— Mamy kryjówki, jeśli zajdzie taka potrzeba — odrzekł Zeyk. — I jesteśmy gotowi do walki.
— Sądzisz, że do niej dojdzie? — spytał Art.
— Jestem tego pewien.
O wiele później, po wielu następnych maleńkich filiżankach z gęstą, mocną kawą, Zeyk, Nazik i Nadia zaczęli rozmawiać o Franku Chalmersie i w trakcie tej pogawędki wszyscy troje uśmiechali się szczególnymi, zabarwionymi dziwną czułością uśmiechami. Nirgal i Art przysłuchiwali się dyskusji, ale trudno im było sobie wyobrazić tego człowieka, który umarł na wiele lat przed narodzinami Nirgala. W gruncie rzeczy wszystko, co mówili tamci, w szokujący sposób przypominało dwóm młodszym mężczyznom, jak starzy naprawdę są issei, ludzie, którzy mieli osobisty kontakt z osobą znaną Artowi i Nirgalowi jedynie z taśm wideo. W końcu Randolphowi wyrwało się pytanie:
— A jaki on był naprawdę?
Troje starych przez chwilę zastanawiało się nad odpowiedzią, potem Zeyk powoli zaczął mówić:
— To był gniewny mężczyzna. A jednak słuchał nas, Arabów i poważał. Mieszkał z nami przez jakiś czas, nauczył się naszego języka, a prawdę mówiąc niewielu spośród Amerykanów kiedykolwiek się na to zdobyło. Toteż pokochaliśmy go i usiłowaliśmy bliżej poznać. Nie było łatwo, trudny człowiek. I naprawdę stale się złościł. Nie wiem dlaczego… Przypuszczam, że powodem musiało być jakieś zdarzenie jeszcze z okresu, który spędził na Ziemi. Nigdy nie mówił o tych latach. Ściśle rzecz biorąc, w ogóle nigdy o sobie nie mówił. Jednak był w nim taki żyroskop, który wirował jak pulsar. Miewał też ponure nastroje. Bardzo ponure… Wysyłaliśmy go na zwiad w roverach poszukiwawczych, aby w samotności jakoś doszedł do porozumienia sam ze sobą. Tyle że to nie zawsze dawało dobre rezultaty. Od czasu do czasu nas denerwował, mimo że był naszym gościem. — Zeyk uśmiechnął się na to wspomnienie. — Razu pewnego nazwał nas wszystkich właścicielami niewolnic. Rzucił nam to prosto w twarz przy kawie…
— Nazwał was właścicielami niewolnic?
Zeyk zamachał ręką.
— To był gniewny człowiek.
— Uratował nas, tam, na końcu drogi — Nadia przerwała Zeykowi, zagłębiając się we własne myśli. — Wtedy, w sześćdziesiątym pierwszym. — Opowiedziała im o długiej jeździe w dół Valles Marineris, którą przedsięwzięli uciekinierzy w tym samym czasie, kiedy woda po wybuchu formacji wodonośnej Compton zalała ten wielki kanion. Nadia mówiła, że pod koniec podróży, gdy niemal już wyjechali na bezpieczny teren, powódź pochwyciła Franka i porwała ze sobą. — Wysiadł na zewnątrz, aby ściągnąć pojazd ze skały i gdyby nie zadziałał tak szybko, cały rover by utonął…
— Ach — ocenił Zeyk. — Jaka szczęśliwa śmierć.
— Nie sądzę, aby sam Frank tak myślał.
Wszyscy issei roześmiali się krótko, a później sięgnęli po małe filiżanki z kawą i wznieśli toast za swego zmarłego przyjaciela.
— Tęsknię za nim — powiedziała Nadia, odstawiając filiżankę. — Nigdy nie sądziłam, że coś takiego powiem.
Zamilkła, a Nirgal obserwując ją, poczuł coś dziwnego — jak gdyby noc pieściła ich i ukrywała. Nigdy nie słyszał, aby Nadia mówiła o Franku Chalmersie. Zresztą bardzo wielu jej przyjaciół zmarło podczas powstania. Także towarzysz jej życia, Bogdanów, którego poglądy nadal wyznawało tak wielu ludzi.
— Gniewny do końca — oświadczył Zeyk. — Za Franka i za szczęśliwą śmierć.
Z Lyella kontynuowali jazdę w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara wokół bieguna południowego. Zatrzymywali się w kryjówkach lub w miastach namiotowych, gdzie wymieniali nowiny i towary. Christianopolis było największym pokrytym namiotem miastem w regionie, ośrodkiem handlowym dla wszystkich mniejszych kolonii położonych na południe od Argyre. Kryjówki na tym terenie zamieszkiwali przeważnie „czerwoni”. Wszystkich „czerwonych”, których spotykali po drodze, Nadia prosiła, aby przekazali Ann Clayborne wiadomość o kongresie.
— Mamy połączenie telefoniczne, ale Ann nie odpowiada.
Wielu „czerwonych” najwyraźniej uważało, że spotkanie grup podziemia to zły pomysł albo przynajmniej strata czasu. Na południe od Krateru Schmidta podróżnicy zatrzymali się w kolonii bolońskich komunistów, mieszkających w wydrążonym wzgórzu, zagubionym w jednej z najdzikszych obszarów południowych wyżyn, regionie bardzo trudno przejezdnym z powodu wielu błędnych skarp i dajek, z którymi rovery nie mogły sobie poradzić. Bolończycy dali czworgu przyjaciołom mapę z zaznaczonymi tunelami i windami, które wcześniej zbudowali w tej strefie i dzięki nim można było się przeprawić przez dajki oraz w górę lub w dół skarp.
— Gdybyśmy ich nie mieli, nasze wycieczki składałyby się głównie z objazdów — wyjaśnili.
Obok jednego z ich ukrytych dajkowych tuneli mieściła się mała kolonia Polinezyjczyków, mieszkających w krótkim magmowym tunelu, którego dno zalali wodą, pozostawiając ledwie trzy wysepki. Na południowym stoku dajki lód i śnieg sięgały wysoko, ale Polinezyjczycy, z których większość pochodziła z ziemskiej wyspy Vanuatu, utrzymywali wewnątrz swej kryjówki całkiem przyjemną temperaturę i Nirgalowi powietrze to wydało się tak gorące i wilgotne, że aż trudno mu było oddychać, nawet kiedy tylko siedział w bezruchu na piaszczystej plaży, między czarnym jeziorem i rzędem pochylonych palm. Z pewnością, myślał rozglądając się wokół siebie, Polinezyjczyków można zaliczyć do tych mieszkańców Marsa, którzy próbują tworzyć kulturę, korzystając obficie z tradycji swoich przodków. Okazało się także, że badają historie pierwotnych rządów, które panowały niegdyś w niemal wszystkich starożytnych ziemskich państwach i podniecała ich idea podzielenia się na kongresie tym, czego się dowiedzieli podczas owych studiów, nie było więc problemu, by nakłonić ich do przyjazdu.
Postanowili uczcić pomysł kongresu uroczystą biesiadą na plaży. Art, usadowiony między Jackie i polinezyjską pięknością imieniem Tanna, promieniał radością, popijając małymi łykami kave z połówki skorupy orzecha kokosowego. Nirgal leżał rozciągnięty na piasku przed nimi, słuchając, jak Jackie i Tanna rozmawiają z ożywieniem o społecznym ruchu tubylczym, jak nazywała ich działalność Polinezyjka. Wyjaśniała, że nie jest to wyłącznie nostalgia za przeszłością, raczej próbowano tu stworzyć nową kulturę, która wcieliłaby wartości i sposoby działania wczesnych cywilizacji w nowoczesne kształty marsjańskie.
— Tutejsze podziemie przypomina ziemską Polinezję — mówiła Tanna. — Małe wysepki na wielkim kamiennym oceanie, jedne zaznaczone na mapach, inne nie. Pewnego dnia będzie tu prawdziwy, wypełniony wodą ocean, a my pozostaniemy na wyspach, rozwijając się bujnie pod niebem.
— Wypiję za to — oznajmił Art i wypił. Najwyraźniej miał nadzieję, że jednym z aspektów starej kultury polinezyjskiej wcielanej w nowoczesne formy marsjańskiej okażą się ich słynne przyjaźnie seksualne. Jednak Jackie złośliwie komplikowała mu tę sprawę, ponieważ opierała się na ramieniu Arta: albo żeby się z nim drażnić, albo żeby rywalizować z Tanna. Art wyglądał na uszczęśliwionego, chociaż był także nieco zaniepokojony; wypił zawartość całej filiżanki z niezdrową kavą naprawdę szybko i dzięki niej oraz towarzystwu kobiet wydawał się zatracony w błogim zakłopotaniu. Nirgal niemal się głośno roześmiał na widok przyjaciela. Przyszło mu do głowy, wnioskując po spojrzeniach rzucanych w jego stronę, że niektóre z młodych kobiet pozostałych na uroczystości mogły także być zainteresowane podzieleniem się z kimś starożytną mądrością. Z drugiej strony Jackie powinna przestać robić na złość Artowi. Było to jednak bez znaczenia; miała to być długa noc, a w małym tunelowym oceanie Nowego Vanuatu utrzymywano temperaturę równie wysoką, jak w łaźniach starej Zygoty. Nadia zostawiła ich już i pływała teraz na płyciźnie z jakimiś mężczyznami, którzy byli od niej cztery razy młodsi. Nirgal wstał, zdjął ubranie i również wszedł do wody.