Выбрать главу

— Trzeba było wziąć więcej — zauważył Art.

— Zamknij się — uciął Kojot.

Ruszyli dalej na zasilaniu bateryjnym, które nie starcza na długo. W ciemnościach nie oświetlonego pojazdu upiornie wyglądało światło rzucane z zewnątrz przez biały świat. Podróżnicy odzywali się do siebie jedynie krótkimi zdaniami na temat działań niezbędnych podczas jazdy. Kojot był przekonany, że odległość, którą pokonają na bateriach wystarczy, by dostrzegli dom, ale Nirgal pomyślał, że gdyby jego ojciec źle obliczył albo gdyby się coś nie udało, na przykład: gdyby jedno z oblepionych lodem kół odmówiło posłuszeństwa, musieliby spróbować iść pieszo — właściwie biec. Tyle że Spencer i Sax chyba nie daliby rady.

Na szczęście szóstej nocy po akcji w Senzeni Na, tuż przed końcem szczeliny czasowej, zmrożona powierzchnia przed nimi zmieniła się w czystobiałą linię, która grubiała na horyzoncie, a potem wyodrębniły się z niej i stały się wyraźnie widoczne białe urwiska południowej lodowej czapy polarnej.

— Wygląda to jak tort weselny — odezwał się Art z uśmiechem.

Zasilanie bateryjne niemal zupełnie już się wyczerpało i pojazd zaczynał zwalniać. Jednak Gameta znajdowała się zaledwie kilka kilometrów w kierunku wskazówek zegara wokół czapy polarnej, toteż tuż po świcie Kojot skierował hamujący pojazd do dalszego garażu przy kompleksie Nadii w stożku krateru. Ostatni odcinek przeszli, chrzęszcząc po świeżym mrozie w surowym, rzucającym długie cienie porannym świetle, pod wielkim białym nawisem suchego lodu.

W Gamecie Nirgal jak zawsze poczuł się tak, jak gdyby próbował wkładać na siebie dawno nie noszone i bardzo już ciasne ubranie. Ale tym razem towarzyszył mu Art, a więc celem wizyty stało się pokazanie nowemu przyjacielowi starego domu. Każdego dnia Nirgal oprowadzał go po osadzie, wyjaśniał osobliwości tego miejsca i przedstawiał różnym osobom. Gdy obserwował rozpiętość uczuć, które doskonale ujawniała twarz Ziemianina — od zaskoczenia przez zadziwienie aż po niewiarę — sam pomysł zbudowania czegoś takiego jak Gameta zaczął mu się wydawać naprawdę dziwaczny. Biała lodowa kopuła. Wiatry, mgły i ptaki. Jezioro. Osada, zawsze zamarznięta, wręcz nierealna, bo pozbawiona cieni, jej biało-niebieskie budynki, nad którymi górował półksiężyc bambusowych domów na drzewach… Jakież to było osobliwe miejsce. A w dodatku Art wszystkich issei uznał za równie zadziwiających. Ściskał im ręce i mówił:

— Widziałem was na filmach wideo. Bardzo się cieszę, że mogę was poznać. — Kiedy został przedstawiony Władowi, Ursuli, Marinie i Iwao, tylko wymamrotał do Nirgala: — To jest jak muzeum figur woskowych.

Nirgal zabrał go nad jezioro, aby poznał Hiroko, która była akurat w swoim częstym dobrotliwym nastroju i jak zwykle jakaś daleka. Potraktowała Arta z mniej więcej tą samą zachowawczą życzliwością, jaką okazywała swemu synowi. Bogini-matka świata… Ponieważ znajdowali się w jej laboratoriach i czuli irytację z powodu jej niewyraźnego przywitania, Nirgal zabrał Arta do zbiorników ektogenicznych, wyjaśniając mu czym są. Kiedy Ziemianina coś zaskoczyło, jego oczy stawały się zazwyczaj idealnie okrągłe, a teraz wyglądały jak wielkie biało-niebieskie rzeźby.

— Przypominają lodówki — powiedział o zbiornikach i spojrzał z uwagą na Nirgala. — Czy czułeś się tu samotny?

Marsjanin wzruszył ramionami, spojrzał w dół na małe przezroczyste okienka, które wyglądały jak iluminatory. Któregoś dnia wpłynął tu, śniąc i kopiąc… Trudno było wyobrazić sobie przeszłość, trudno było w nią uwierzyć. Przez miliardy lat nie istniał, a potem pewnego dnia, wewnątrz tego małego czarnego pudełka… nagle pojawił się, zieleń w bieli, biel w zieleni.

— Tu jest tak zimno — zauważył Art, kiedy ponownie wyszli na zewnątrz. Był ubrany w pożyczony, obszerny płaszcz podbity watoliną; na głowie miał kaptur.

— Musimy utrzymywać warstwę wodnego lodu, która przykrywa suchy lód, więc powietrze pozostaje takie przez cały czas. Zawsze trochę poniżej zera, ale niezbyt dużo. Osobiście mi się to podoba. Uważam tę temperaturę za najlepszą z możliwych.

— To wpływ dzieciństwa.

— Taak.

Codziennie odwiedzali Saxa, który witał się z nimi skrzypiącym głosem — wypowiadał „Cześć” albo „Dzień dobry” — i za wszelką cenę usiłował mówić. Każdego dnia Michel spędzał wiele godzin na pracy z nim.

— To jest z pewnością afazja — powiedział Nirgalowi i Artowi. — Wład i Ursula przeprowadzili badania i znaleźli uszkodzenie w lewym przednim ośrodku mowy. Afazja niepłynna, nazywana też czasami afazja Broca. Sax ma kłopoty ze znajdowaniem właściwych słów i od czasu do czasu myśli, że znalazł odpowiednie, ale to, co wychodzi z jego ust, to synonimy, antonimy albo słowa zupełnie odmienne od wyrazów poszukiwanych. Powinniście posłuchać, w jaki sposób mówi „kiepskie wyniki”. Te trudności go frustrują, ale przy tym szczególnym uszkodzeniu często następuje poprawa. Tyle że powoli… W pierwszym rzędzie inne partie mózgu muszą się nauczyć przejąć funkcje części uszkodzonej. Więc… no cóż, Sax pracuje nad tym. Jest przyjemnie, gdy się udaje. A poza tym… mogłoby być, rzecz jasna, gorzej.

Russell, który przypatrywał się im podczas tej wypowiedzi Michela, pokiwał teraz głową figlarnie, po czym powiedział:

— Chcę uczyć. Nie. To znaczy… chcę mówić.

Ze wszystkich ludzi w Gamecie, którym Art został przedstawiony, najlepiej się porozumiewał z Nadią. Ku zaskoczeniu Nirgala ci dwoje od razu się polubili. Gdy obserwował ich wzajemne kontakty, było mu przyjemnie, toteż z czułością patrzył, jak jego stara nauczycielka z czasów dzieciństwa na swój sposób zwierzała się, odpowiadając na kanonadę pytań Arta, jej twarz wyglądała wówczas bardzo staro z wyjątkiem szokujących jasnobrązowych oczu, z zielonymi cętkami dokoła źrenicy — oczu, które promieniowały przyjaznym zainteresowaniem, inteligencją i rozbawieniem z powodu indagacji Arta.

Ich troje często spędzało całe godziny razem w pokoju Nirgala. Rozmawiali tam, patrzyli na wioskę albo — przez inne okno — na jezioro. Art chodził po małym półkolistym pomieszczeniu od okna do drzwi, a potem znowu do okna, przesuwając palcami po nacięciach w połyskującym zielonym drewnie.

— Nazywacie to drewnem? — spytał, patrząc na bambus.

Nadia roześmiała się.

— Ja to nazywam drewnem — odparła. — Hiroko wymyśliła, aby mieszkać w czymś takim. I, wierz mi, to całkiem dobry pomysł: dobra izolacja, niewiarygodna wytrzymałość, no i żadnej stolarki z wyjątkiem instalacji drzwi i okien…

— Chyba żal ci, że nie mieliście tego bambusa w Underhill. Zgadza się?

— Tamte przestrzenie były za małe. Hm, może w arkadach. Tak czy owak ten gatunek rozwinął się dopiero ostatnio.

Teraz z kolei Nadia zaczęła indagować Arta i zadała mu dziesiątki pytań o Ziemię. Jakich materiałów używali obecnie do budowy domów? Czy zamierzali wykorzystać energię termonuklearną w sposób handlowy? Czy ONZ nieodwołalnie została zniszczona przez wojnę 2061 roku? Czy próbowano wybudować kosmiczną windę dla Ziemi? Ilu mieszkańców Ziemi poddawanych jest obecnie kuracjom przedłużającym życie? Które z dużych konsorcjów ponadnarodowych są w tej chwili najpotężniejsze? Czy walczą między sobą o prymat?

Randolph odpowiadał na te pytania tak dokładnie jak potrafił i chociaż potrząsał głową zażenowany niewystarczalnością własnych odpowiedzi, Nirgal dowiedział się z nich wiele, a i Nadia wydawała się mieć podobne wrażenie. I oboje łapali się na tym, że śmieją się naprawdę często.