Jednak, zanim tłum się rozproszył, Hiroko, która stała na tyłach tłumku z Zygoty, ruszyła powoli do środka kręgu. Miała na sobie kombinezon w kolorze zielonego bambusa, nie włożyła żadnej biżuterii — wysoka, smukła postać o białych włosach. Chociaż nie wyglądała zbyt pociągająco, wszystkie oczy skupiły się na niej. A kiedy podniosła ręce, wszyscy wstali. W milczeniu, które zapadło, Nadia straciła dech. Powietrze utknęło jej w gardle. Powinniśmy dać sobie teraz spokój — pomyślała. Żadnych spotkań — po prostu być tutaj razem, obcować ze sobą, wspólnie wyrażać szacunek dla tej jednej drobnej istoty.
— Jesteśmy dziećmi Ziemi — odezwała się Hiroko, na tyle głośno, aby wszyscy mogli ją usłyszeć. — A jednak znajdujemy się tutaj, w magmowym tunelu na planecie Mars. Nie powinniśmy zapominać, jak dziwny to jest los. Życie wszędzie stanowi zagadkę i niezwykle cenny cud, ale tutaj dostrzegamy jeszcze wyraźniej jego świętą siłę. Pamiętajmy o tym teraz i sprawmy, by nasza praca stała się naszym wyznaniem wiary.
Rozłożyła szeroko ręce, a jej najbliżsi towarzysze nucąc ruszyli do środka kręgu. Inni podążyli w ich ślady, aż przestrzeń wokół Szwajcarów wypełniła się pomrukującymi tłumami przyjaciół, znajomych i obcych.
Warsztaty odbywały się w pawilonach rozproszonych po parkach albo w trójściennych pomieszczeniach publicznych budynków, które znajdowały się na obrzeżach parków. Szwajcarzy wyznaczyli już wcześniej małe grupki osób do prowadzenia warsztatów, a reszta uczestników konferencji mogła uczęszczać na wybrane przez siebie zajęcia o najbardziej interesującej daną osobę tematyce, toteż niektóre spotkania przyciągały pięć osób, a inne pięćdziesiąt.
Nadia spędziła pierwszy dzień na wędrówce od warsztatu do warsztatu, w górę i w dół czterech najbardziej południowych odcinków tunelu. Stwierdziła, że dość sporo osób postępowało w ten sam sposób, szczególnie celował w tym Art, który starał się spróbować obejrzeć wszystkie warsztaty, tak że łapał w każdym miejscu zaledwie po kilka zdań.
W pewnej chwili Nadia znalazła się na spotkaniu, na którym dyskutowano o wydarzeniach roku 2061. Zaciekawił ją, chociaż wcale nie zaskoczył, fakt, że wśród publiczności znajdowała się Maja, Ann, Sax, Spencer, a nawet Kojot, podobnie jak Jackie Boone, Nirgal i wiele innych znajomych osób. Sala przepełniona była ludźmi. Tak, tak, pomyślała Nadia, najpierw to, co najważniejsze. Padało wiele zadawanych gderliwym tonem pytań o rok 2061: „Co się wtedy zdarzyło?” „Co poszło źle i dlaczego?”
Jednak po dziesięciu minutach przysłuchiwania się zamarło jej serce. Uczestnicy spotkania byli zdenerwowani i bez końca, szczerze i gorzko wzajemnie się obwiniali. Nadia poczuła, że żołądek ściska jej się w taki sposób, w jaki nie działo się to od lat, kiedy jej umysł wypełniły wspomnienia związane z nieudaną rewoltą.
Rozejrzała się po sali, próbując się skoncentrować na twarzach, aby oderwać myśli od trapiących ją duchów. Siedzący obok Spencera Sax patrzył po ptasiemu; pokiwał głową w momencie, gdy Spencer oświadczył, że rok 2061 nauczył ich, że muszą dokładnie oszacować całą potęgę sił militarnych, które się znajdują w marsjańskim systemie.
— To jest naprawdę konieczny wstępny warunek dla każdej udanej akcji — powiedział Spencer.
Ale ta zdroworozsądkowa uwaga została zakrzyczana przez kogoś, kto najwyraźniej uważał, że stanowi ona jedynie wymówkę dla unikania działania; prawdopodobnie był to któryś z członków koalicji „Nasz Mars”, organizacji zalecającej natychmiastowy masowy ekotaż i zbrojny atak na miasta.
Nadia nagle przypomniała sobie wyraźnie kłótnię z Arkadym o tę właśnie kwestię i nie mogła już dłużej tego wszystkiego znieść. Wyszła więc na środek sali.
Po chwili wszyscy umilkli, jakby unieruchomieni jej widokiem.
— Mam dość dyskutowania o tej sprawie jedynie w czysto militarnym aspekcie — oznajmiła. — Trzeba ponownie przemyśleć cały model rewolucji. Tego właśnie nie udało się osiągnąć Arkademu w roku 2061 i dlatego akcja z tamtego roku zmieniła się w krwawą rzeź. Słuchajcie mnie, teraz… Na Marsie nie może zaistnieć coś takiego jak udana rewolucja zbrojna. Systemy wspomagania życia stanowią zbyt słaby punkt…
Sax wykrakał nagle:
— Jednak jeśli powierzchnia będzie zdolna życia… to znaczy, jeśli można by na niej żyć… wtedy systemy wspomagające nie byłyby tak… tak…
Nadia potrząsnęła głową…
— Jednak obecnie na tej powierzchni nie da się żyć, co więcej, nie będzie można tu żyć jeszcze przez wiele lat. A nawet gdyby było można, i tak trzeba ponownie przemyśleć ideę rewolucji. Słuchajcie, w historii świata, nawet kiedy rewolucje bywały udane, powodowały zbyt wiele zniszczeń i rodziły za dużo wzajemnej nienawiści, która zawsze powoduje swego rodzaju straszliwą reakcję… Jest to nieodłącznie związane z metodami rewolucyjnymi. Jeśli wybiera się przemoc, wtedy tworzy się wrogów, którzy zawsze będą stawiać opór. A jeśli przywódcami rewolucji stają się ludzie bezwzględni, wówczas — jeśli będą sprawować władzę po zakończeniu wojny — okażą się prawdopodobnie tak samo okrutni jak wszystko to, co zastąpili.
— Nie podczas… to znaczy amerykańskiej… — z trudem wypowiedział się Sax, aż zezując z wysiłku, aby wymusić właściwe słowa w odpowiednim momencie.
— Nie wiem, jak przebiegała amerykańska rewolucja… Ale zwykle bywa tak, jak powiedziałam. Przemoc rodzi nienawiść i w końcu następuje reakcja. To nieuniknione.
— Tak — przyznał Nirgal, patrząc swoim zwykłym bacznym spojrzeniem, wcale nie tak różnym od grymasu Saxa. — Jednak, skoro tamci napadają na ukryte kolonie i niszczą je, cóż, nie mamy wielkiego wyboru.
— Pytanie brzmi, kto wysyła te siły? — kontynuowała Nadia. — I kim są ludzie, którzy faktycznie biorą udział w atakach na nas? Wątpię, czy sami żywią do nas nienawiść. W każdej chwili mogą równie łatwo stanąć po naszej stronie, jak przeciwko nam. A my musimy się skupić na ich szefach i dowódcach.
— De-ka-pi-ta-cja — wydukał Sax.
— Nie podoba mi się to słowo. Trzeba znaleźć inny termin.
— Nakaz wycofania się z działalności — podsunęła kwaśno Maja. Ludzie roześmiali się, a Nadia obrzuciła swoją starą przyjaciółkę piorunującym spojrzeniem.
— Przymusowe zwolnienie — odezwał się głośno Art z tyłu, gdzie się właśnie pojawił.
— Chodzi ci o obalenie władzy? — spytała go Maja. — To znaczy: walczyć nie z całą ludnością zamieszkującą powierzchnię, ale tylko z przywódcami i ich „ochroniarzami”?
— A może też z ich armiami — dodał uparcie Nirgal. — Nie mamy żadnej pewności, czy rzeczywiście są do nas pozytywnie nastawieni lub unikają walki…
— Nie. Jednak, czy walczyliby bez rozkazów swoich dowódców?
— Może niektórzy tak. W końcu to jest ich praca.
— Tak, ale nie otrzymują za nią kokosów — odparła Nadia, wymyślając na poczekaniu nową koncepcję. — Jeśli nie kierują tymi ludźmi motywy nacjonalistyczne, etniczne albo innego rodzaju związki z ziemską przeszłością, nie sądzę, aby walczyli do ostatniej kropli krwi. Wiedzą, że mają rozkaz chronić tych, którzy posiadają władzę. Gdyby pojawił się tu jakiś bardziej egalitarny system, mogliby cierpieć z powodu konfliktu lojalności.
— Rozwiązaniem są zasiłki emerytalne — zadrwiła Maja i ludzie znowu się roześmiali.
Jednak wówczas z tyłu ponownie odezwał się Art:
— Dlaczego nie wyłożyć tego w terminach ekonomicznych? Jeśli nie chcecie rewolucji rozumianej jako wojna, jeśli potrzeba wam czegoś innego, by ją zastąpić, dlaczego nie miałaby to być ekonomia? Nazwijmy to podyktowaną praktycyzmem zmianą sytuacji. Tak właśnie postępują ludzie z Praxis, kiedy mówią o ludzkim kapitale albo o bioinfrastrukturze: kształtują wszystko w terminach ekonomicznych. Chociaż nieco absurdalne, ale naprawdę przemawia do wszystkich, dla których gospodarka jest wzorcem najważniejszym. To oczywiście włącza konsorcja ponadnarodowe…