Zima była już na tyle zaawansowana, że nawet na osiemdziesiątym stopniu szerokości areograficznej słońce wstawało bardzo późno: na godzinę lub dwie przed południem, a podczas krótkich dni przechodzące mgły jarzyły się tonami pastelowymi lub metalicznymi pobłyskami — czasem były fioletowo-czerwonawo-różowe, kiedy indziej miedziano-brązowawo-złote. We wszystkich przypadkach delikatne odcienie koloru chwytał i odbijał lód na powierzchni; czasami podróżnicy mieli wrażenie, że przejeżdżają przez świat całkowicie wykonany z klejnotów: ametystów, rubinów, szafirów.
W niektóre dni ryczał wiatr, przerzucał zamrożone fragmenty i pokrywając nimi rover, nadawał światu falujący, podwodny widok. W krótkich godzinach światła słonecznego czworo przyjaciół pracowało przy czyszczeniu kół pojazdu. Zamglone słońce wyglądało jak kępka żółtych porostów. Pewnego razu, gdy uspokoiła się wichura, opadł także kaptur mgły i ziemia we wszystkich kierunkach aż po horyzont zmieniła się w spektakularną mieszaninę wymalowanych przez mróz lodowych kwiatów. A na północnym horyzoncie tego zmiętoszonego diamentowego pola znajdowała się wysoka, ciemna chmura, wlewająca się w niebo w taki sposób, jak gdyby ulatniała się z jakiegoś źródła, które wydawało się leżeć niezbyt daleko za horyzontem.
Przerwali pracę i wygrzebali się z małego schronu Nadii. Nirgal chwilę wpatrywał się w ciemną chmurę, potem spojrzał na mapę.
— Sądzę, że to może być mohol Rayleigha — odezwał się w końcu. — Kiedyś, dawno temu, podczas mojej pierwszej wyprawy, którą odbyłem z Kojotem, ojciec uruchomił jego automatyczne koparki. Zastanawiam się, jakie są tego rezultaty.
— W garażu mam ukryty mały zwiadowczy rover — oświadczyła Nadia. — Możesz go wziąć i pojeździć po okolicy, jeśli chcesz. Pojechałabym także, ale muszę wrócić do Gamety. Mam się tam spotkać pojutrze z Ann. Podobno dotarła do niej wiadomość o kongresie i w związku z tym chce mi zadać kilka pytań.
Art wyraził zainteresowanie spotkaniem z Ann Clayborne, bowiem głęboko go poruszył film wideo z nią, który oglądał lecąc na Marsa.
— To byłoby jak spotkanie Jeremiasza — oznajmił.
Jackie natomiast powiedziała do Nirgala:
— Pojadę z tobą.
Umówili się, że spotkają się w Gamecie, po czym Art i Nadia skierowali się bezpośrednio do osady, w dużym roverze, podczas gdy Nirgal wyjechał z Jackie w zwiadowczym pojeździe Nadii. Wysoka chmura ciągle trwała przed nimi nad lodowym krajobrazem, gęsty słup ciemnoszarych płatków, rozłożonych płasko w stratosferze, w różnych kierunkach. Im bliżej podjeżdżali, tym bardziej pewne się wydawało, że chmura podnosi się z milczącej planety. I potem, gdy dotarli na krawędź jednej z niskich skarp, zobaczyli, że teren w oddali jest przezroczysty od lodu, płaszczyzna tak kamienna jak w pełni lata, tyle że ciemniejsza; była to niemal całkowicie czarna skała, a z jej długich pomarańczowych szczelin w pęcherzykowatej, miękkiej jak poduszka powierzchni unosił się dym. Tuż za horyzontem, który tutaj znajdował się w odległości sześciu czy siedmiu kilometrów, ciemna chmura mąciła się i burzyła niczym prawdziwa, dopiero co powstała moholowa chmura cieplna — gorący gazowy dym wybuchający na boki, a potem gwałtownie się podnoszący.
Jackie wprowadziła pojazd na szczyt najwyższego wzgórza w okolicy. Stamtąd mogli widzieć całą odległość do źródła chmury. Rozwiązanie zagadki okazało się dokładnie takie, jak Nirgal przewidywał już w momencie, gdy dostrzegł obłok: mohol Rayleigha był teraz niskim wzgórzem, prawie czarnym, z wyjątkiem układu wściekle pomarańczowych rozpadlin. Chmura wydostawała się z wgłębienia w tym wzgórzu — ciemny, gęsty i wirujący dym. Jęzor nierównych czarnych kamieni rozciągał się w dół wzgórza na południe, w kierunku pary podróżników, a potem biegł dalej po ich prawej stronie.
Kiedy siedzieli w pojeździe, w milczeniu obserwując niesamowity widok, duża część niskiego, czarnego wzgórza, pokrywającego mohol przechyliła się nagle i roztrzaskała, a potem płynna pomarańczowa skała spłynęła szybko między czarnymi klocami, połyskując i pryskając żółtymi iskrami. Intensywna żółć szybko zmieniała się w oranż, a następnie jeszcze bardziej pociemniała.
Potem nic się już nie poruszało, z wyjątkiem słupa dymu. Ponad szumem wentylatora i warkotem silnika Nirgal i Jackie usłyszeli dudniące basso continue, przerywane hukami, zsynchronizowanymi z nagłymi wybuchami dymu z otworu ujściowego. Rover zatrząsł się lekko na resorach.
Pozostali na wzgórzu, patrząc. Nirgal był oczarowany widokiem, a Jackie — podniecona i gadatliwa — wygłaszała szczegółowe komentarze; potem, gdy kloce lawy oderwały się od wzgórza, uwalniając kolejne fragmenty stopionej skały, zamilkła. Kiedy spoglądali przez podczerwony przeziernik pojazdu, wzgórze wyglądało na jaskrawoszmaragdowe, rozpadliny w nim płonęły bielą, a jęzor lawy liżący równinę był świetliście zielony. Minęło około godziny, zanim pomarańczowa skała stała się czarna w widocznym świetle, jednak w podczerwieni szmaragd zmienił się w ciemną zieleń w ciągu mniej więcej dziesięciu minut. Zieleń przesączająca się do świata z wybuchającą bielą.
Zjedli posiłek, a kiedy zmyli talerze w maleńkiej kuchni, Jackie otoczyła Nirgala ramionami, z przyjaźnią, którą okazywała w Nowym Vanuatu; jej oczy błyszczały, na ustach pojawił się nieznaczny uśmieszek. Nirgal rozpoznał te sygnały, zaczął pieścić dziewczynę, a ona ruszyła w małą przestrzeń za siedzeniami kierowców, szczęśliwa z powodu odświeżonej zażyłości, tak wyjątkowej i cennej.
— Założę się, że na zewnątrz jest ciepło — rzucił.
Jackie zakołysała głową, patrząc na niego; oczy miała szeroko otwarte.
Bez dalszych słów ubrali się w skafandry i weszli w śluzę powietrzną. Trzymali się za ręce w rękawiczkach, czekając aż komora zostanie wyssana i się otworzy. Kiedy właz się rozsunął, wyszli z pojazdu i ruszyli przez suchy rdzawy rumosz, nadal trzymając się za ręce i mocno ściskając; omijając wypukłości i wgłębienia terenu oraz wysokie do piersi głazy narzutowe, zmierzali ku świeżej lawie. Każde z nich niosło cienki pled izolacyjny na drugiej ręce. Mogli rozmawiać, ale nie rozmawiali. Wiatr szarpał od czasu do czasu ich ciałami i nawet przez warstwy walkera Nirgal wyczuwał, że powietrze jest ciepłe. Ziemia drżała lekko pod stopami, a dochodzące z oddali dudnienie dawało wibracje w żołądku Nirgala; co kilka sekund dudnienie przerywał głuchy huk albo ostrzejszy odgłos pęknięcia. Bez wątpienia przebywanie tu nie było bezpieczne.
Dostrzegli małe koliste wzgórze, bardzo podobne do tego, na którym zaparkowali pojazd; wyrastało nad jęzorem gorącej lawy, w dość bliskiej odległości. Rozumiejąc się bez słów Nirgal i Jackie skierowali się właśnie ku niemu wielkimi krokami, wspinając się na sam stok; ciągle trzymali się za ręce, zaciskając je mocno.
Ze szczytu małego wzgórza, ponad świeżym czarnym wypływem i jego zmienną siecią ogniście pomarańczowych rozpadlin, rozciągał się widok na bardzo dużą odległość. Hałas był ogromny. Nowa lawa przedostawała się na drugą stronę czarnej masy, spływając w dół stoku. Nirgal i Jackie znaleźli się w najwyższym punkcie brzegu strumienia. Kiedy spojrzeli w dół, dostrzegli prawdziwy strumień płynący od lewej strony ku prawej. Oczywiście, jakiś nagły wielki wypływ mógłby stanowić dla nich obojga zagrożenie, ale uznali taką sytuację za mało prawdopodobną; w pewnym sensie nie znajdowali się tu w większym niebezpieczeństwie niż w pojeździe.