Выбрать главу

Podczas jazdy i rozmów, noc po nocy, wpadali czasem na krótko do którejś z dużych kolonii Południa, przedstawiając Arta ich mieszkańcom i poruszając temat ewentualnego spotkania lub kongresu. Nirgal i Nadia zabrali Ziemianina do Bogdanów Vishniac i zadziwili go tamtejszym gigantycznym kompleksem mieszkalnym, zbudowanym głęboko w moholu, o wiele większym niż jakiekolwiek inne ukryte miasto na Marsie. Twarz Arta o szeroko rozwartych oczach była w takich momentach równie wymowna jak słowa i natychmiast przywodziła Nirgalowi na myśl doznane wrażenia, kiedy jako dziecko po raz pierwszy wjechał do Vishniaca z Kojotem.

Bogdanowiści żywo zainteresowali się spotkaniem, chociaż Michail Jangiel, jeden z nielicznych towarzyszy Arkadego, którzy przeżyli rok 2061, spytał Arta, jaki miałby być dalekosiężny cel tego spotkania.

— Odebrać tamtym powierzchnię.

— Rozumiem! — Oczy Michaiła otworzyły się szeroko. — No cóż, na pewno udzielimy wam swego poparcia w tej kwestii! Myślę, że dotąd ludzie po prostu się bali nawet zacząć rozmowę na ten temat.

— Bardzo dobrze! — Nadia pochwaliła Arta podczas dalszej jazdy na północ. — Jeśli bogdanowiści poprą nasze spotkanie, wtedy na pewno dojdzie do skutku.

Po Vishniacu odwiedzili osady wokół Krateru Holmera, nazywane „przemysłowym centrum” podziemia. Te kolonie także w większości zamieszkiwali bogdanowiści, choć poglądy społeczne poszczególnych grupek nieco się od siebie różniły, co spowodowane było wpływem wczesnych marsjańskich filozofów społecznych takich jak więzień Schnelling, Hiroko, Marina czy John Boone. Frankofońskie utopie w Prometeuszu, z drugiej strony, stworzyły tam kolonię, w której dominowały idee wywodzące się z różnych źródeł — od Rousseau i Fouriera po Foucaulta i Nemy’ego; Nirgal musiał przyznać, że kiedy pierwszy raz odwiedzał osadę, zupełnie nie był świadom tych subtelności. Aktualnie najsilniejszy wpływ mieli na mieszkańców Prometeusza Polinezyjczycy, którzy ostatnio przybyli na Marsa, a w ich dużych, ocieplanych komorach znajdowały się drzewka palmowę i płytkie baseny, tak że Art osądził, iż osada przypomina bardziej Tahiti niż Paryż.

W Prometeuszu przyłączyła się do nich sama Jackie Boone, którą zostawili tam przyjaciele udający się w innym kierunku. Chciała jechać bezpośrednio do Gamety, ale wolała wyruszyć z Nadią, niż czekać na kolejny pojazd; Nadia zgodziła sieją zabrać. Kiedy więc ponownie wyruszali, Jackie jechała z nimi.

Wraz z pojawieniem się wnuczki Johna Boone’a zupełnie zniknęła przyjemna atmosfera koleżeństwa z pierwszej części ich podróży. Jackie i Nirgal rozstali się w Sabishii, pozostawiając swój związek w zwykłym niespokojnym i nie rozstrzygniętym stanie, a poza tym Nirgala drażniło, iż Jackie wkroczyła między nich, przerywając tak wspaniale rozwijającą się przyjaźń.

Art, rzecz jasna, od dawna z napięciem pragnął poznać dziewczynę, o której tyle opowiadał mu Nirgal — w rzeczywistości okazała się wyższa od niego i cięższa od Nirgala; obserwował ją ukradkiem — tak mu się przynajmniej wydawało, ale wszyscy pozostali dobrze o tym wiedzieli, łącznie oczywiście z Jackie. W rezultacie Nadia toczyła oczyma, a Jackie spierała się z nią o każdy drobiazg w iście siostrzanych kłótniach. Kiedyś, po kolejnej utarczce, gdy Jackie i Nadia znajdowały się gdzieś w jednym ze schronów Nadii, Art szepnął do Nirgala:

— Ona jest zupełnie taka jak Maja! Nie przypomina ci jej? Ten głos, te maniery…

Nirgal roześmiał się.

— Powiedz jej to, a cię zabije.

— Ach… — wyszeptał Art. Przez chwilę przypatrywał się Nirgalowi z ukosa. — A czy wy dwoje nadal…?

Nirgal wzruszył ramionami. W jakiś sposób było to interesujące; opowiedział wcześniej Artowi wystarczająco dużo o swoim związku z Jackie, aby starszy mężczyzna wiedział, że między nimi dwojgiem dzieje się coś bardzo istotnego. Teraz Jackie prawie na pewno zbliży się do Arta, aby włączyć go do swojej „kolekcji ulubieńców”, tak jak zwykle postępowała z mężczyznami, którzy jej się spodobali albo których uznała — z jakiegoś powodu — za ważnych. W tej chwili wprawdzie nie potrafiła ocenić, na ile ważną osobą jest Art, ale jeśli się dowie, z pewnością postąpi w typowy dla siebie sposób. Ciekawe, jak on wówczas zareaguje, zastanawiał się Nirgal.

W każdym razie ich podróż nie była już taka sama, bowiem Jackie wprowadziła w nią sporo zamieszania. Wszczynała kłótnie z Nirgalem lub Nadią, a co jakiś czas, niby przypadkowo, przypominała sobie o obecności Arta i wtedy zaczynała się do niego wdzięczyć, jednocześnie szacując jego osobę, jak gdyby był to automatyczny warunek zawarcia bliższej znajomości. Nagle, w którejś z kryjówek Nadii, zdejmowała bluzkę, aby się obmyć albo znienacka kładła Artowi dłoń na ramieniu, zadając mu pytania o Ziemię… Zdarzało się niekiedy, że zupełnie go lekceważyła, zamyślając się nad własnymi problemami. Dawało to wrażenie życia w roverze z wielkim kotem, z panterą, która potrafiła cicho mruczeć na twoich kolanach, nerwowo biegać po przedziale albo kroczyć po nim ze wspaniałą nerwową gracją.

No cóż, taka już była Jackie. Jej śmiech stale wypełniał pojazd, dźwięcząc wśród ścian, gdy dziewczyna reagowała na słowa wypowiedziane przez Arta lub Nadię, jej piękno zdobiło wnętrze, a entuzjazm, z jakim uczestniczyła w każdej dyskusji na temat marsjańskiej sytuacji, udzielał się innym. Gdy tylko odkryła, z jakiego powodu troje przyjaciół odbywa tę podróż, od razu z energią zaangażowała się w przedsięwzięcie.

Dzięki obecności Jackie ich życie z pewnością nabrało intensywności, nie mogło być co do tego najmniejszych wątpliwości. Art, chociaż wybałuszał na nią oczy, kiedy się kąpała, przybierał minę, która — tak podejrzewał Nirgal — miała wyrażać figlarność, w gruncie rzeczy cieszył się, że młoda Marsjanka poświęca mu tyle uwagi, wpatrując się weń z hipnotyczną przenikliwością. W pewnej chwili Nirgal dostrzegł, jak Randolph rzuca Nadii ukradkowe spojrzenie, wyrażające szczere rozbawienie. Najwyraźniej więc, chociaż Ziemianinowi Jackie podobała się niezwykle i lubił na nią patrzeć, z pewnością nie był beznadziejnie zadurzony. Być może przyczyną jego wstrzemięźliwości stała się przyjaźń z Nirgalem. Nie miał co do tego pewności, ale sprawiała mu przyjemność sama możliwość istnienia takiego powodu, który nie był czymś zwykłym ani w Zygocie, ani w Sabishii.