— Jesteście Amerykanami, to dla was rzeczywiście problem. — Jej słowa sprawiły, że Art aż zamrugał. Jednak potem Rosjanka dodała: — No cóż, Stany Zjednoczone to także tygiel. Znaczy, że popierają ideę tygla… W końcu właśnie Ameryka stanowiła miejsce, do którego mogli przybyć ludzie zewsząd i stać się jej częścią. Teoretycznie. To właśnie winno być lekcją dla nas…
Jackie nie wytrzymała, by się nie wtrącić:
— Boone ostatecznie wywnioskował, że nie jest możliwe stworzenie marsjańskiej kultury od samego początku. Stwierdził więc, że musi być ona mieszaniną wszystkiego, co najlepsze z kultur różnych nacji, które tu przybyły. Oto na czym polega różnica między booneistami i bogdanowistami.
— Tak — mruknęła Nadia, marszcząc brwi — ale uważam, że oni obaj się mylili. Nie sądzę, abyśmy mogli stworzyć cywilizację od samego początku, ale też nie wydaje mi się, by mogła ją stworzyć mieszanina wysublimowanych elementów z różnych kultur. Na to trzeba jeszcze bardzo długo czekać. Tymczasem, moim zdaniem, kwestia wyłącznie dotyczy współegzystencji owych kultur. Tylko czy coś takiego jest w ogóle możliwe… — urwała i wzruszyła ramionami.
Problemy, z którymi będą musieli się zmierzyć na kongresie, jakikolwiek on byłby, zarysowały się dokładnie właśnie podczas wizyty czworga podróżników w karawanseraju Beduinów. Jego mieszkańcy eksploatowali region położony daleko na południu między Kraterem Dany, Kraterem Lyella, Sisyphi Cavi i Dorsa Argentea. Podróżowali po okolicy w ruchomych pojazdach wydobywczych, w stylu sprawdzonym już na Wielkiej Skarpie, a obecnie uznawanym za tradycyjny: eksploatowali tylko pokłady powierzchniowe, a potem ruszali w dalszą drogę. Ich karawanseraj był małym namiotem pozostawionym w miejscu jako oaza, z przeznaczeniem użycia w razie niebezpieczeństwa lub dla odpoczynku między kolejnymi wyprawami.
Nikt nie mógłby stanowić większego niż Beduini kontrastu wobec eterycznych, nieziemskich sufitów: ci pełni rezerwy, nie bawiący się w sentymenty Arabowie ubierali się w nowoczesne kombinezony; przeważnie byli to mężczyźni. Kiedy do karawanseraju przybył rover Nadii, jeden z wydobywczych taborów miał akurat wyruszać w drogę. Jego mieszkańcy, usłyszawszy, o czym podróżnicy chcą dyskutować, zmarszczyli tylko brwi i, po prostu, odjechali.
— Znowu booneizm — mówili. — Nie chcemy mieć z tym nic wspólnego.
Podróżnicy zjedli posiłek wraz z grupą mężczyzn w największym roverze pozostałym w karawanseraju. Kobiety wychodziły z korytarza łączącego ten pojazd z sąsiednim, przynosząc dania. Jackie patrzyła na to niechętnie i z ponurą miną, która wyglądała jak skopiowana z twarzy Mai. Kiedy jeden z młodszych Arabów siedzący obok niej próbował nawiązać rozmowę, zauważył, że nie jest to wcale łatwe. Nirgal stłumił śmiech i skierował swą uwagę na Nadię oraz jakiegoś starego Beduina imieniem Zeyk, przywódcę tej grupy; właśnie tego osobnika Nadia znała już wcześniej.
— Ach, ci sufici — powiedział jowialnie Zeyk. — Nikt się nimi nie przejmuje, ponieważ są zupełnie nieszkodliwi. Jak ptaki.
Później, w trakcie posiłku, Jackie — jak to Jackie — oczywiście zapałała sympatią do młodego Araba, zwłaszcza że był naprawdę uderzająco przystojnym mężczyzną o długich ciemnych rzęsach, obrzeżających wilgotne brązowe oczy, o orlim nosie, pełnych czerwonych ustach, ostrym podbródku i swobodnym, pewnym siebie sposobie bycia; chyba dzięki tym wszystkim cechom najwyraźniej go nie porażała uroda Jackie, w pewnym sensie przypominająca jego własną. Na imię miał Antar i pochodził z ważnej rodziny beduińskiej. Art, siedzący po drugiej stronie niskiego stolika, naprzeciwko nich, patrzył zaszokowany na tę rozwijającą się przyjaźń, ale Nirgal po wspólnych latach spędzonych w Sabishii wiedział, że takie historie zdarzały się nawet bez udziału Jackie i w jakiś dziwny sposób prawie przyjemne było obserwowanie dziewczyny podczas takich rozmów. A Jackie i Antar stanowili, w gruncie rzeczy, naprawdę ładny widok: ona, wyniosła córa największego matriarchatu od czasów Atlantydy i on, dziedzic najbardziej skrajnego patriarchatu na Marsie, młody człowiek o nieodpartym wdzięku i swobodnych manierach, tak dumny, jak gdyby był królem tego świata.
Po posiłku ci dwoje zniknęli. Nirgal rozsiadł się wygodnie, odczuwając lekki żal i spędzał czas na rozmowie z Nadią, Artem, Zeykiem oraz żoną Zeyka, Nazik, która nagle przyszła i przyłączyła się do nich. Zeyk i Nazik byli marsjańskimi dinozaurami, którzy znali kiedyś Johna Boone’a i przyjaźnili się z Frankiem Chalmersem. W przeciwieństwie do przepowiedni sufitów, bardzo życzliwie podeszli do sprawy kongresu i zgodzili się, że Dorsa Brevia stanowi zupełnie dobre miejsce na jego siedzibę.
— To, czego nam potrzeba, oznacza równość bez konformizmu — powiedział w pewnym momencie Zeyk, mrużąc z powagą oczy i uważnie dobierając słowa. Jego stwierdzenie było tak bliskie temu, co mówiła podczas jazdy Nadia, że Nirgal jeszcze bardziej skupił uwagę na słowach Araba. — Nie jest łatwo osiągnąć coś takiego, ale z pewnością musimy spróbować, aby uniknąć walki. Rozpowiem o kongresie wśród arabskiej społeczności. Albo przynajmniej wśród Beduinów. Muszę wam powiedzieć, że na północy mieszka sporo Arabów, którzy bardzo mocno zaangażowali się w układy z konsorcjami ponadnarodowymi, zwłaszcza z Amexxem. Wszystkie afrykańskie państwa islamskie wpadają w sidła tego koncernu, jedno po drugim… Bardzo osobliwe sprzężenie. Ale, wiecie, pieniądze… — Złożył ręce i potarł palce. — Sami rozumiecie. Tak czy owak, skontaktujemy się z naszymi przyjaciółmi. A i sufici nam pomogą. Tu na południu stają się mułłami. Mułłom się to nie spodoba, ale mnie tak…
Zeyka martwiły także inne elementy rozwijającej się sytuacji.
— Konsorcjum Armscor weszło w układy z Grupą Czarnomorską, co stanowi bardzo złą kombinację — starzy przywódcy Afrykanerów plus siły bezpieczeństwa wszystkich państw członkowskich tamtej grupy. Większość z nich to państwa policyjne: Ukraina, Gruzja, Mołdawia, Azerbejdżan, Armenia, Bułgaria, Turcja, Rumunia. — Wyliczał je na palcach, marszcząc przy tym nos. — Pomyślcie o tym przez chwilę! Pobudowali bazy na Wielkiej Skarpie, tworząc w efekcie pas wokół Marsa. Są też silnie związani z Zarządem Tymczasowym. — Mężczyzna potrząsnął głową. — Zetrą nas na proch, jeśli tylko damy im ku temu okazję.
Nadia skinęła głową na znak, że się zgadza z Zeykiem, a Art, który wyglądał na zaskoczonego tymi słowami, zasypał Beduina tysiącem pytań.
— Ale wy się nie ukrywacie — zauważył pytająco w pewnym momencie.