— Tych ludzi można nauczyć inaczej myśleć.
— Nie sądzę, aby to było możliwe. Otrzymujecie ich do swojej dyspozycji zbyt późno. W najlepszym razie możecie im jedynie polecić, żeby postępowali inaczej. Jednak nie oznacza to areoformowania przez tę planetę, raczej oznacza stosowaną przez was indoktrynację… obozy reedukacyjne, czy jak tam chcesz to nazwać. Faszystowska areofania.
— Perswazja — odparowała Hiroko. — Rzecznictwo, argumentowanie poprzez przykład, argumentacja poprzez argumentację. Nie trzeba nikogo do niczego przymuszać.
— Rewolucja aerożelowa — oświadczyła Ann z sarkazmem. — Pamiętaj jednak, że aerożel nie bardzo potrafi się opierać pociskom.
Wiele osób zaczęło mówić naraz i na chwilę wątek rozmowy się przerwał; dyskusja natychmiast rozerwała się na setkę małych narad, bowiem wielu miało do powiedzenia coś, z czym się powstrzymywali od jakiegoś czasu. Stało się oczywiste, że takie debaty można kontynuować bez końca: godzinę po godzinie, dzień po dniu…
Ann i Sax usiedli. Nadia odeszła od tłumu, potrząsając głową. Tuż za ostatnim rzędem zgromadzonych wpadła na Arta, który trzeźwo potrząsał głową.
— Nie do wiary — stwierdził.
— Lepiej uwierz, bo to prawda.
Kolejne dni kongresu przebiegały w większości tak jak kilka pierwszych. Warsztaty — lepsze lub gorsze — potem kolacja, następnie długie wieczory spędzane na rozmowach lub zabawie. Nadia zauważyła, że podczas gdy starzy emigranci po kolacji gotowi byli wrócić do pracy, młodzi tubylcy traktowali konferencje jedynie jako pracę dzienną, nocami zaś chętnie oddawali się świętowaniu, często wokół dużego ciepłego stawu w Fajstosie. Znowu była to tylko kwestia różnic w skłonnościach, od której zresztą istniało wiele wyjątków, ale Nadia uznała całą sprawę za interesującą.
Sama spędzała większość wieczorów na stołówkowych patiach Zakrosu, sporządzając notatki na temat spotkań, które odbyły się tego dnia, rozmawiając z ludźmi lub rozmyślając nad różnymi sprawami. Często pracował z nią Nirgal, a także Art — o ile akurat nie zajmowała się nakłanianiem osób, które kłóciły się w trakcie dnia, aby teraz wypiły wspólnie kawę, a potem poszli razem na przyjęcie do Fajstosa.
W drugim tygodniu Nadia nabrała zwyczaju odbywania wieczornego spaceru w górę tunelu, często przechodząc całą jego długość i docierając aż do Falasarny. Po powrocie przyłączała się do Nirgala i Arta, którzy po raz ostatni podsumowywali kończący się dzień na patio, umiejscowionym na małym magmowym wzniesieniu w Lato. Ci dwaj mężczyźni bardzo się zaprzyjaźnili podczas długiego treku do domu z Kasei Vallis, a w obliczu kongresu stali się sobie bliscy niemal jak bracia: rozmawiali o wszystkim, konfrontowali wrażenia, testowali teorie, poddawali swe plany pod osąd Nadii; zdecydowali się także przyjąć na siebie zadanie sporządzenia stosownego dokumentu podsumowującego kongres. Nadia towarzyszyła im w niektórych zajęciach — może jako starsza siostra, a może tylko jako stara babcia — a kiedyś, gdy zakończyli rozmowę i chwiejnie ruszali do łóżek, Art powiedział coś o swego rodzaju triumwiracie. A ona, bez wątpienia, miała być Pompeją. Nadia robiła, co mogła, aby ich zainteresować własnymi analizami szerszego obrazu całości.
Powiedziała im między innymi, że wśród grup na kongresie istnieje wiele różnego rodzaju przeciwieństw i kwestii spornych, jednak niektóre z nich należałoby uznać za naprawdę istotne. Jedni, na przykład, byli „za”, inni „przeciw” terraformowaniu; jedni byli „za”, inni „przeciw” przemocy rewolucyjnej. Istnieli tacy, którzy zeszli do podziemia, aby powstrzymać własną kulturę przed atakiem i ci radykalni, którzy zniknęli, ażeby stworzyć zupełnie nowy porządek społeczny. No i coraz bardziej oczywiste stawały się różnice między emigrantami z Ziemi a tubylcami urodzonymi na Marsie.
W każdym razie miały tu miejsce wszelkie rodzaje różnic, natomiast między uczestnikami nie można było znaleźć żadnych rzucających się w oczy podobieństw. Pewnej nocy Michel Duval przyłączył się do nich trojga na drinka, a kiedy Nadia przedstawiła mu ten problem, wyjął swoje AI i zaczął rysować wykresy oparte na czymś, co nazywał „prostokątem semantycznym”. Wykorzystując ten schemat całą czwórką wykonali sto różnych szkiców rozmaitych dychotomii, próbując sporządzić mapę, która pomogłaby im zrozumieć, uporządkować wszelkie podobieństwa i różnice, wynikłe w czasie obrad kongresu.
Całą grupą stworzyli pewne interesujące wzorce, jednak trudno byłoby powiedzieć, że z ekranu spłynęły na Nadię i jej trzech przyjaciół jakieś porażająco wnikliwe wnioski, chociaż jeden szczególnie „nieporządny” prostokąt semantyczny wydał się — przynajmniej Michelowi — sugestywny: przemoc i niestosowanie przemocy, terraformowanie i antyterraformowanie ukształtowały cztery początkowe rogi, a w dodatkowej kombinacji wokół tego pierwszego prostokąta umieszczono bogdanowistów, „czerwonych”, areofanię Hiroko oraz muzułmanów i innych konserwatystów kulturowych. Jednakże pozostawało niejasne, co przykład takiej kombinacji miał oznaczać w kategoriach strategii działania.
Nadia zaczęła uczęszczać na codzienne spotkania poświęcone ogólnym kwestiom związanym z potencjalnym rządem marsjańskim. Zebrania te były dokładnie tak samo zdezorganizowane jak dyskusje na temat metod rewolucyjnych, jednak mniej emocjonalne i często bardziej formalne. Odbywały się każdego dnia w małym amfiteatrze, który w stoku tunelu w Malii wycięli minojczycy. Przed uczestnikami kongresu, siedzącymi na ławkach ustawionych w łukowych, wznoszących się rzędach, rozciągał się widok ponad bambusami, sosnami i dachami z terakoty na cały obszar tunelu, od Zakrosu do Falasarny.
W rozmowach uczestniczyły nieco inne osoby niż w debatach rewolucyjnych. Najpierw przedstawiano sprawozdania z mniejszych warsztatów, poddawano pod dyskusję, a następnie większość osób, które brały udział w warsztatach odbywała jedno większe zebranie, pragnąc usłyszeć, jak komentowane są ich raporty. A ponieważ Szwajcarzy podzielili warsztaty tematycznie na wszystkie możliwe aspekty polityki, ekonomii i szeroko pojętej kultury, dyskusje na spotkaniach ogólnych dotyczyły naprawdę sporej ilości zagadnień.
Wład i Marina często przekazywali raporty ze swojego warsztatu poświęconego problemom finansowym, a każde sprawozdanie wyostrzało i rozszerzało ich stale ewoluujące pojęcie ekoekonomii.
— To bardzo interesujące — powiedziała Nadia, gdy zdawała relację Nirgalowi i Artowi na ich późnowieczornym zebraniu w patio na wzniesieniu. — Wiele osób krytykuje pierwotny system Włada i Mariny, łącznie ze Szwajcarami i bolończykami, toteż powoli dochodzą oni do podstawowego wniosku, że system daru, którego początkowo używaliśmy w podziemiu, sam w sobie nie wystarcza, ponieważ zbyt trudno jest utrzymać gospodarkę w równowadze. Istnieją takie problemy jak kwestia niedostatecznej ilości różnych dóbr oraz kwestia gromadzenia, a kiedy zacznie się ustalać standardy, cała teoria będzie przypominać wymuszanie darów od ludzi, a jest to sprzeczność. Kojot też tak uważał i dlatego właśnie stworzył swój „sieciowy” handel wymienny. W każdym razie Wład i Marina pracują obecnie nad układem sprawniejszym i bardziej zracjonalizowanym, w którym artykuły pierwszej potrzeby będą rozdzielane w systemie ekonomicznym opartym na nadtlenku wodoru; wszystkie artykuły zostaną wycenione poprzez obliczenie ich wartości kalorycznej. Dopiero więc kiedy się rozdzieli artykuły pierwszej potrzeby, może zacząć działać ekonomia daru, używająca wzorca azotowego. Tak więc istnieją dwa plany, plan potrzeby i plan daru, albo — jak nazywają to sufici z tego warsztatu — zwierzę i człowiek, wyrażone za pomocą różnych wartości.