obok moholu znajdowało się to, czego potrzebowali podróżnicy. W dodatku tamtejsze zabezpieczenia pochodziły z okresu przed zamieszkami 2061 roku i część z nich zaprojektował sam John Boone, nie musieli więc uwzględniać niepewnych metod Kojota, ponieważ w jego AI znajdowały się wszystkie stare programy Johna.

Kanion był jednakże nadzwyczajnie długi i — według Kojota — najlepszą drogę do dna kanionu ze stożka stanowił stromy szlak, wiodący z moholu jakieś dziesięć kilometrów w dół.

— W porządku — oświadczył Nirgal. — Dostanę się tam na piechotę.

— I przyniesiesz pięćdziesiąt kilogramów? — spytał Kojot.

— Pójdę z nim — wtrącił Art. — Może nie opanowałem mistycznej lewitacji, ale potrafię biegać.

Kojot przemyślał ich propozycję, po czym skinął głową.

— Poprowadzę was w dół urwiska.

Zrobił to, a w szczelinie czasowej Nirgal i Art wyruszyli z pustymi plecakami nałożonymi na zbiorniki z powietrzem. Biegli naprzód lekko po łagodnym dnie kanionu, na północ do Senzeni Na. Nirgalowi wydawało się, że będzie to prosta operacja. Bez problemów dotarli na górę, do kompleksu moholowego. Drogę oświetlało światło gwiazd, wzmocnione obecnie przez rozproszony blask miasta, padający ze szkła i odbijający się od dalszej ściany. Dzięki programowi Kojota przedostali się przez śluzę powietrzną garażu, a potem na tereny magazynowe tak szybko, jak gdyby przybyli tu oficjalnie. Wydawało im się, że nie włączyli żadnych alarmów, niestety, gdy znaleźli się w magazynie i zaczęli wkładać do plecaków małe zbiorniczki z nadtlenkiem wodoru, nagle zapaliły się wszystkie światła w pomieszczeniu i zasunęły wszystkie drzwi awaryjne.

Art natychmiast podbiegł do ściany oddalonej od drzwi, położył przy niej ładunek wybuchowy i odsunął się. Ładunek eksplodował z głośnym hukiem, wyrywając w cienkiej ściance magazynu otwór o odpowiednim rozmiarze i już obaj byli na zewnątrz; zgięci ruszyli ku ścianie obwodu między gigantycznymi koparkami. Ubrane w skafandry postaci wypadły pędem od strony miasta z komory powietrznej tunelu spacerowego i dwóch intruzów musiało skoczyć i ukryć się za jedną z koparek, maszyną tak dużą, że obaj zmieściliby się cali w rozpadlinie między koleinami. Nirgal miał wrażenie, że jego serce, łomocząc, uderza o metal. Do magazynu weszli osobnicy w skafandrach, a wówczas Art wybiegł i podłożył kolejny ładunek; błysk światła spowodowany przez wybuch oślepił Nirgala, który rzucił się przez szczelinę w płocie i wybiegł na zewnątrz niczego nie widząc i niemal zupełnie nie czując trzydziestu kilogramów paczek z paliwem podskakujących mu na plecach i wgniatających zbiorniczki z powietrzem w grzbiet. Art znowu znalazł się przed nim, ledwie utrzymując równowagę w marsjańskiej grawitacji; niemniej jednak posuwał się naprzód wielkimi, nieregularnymi susami. Nirgal nieomal się roześmiał; najpierw starał się dopędzić przyjaciela i wpaść w jego tempo, a potem — kiedy pędził już przy nim — chciał mu praktycznie pokazać, jak należy właściwie używać ramion podczas biegu: raczej spokojnymi ruchami pływaka niż na podobieństwo gwałtownego młócenia rękami, które tak często pozbawiało Arta równowagi. Mimo ciemności i prędkości ich biegu Nirgalowi wydało się w pewnej chwili, że Art rzeczywiście zaczyna poruszać ramionami coraz wolniej.

Biegli bez przerwy. Nirgal prowadził i starał się wybierać na dnie kanionu trasę najczystszą, czyli najmniej zarzuconą kamieniami. Światło gwiazd w zupełności wystarczało, aby oświetlać im drogę. Art nadal ciężko biegł po prawej stronie Nirgala, pobudzając go do pośpiechu. Ucieczka niemalże przypominała swego rodzaju wyścig i młodzieniec biegł o wiele szybciej, niż gdyby był sam albo w jakichś normalnych okolicznościach. Jakże ważne stało się teraz utrzymanie pulsu i oddechu na odpowiednim poziomie, a także przesuwanie własnego ciepła z tułowia w skórę, a potem w walker. Dlatego też zaskakiwał go widok Arta, który naprawdę znakomicie sobie radził, dotrzymując tempa, mimo że pozornie nie potrafił panować nad swoim ciałem. Potężne zwierzę z tego Ziemianina, pomyślał młody Marsjanin.

W biegu niemal wpadli na Kojota, który wyskoczył zza jakiejś skały i przeraził ich na tyle mocno, że obaj przewrócili się niczym kręgle. Potem, po krótkiej wpinaczce kamienistym szlakiem, który Kojot oznaczył na ścianie urwiska, znaleźli się na stożku, znowu pod kopułą pełną gwiazd. Jaskrawe światła Senzeni Na wyglądały stąd jak statek kosmiczny, który zagłębił się w przeciwległą ścianę skalną.

Gdy znaleźli się na powrót w kamiennym pojeździe, Art głośno sapał, łapiąc powietrze po biegu.

— Będziesz musiał… nauczyć mnie tego lunggom — powiedział w końcu do Nirgala. — Mój Boże, ależ ty szybko biegasz.

— No cóż, ty też. I przyznam się, że nie wiem, jak to robisz.

— Po prostu strach. — Randolph potrząsnął głową i wciągnął powietrze. — Takie akcje są niebezpieczne — poskarżył się Kojotowi.

— Nie ja dałem pomysł — odburknął starzec. — A gdyby dranie nie ukradły moich zapasów, w ogóle nie musielibyśmy tego robić.

— Taak, ale ty uprawiasz tego rodzaju proceder przez cały czas, prawda? Diabelnie niebezpieczna sprawa. To znaczy, uważam, że powinieneś robić coś innego niż sabotaż na tyłach. Coś bardziej, hm, ogólnosystemowego.

Okazało się, że pięćdziesiąt kilogramów paliwa to absolutne minimum, którego potrzebowali, aby się dostać do domu, więc poruszali się powoli na południe, wyłączywszy i zamknąwszy wszystkie systemy poza naprawdę niezbędnymi. Dlatego w pojeździe było ciemno i doskwierało zimno. Na zewnątrz także wiało chłodem; z powodu coraz dłuższych nocy wczesnej południowej zimy, zaczęli się natykać na zmrożoną ziemię i śnieżne zaspy. Dzięki kryształkom soli na ich szczytach pojawiały się lodowe płatki, które rozrastały się w kępy kwiatów mrozu. Podróżnicy posuwali się wśród tych krystalicznie białych pól, słabo połyskujących w świetle gwiazd, aż wszystkie pola połączyły się w jeden wielki biały kobierzec śniegu, lodu, szronu i lodowych kwiatów. Rover jechał po nim powoli, póki pewnej nocy zapas nadtlenku wodoru nie wyczerpał się zupełnie.