Kilka dużych budynków w Sabishii wykończono polerowanymi kamieniami, wybranymi ze względu na ich niezwykle na Marsie kolory: alabaster, Jadeit, malachit, żółty Jaspis, turkus, onyks, lazuryt. Mniejsze budynki były drewniane. Po nocnych podróżach i całodziennym ukrywaniu się przybysze uznali za przyjemność spacer w słonecznym świetle między niskimi drewnianymi budynkami, pod platanami i ognistymi klonami, przez skalne ogrody i szerokie trawiaste aleje, obok obsadzonych rzędami cyprysów kanałów, które od czasu do czasu rozszerzały się w pokryte liliami stawy, przecięte umieszczonymi wysoko nad nimi lukowatymi mostami.
Miasto znajdowało się prawie na równiku i zima miała tu niewielkie znaczenie; nawet przy aphelium w Sabishii kwitł hibiskus i rododendrony, a sosny i wiele odmian bambusa strzelały wysoko w ciepłe, świeże powietrze.
Bardzo starzy Japończycy powitali gości jak dawnych i cenionych przyjaciół. Sabishiiańscy issei ubierali się w miedziane kombinezony, chodzili boso, włosy czesali w długie końskie ogony; ciała mężczyzn i kobiet zdobiły liczne kolczyki i naszyjniki. Jeden ze starych, łysy, z rzadką białą brodą i głęboko pooraną zmarszczkami twarzą, zabrał przybyłych na spacer, aby mogli rozprostować nogi po długiej jeździe. Na imię miał Kenji i był pierwszym Japończykiem, jaki postawił nogę na Marsie, chociaż nikt już tego nie pamiętał.
Przy murze otaczającym miasto podróżnicy przyjrzeli się ogromnym budynkom balansującym na okolicznych szczytach wzgórz. Wzgórza te wyrzeźbiono w rozmaite fantastyczne kształty.
— Byłeś kiedyś w Medusae Fossae?
Kenji uśmiechnął się tylko i potrząsnął głową. Następnie powiedział, że kamienie karni na wzgórzach zostały podziurawione jak sito pomieszczeniami mieszkalnymi i magazynowymi, toteż tam oraz w labiryncie pod moholowym kopcem Sabishiiańczycy mogli teraz zakwaterować bardzo dużo ludzi, nawet dwadzieścia tysięcy przez cały długi rok. Goście kiwali głowami. Istniała możliwość, że tak duży schron stanie się naprawdę konieczny.
Kenji zaprowadził gości do najstarszej części miasta, gdzie otrzymali pokoje w pierwotnym osiedlu. Były one mniejsze i skromniejsze niż większość studenckich mieszkań miasta, pokryte patyną starości, mocno zużyte, co sprawiało, że przypominały bardziej gniazda niż pomieszczenia mieszkalne. Jednakże issei ciągle sypiali w niektórych z nich.
Kiedy przybysze przechodzili przez te pokoje, unikali swojego wzroku. Kontrast między ich własną historią i tymi sabishiiańczykami był zbyt ostry. Patrzyli na meble, wstrząśnięci, oszołomieni, roztargnieni, zatopieni każde w swoich myślach. A po wieczornym posiłku, gdy już spora ilość wypitej sake nieco ich rozluźniła, któreś z nich powiedziało:
— Gdybyśmy tylko my stworzyli coś takiego.
Nanao zaczął grać na bambusowym flecie.
— Nam było łatwiej — zauważył Kenji. — Wszyscy jesteśmy Japończykami. Mieliśmy się na czym wzorować.
— Ale Sabishii nie przypomina Japonii, jaką pamiętam.
— To prawda. Tyle że tamta Japonia nie była prawdziwa.
Wzięli filiżanki, kilka butelek i weszli schodami do pawilonu na szczycie drewnianej wieży obok osiedla. Z góry widzieli drzewa, szczyty dachów miasta i nierówne szeregi głazów narzutowych, sterczących na czarnym horyzoncie. Mijała właśnie ostatnia godzina przed zmrokiem i poza lawendowym trójkącikiem na zachodzie niebo miało bogatą barwę nocnego błękitu i było gęsto upstrzone gwiazdami. Pod niebem, w laskach ognistych klonów, wisiał rząd papierowych lampionów.
— Jesteśmy prawdziwymi Japończykami. To, co widać dzisiaj w Tokio, jest ponadnarodowe. Tam jest inna Japonia. Rzecz jasna, możemy nigdy do niej nie wrócić. Prezentowała, w pewnym sensie, feudalną kulturę o wielu cechach, których nie potrafimy zaakceptować. Jednak wszystko, co robimy tutaj, ma swoje korzenie w naszej kulturze. Próbujemy znaleźć jakiś nowy sposób, który odkryje ponownie starą drogę albo stworzy ją dla tego nowego miejsca.
— Kasei Nippon, marsjańska Japonia.
— Tak, ale nie tylko dla Marsa! Także dla Japonii. Model dla Japończyków na Ziemi, rozumiecie? Przykład tego, czym mogliby się stać.
Tak więc mieszkańcy miasta i przybysze pili razem ryżowe wino pod gwiazdami. Nanao grał na flecie, a w dole, w parku pod papierowymi lampionami ktoś się śmiał. Goście siedzieli, pochylając się ku sobie, pijąc i rozmyślając. Rozmawiali przez chwilę o wszystkich ukrytych koloniach, o tym, jak bardzo się od siebie różnią, a jednocześnie, jak wiele mają ze sobą wspólnego.
Oczywiście się upili.
— Ten kongres to dobry pomysł.
Goście kiwali głowami. Zgadzali się, choć nie każdy z nich podchodził do tego równie entuzjastycznie.
— Tego właśnie potrzebujemy. To znaczy… zbieraliśmy się i obchodziliśmy święto Johna od… od ilu już lat? Nabrało rzeczywiście istotnego znaczenia. Bardzo przyjemne. Bardzo ważne. Potrzebujemy tego, dla dobra nas samych. Teraz jednak wszystko się błyskawicznie zmienia. Nie możemy udawać, że jesteśmy jakąś kliką. Musimy współpracować z pozostałymi.
Przez chwilę omawiali szczegóły: uczestnicy kongresu, problem bezpieczeństwa, kwestie sporne.
— Kto zaa… to znaczy zaatakował?
— Oddział sił bezpieczeństwa z Burroughs. Subarashii i Armscor stworzyli coś, co nazywają sabotażową jednostką śledczą i skłonili Zarząd Tymczasowy, by pobłogosławił jej operację. I bez wątpienia znowu wybiorą się na południe. Można prawie powiedzieć, że już czekamy zbyt długo.
— Dostali tę instytucję… znaczy informację… ode mnie?
Prychnięcie.
— Powinieneś przestać myśleć o sobie, jako o kimś bardzo ważnym.
— To nie ma znaczenia. Wszystkie tego typu działania przyspiesza sam fakt powrotu windy.
— Budują identyczną także dla Ziemi. A więc…
— Lepiej działajmy.
Potem, w miarę jak kamienne flaszki z sake krążyły wokół i pustoszały, zebrani zrezygnowali z poważnych dyskusji i oddali się rozmowom na temat ubiegłego roku. Mówili o rzeczach, które widzieli w dalekiej kolonii, plotkowali o wspólnych znajomych, powtarzali niedawno zasłyszane dowcipy. Nanao wyjął paczkę balonów, które napełnili powietrzem, wypuścili w nocną bryzę wiejącą w mieście i obserwowali ich lot w kierunku drzew i starych osiedli. Podawali sobie zbiorniczek z tlenkiem azotawym, wdychali go i śmiali się. Gwiazdy tworzyły nad ich głowami gęstą sieć. Ktoś opowiadał historie o kosmosie, o pasie asteroid. Scyzorykami próbowali naciąć wyżłobienia na obnażonych kawałkach drewna, ale im się nie udało.
— Ten kongres to coś, co nazywamy nema washi. Przygotowanie gleby pod uprawę.
Dwie osoby wstały, otoczyły się ramionami, chwilę się chwiały, póki nie odzyskały równowagi, potem podniosły małe filiżanki, wznosząc kolejny toast.
— Do następnego roku na Olympus.
— Do następnego roku — powtórzyli za nimi pozostali, po czym wszyscy wypili.