Ann wzruszyła ramionami.
— Pragniecie bezkrwawej rewolucji, która nie jest możliwa.
— Ależ jest — odparła Hiroko. — Jedwabna rewolucja. Rewolucja aerożelowa. Integralna część areofanii. Oto, czego pragnę.
— W porządku — powiedziała Ann. Nikt nie potrafił się spierać z Hiroko, było to po prostu niemożliwe. — Ale nawet w trakcie takiej rewolucji byłoby prościej nie mieszkać na otwartej powierzchni. Mówicie o obaleniu władzy… dobrze przemyślcie to sobie. Jeśli przejmiecie elektrownie w głównych miastach i powiecie: „teraz my tu rządzimy”, wówczas miejscowa ludność prawdopodobnie przystanie na takie rozwiązanie, ponieważ nie będzie miała innego wyjścia. Jednak, kiedy tu, na otwartej powierzchni zamieszkają miliardy ludzi, a wy tylko zwolnicie niektórych z ich stanowisk i ogłosicie, że przejmujecie panowanie nad miastem, oni prawdopodobnie spytają: „nad czym właściwie przejmujecie władzę?” i po prostu was zlekceważą.
— To… — odezwał się powoli Sax. — To sugeruje… przejęcie… podczas gdy powierzchnia… niemożliwa do życia. Wtedy kontynuacja procesu… jako niezależny.
— Zechcą was schwytać — zauważyła Ann. — Kiedy zobaczą, że powierzchnia odkrywa się, przyjdą po was.
— Nie, jeśli zostaną pokonani — odrzekł Sax.
— Władza konsorcjów ponadnarodowych jest naprawdę silna — stwierdziła Ann. — Niech ci się nie wydaje, że jest inaczej.
Sax wpatrywał się w Ann bardzo uważnie i zamiast odrzucać jej punkt widzenia, tak jak postępował w debacie sprzed lat, wydawał się — przeciwnie — bardzo na nich skupiać; obserwował każdy ruch swojej przeciwniczki, mrużył oczy, rozważając jej słowa, a potem odpowiadał z jeszcze większym wahaniem, niż mogły to tłumaczyć jego problemy z mówieniem. Gdy Nadia patrzyła na jego zmienioną twarz, czasami wydawało jej się, że tym razem ktoś inny spiera się z Ann: nie Sax, ale jakiś jego brat, z zawodu instruktor tańca albo były bokser ze złamanym nosem i wadą wymowy, który cierpliwie starał się wybierać odpowiednie słowa, co mu się, niestety, często nie udawało.
Mimo tego efekt był taki sam.
— Terraformowanie… nieodwracalne — wykrakał Sax. — Byłoby to taktycznie trudne… chciałem powiedzieć technicznie trudne… zacząć… to znaczy przestać. Wysiłek równy temu… już dokonanemu. A może nie… Jednak… środowisko może być… stanowić broń w naszym wypadku… to jest naszym przypadku. W każdej sytuacji.
— W jaki sposób? — spytało go wiele osób, ale Sax nie podał szczegółów. Koncentrował się przez cały czas na Ann, której mina wyrażała zaciekawienie, a równocześnie irytację.
— Jeśli zechcemy zmierzać ku powierzchni, na której można swobodnie żyć — powiedziała do Saxa — wtedy Mars stanie się dla konsorcjów ponadnarodowych piękną nagrodą. Może będzie nawet dla nich oznaczał wybawienie, jeśli na Ziemi zacznie się dziać naprawdę źle. Po prostu przylecą i przejmą planetę. Otrzymają swój własny nowy świat, a Ziemi mogą pozwolić iść do diabła. Jeśli coś takiego nastąpi, będziemy mieli pecha. Widziałeś, co się zdarzyło w roku 2061… A tym razem mają do swojej dyspozycji gigantyczne wojsko i dzięki niemu utrzymają tu władzę.
Ann wzruszyła ramionami. Sax mrugał, rozmyślając nad jej słowami; nawet pokiwał głową. Patrząc na nich oboje, Nadia poczuła ból w sercu: sprawiali wrażenie tak beznamiętnych, że wydawali się prawie nie przywiązywać do niczego znaczenia; a może owych cząstek, które dbają o cokolwiek, jest w nich zaledwie o kilka więcej niż tych zupełnie niczym nie zainteresowanych i tylko dlatego w ogóle ze sobą rozmawiają.
Ann przypominała ogorzałego farmera z wczesnych dagerotypów, a Sax był niestosownie czarujący — oboje wyglądali na niewiele więcej niż siedemdziesiąt lat, tak że widząc ich i czując nerwowe pulsowanie własnego ciała, Nadia z niedowierzaniem pomyślała, że wszyscy oni liczą sobie obecnie ponad sto dwadzieścia lat, że są tak nieludzko starzy i tak… tak odmienieni, tak jakoś… zdarci, wyczerpani, przesadnie doświadczeni, sterani życiem, zużyci… albo przynajmniej, że dawno już minął czas, kiedy roznamiętniała ich jakaś zwykła wymiana zdań. Wiedzieli teraz, jak małe znaczenie mają w świecie słowa. Dlatego też zamilkli, chociaż ciągle jeszcze patrzyli sobie w oczy, uwięzieni w pułapce dialektyki, niemal wydrenowani z gniewu.
Jednakże inne osoby bardziej niż kompensowały zamyślenie tamtych: młodzi zapaleńcy ze wszystkich sił prowadzili zagorzałe dyskusje. Młodsi „czerwoni” uważali bowiem terraformowanie za coś niewiele lepszego niż system imperialny. W porównaniu z nimi Ann była osobą o prawdziwie umiarkowanych poglądach; tamci szaleli, wściekając się nawet na Hiroko…
— Nie używaj określenia areoformowanie — krzyknęło na nią któreś z nich i Hiroko popatrzyła z zażenowaniem na wysoką, młodą kobietę, blondynkę o wyglądzie Walkirii, którą niemalże rozwścieczyło samo użycie owego słowa. — Mówisz przecież o terraformowaniu. Terraformowaniem jest również to, co robisz, a nazywanie tego areoformowaniem, to po prostu obrzydliwe kłamstwo.
— Terraformujemy tę planetę — wyjaśniła kobiecie Jackie — a ta planeta areo formuj e nas.
— To również jest kłamstwo!
Ann popatrzyła ponuro na Jackie.
— Twój dziadek mi to powiedział — zauważyła — dawno, dawno temu. Może zresztą sama słyszałaś… Jednak ja ciągle czekam, aż zobaczę, co ma znaczyć to areoformowanie!
— Ależ to się przydarza wszystkim, którzy się tutaj urodzili — oświadczyła Jackie z przekonaniem.
— Ale jak?! Ty się urodziłaś na Marsie — w jaki sposób jesteś inna?
Jackie popatrzyła na nią groźnie.
— Tak jak dla reszty tubylców, Mars jest dla mnie wszystkim, co znam i wszystkim, co mnie interesuje. Zostałam wychowana w kulturze stworzonej z rozmaitych elementów pochodzących od wielu różnych ziemskich antenatów. Elementów skręconych w jedną marsjańską całość.
Ann wzruszyła ramionami.
— Nie widzę, żebyś była w jakikolwiek sposób odmienna od nas. Przypominasz mi Maję.
— Niech cię diabli!
— Właśnie tak zareagowałaby Maja. I tak właśnie wygląda twoje areoformowanie. Jesteśmy ludźmi i pozostaniemy nimi, cokolwiek powiedział John Boone. Mówił wiele rzeczy, ale żadna z nich nie okazała się prawdą.
— Jeszcze nie — odburknęła Jackie. — Jednak proces został spowolniony, ponieważ tkwi w rękach ludzi, którzy nie mieli nowych pomysłów od pięćdziesięciu lat. — Wielu młodszych roześmiało się na te słowa. — Ludzi, którzy mają w zwyczaju ni stąd, ni zowąd włączać osobiste zniewagi w trakcie sporów politycznych.
Jackie stała nieruchomo, wpatrując się w Ann. Wyglądała na opanowaną i odprężoną. Jedynie błysk w jej oku przypomniał ponownie Nadii, jaką wielką siłę stanowi ta dziewczyna. Na pewno popierali ją prawie wszyscy tubylcy.
— Skoro nie zmieniliśmy się tutaj — spytała Hiroko Ann — jak wytłumaczysz istnienie twoich „czerwonych”? Jak wyjaśnisz areofanię?
Ann wzruszyła ramionami.
— To są wyjątki.
Hiroko potrząsnęła głową. Zaczęła mówić, mocno akcentując wypowiadane słowa.
— Tkwi w nas duch tego miejsca. Ten krajobraz potrafi w niezwykły sposób wpływać na ludzką psychikę. Jesteś uczennicą tego świata, podobnie jak twoi „czerwoni”. Musisz przyznać, że to prawda.
— Prawda dla niektórych osób — odparta Ann — ale nie dla wszystkich. Większość ludzi najwidoczniej zupełnie nie wyczuwa ducha tego miejsca. Jedno miasto jest bardzo podobne do drugiego — w gruncie rzeczy, można by je po prostu pozamieniać… Więc… ludzie przyjeżdżają do jakiegoś miasta na Marsie i jaka to różnica? Nie widzę żadnej. Nie myślą już więcej o zniszczeniach gruntu poza swoim miastem, w każdym razie nie więcej niż myśleliby na Ziemi.