Podwodne światła stawu były włączone i mnóstwo ludzi znowu się kąpało. Teraz jednak po drugiej stronie tunelu, mniej więcej na wysokości Nadii, znajdował się oświetlony pomost, na którym tłoczyło się może z osiem osób. Jeden z mężczyzn wchodził na jakąś wysuniętą deskę i pochylił się. Potem, skulony, zsunął się z pomostu i chwycił przedni kraniec deski, gdzie tarcie było najwyraźniej bardzo małe. Następnie ten nagi mężczyzna z mokrymi włosami powiewającymi za plecami spłynął w głąb krętego, czarnego boku tunelu, przyspieszając, aż wystrzelił w górę ze skraju skały, wzniósł się nad stawem, zrobił przewrotkę i uderzył w wodę z wielkim pluskiem, po czym wynurzył się ponownie z okrzykiem. Ze wszystkich stron rozległy się wiwaty.
Nadia zeszła, aby się przypatrzeć zawodom. Następna osoba wbiegała już po schodkach na pomost, a mężczyzna, który jako pierwszy wykonał skok, stał teraz na mieliźnie, odrzucając włosy. Nie rozpoznała go, póki nie dotarła do brzegu. Wówczas mężczyzna znalazł się w snopach płynnego światła z dołu. To był William Fort.
Nadia zrzuciła ubranie i weszła do wody, która była bardzo ciepła, w temperaturze ciała albo nieco wyższa. Kolejna postać z krzykiem zsunęła się po pochyłości, niczym surfer na ogromnej kamiennej fali.
— Uskok wygląda na ostry — powiedział Fort do jednego ze swoich towarzyszy — ale przy tak lekkiej grawitacji można go ledwie dotykać.
Poruszającą się na desce kobietę wyrzuciło właśnie ponad wodę; odgięła się w łuk, w idealnym łabędzim locie, a następnie — ostatni raz skręciwszy — z pluskiem wpadła do wody i po wypłynięciu roześmiała się głośno z powodu nagłego zagrożenia, które poczuła. Kobieta, która odważyła się wejść na deskę, wychodziła obecnie ze stawu, blisko podnóża schodów wciętych w zbocze.
Fort pozdrowił Nadię kiwnięciem głowy, stojąc w głębokiej po pas wodzie. Jego ciało było żylaste pod starą, pomarszczoną skórą. Na twarzy miał tę samą minę nieokreślonego zadowolenia, którą przybierał na warsztatach.
— Chcesz spróbować? — spytał Rosjankę.
— Może później — odparła, a potem popatrzyła wokół, przypatrując się ludziom w wodzie i próbując odgadnąć, kogo ma tu przed sobą i jakie partie na kongresie reprezentują poszczególne osoby. Kiedy uświadomiła sobie, co robi, aż prychnęła z oburzenia na samą siebie i na wszechobecność polityki, która potrafiła zatruć wszystko, jeśli się tylko na to pozwoliło.
Tym niemniej zdążyła jednak zauważyć, że w wodzie znajdują się przeważnie młodzi tubylcy z Zygoty, Sabishii, Nowego Vanuatu, Dorsa Brevia, moholu Vishniac, Christianopolis. Chyba nikt spośród nich nie należał do czynnie przemawiających delegatów, wobec czego Nadia nie potrafiła ocenić ich rzeczywistej siły. Być może nie miało żadnego znaczenia, że gromadzili się tu akurat w nocy i bawili się nadzy w ciepłej wodzie — w końcu większość z nich przyjechała z miejsc, gdzie czymś zupełnie normalnym były publiczne łaźnie, toteż przywykli do pluskania się z kimś, z kim w innej sytuacji mogli się zetrzeć w walce.
Kolejna odważna kobieta z wrzaskiem zsunęła się po zboczu, a następnie wpadła w głębinę stawu. Ludzie podpływali do niej niczym wyczuwające krew rekiny. Nadia zanurkowała pod wodę, która smakowała lekko słonawo; otworzywszy oczy, Rosjanka dostrzegła wybuchające wszędzie przezroczyste bańki, potem skręcone pływające ciała, które nad gładką, ciemną powierzchnią dna stawu wyglądały jak delfiny. Widok był doprawdy fantastyczny.
Nadia wróciła na górę i wycisnęła do sucha włosy. Fort stał między młodymi; wyglądał jak zniedołężniały Neptun. Taksował wszystkich z zaciekawieniem — odprężony starzec o kamiennym obliczu. Nadia pomyślała, że może ci tubylcy stanowią prawdziwie nową marsjańską kulturę, tę, o której mówił John Boone, kulturę, która niezauważalnie pojawiła się wśród nich. Przekaz informacji z pokolenia na pokolenie zawsze zawierał w sobie błąd; tak właśnie zaczęła się ewolucja. I nawet jeśli ludzie ci zeszli na Marsie do podziemia z bardzo różnych powodów, i tak wszyscy oni wydawali się tutaj konwergować, żyjąc życiem, które w jakiś sposób posiadało cechy „paleolityczne”, wracając do miejskiej kultury mimo wszystkich dzielących ich różnic albo rozwijając się w jakieś nowe syntezy — nie miało znaczenia, jak naprawdę było: być może działo się tu i jedno, i drugie w tym samym momencie. W każdym razie było to potencjalne spoiwo.
Albo taką prawdę miała w jakiś sposób przekazać Nadii łagodna radosjia mina Forta. Jednakże w tej samej chwili Jackie Boone w całym swoim blasku Walkirii ześlizgnęła się ścianą tunelową i wyleciała wysoko w powietrze, ponad zgromadzonymi, jak gdyby ktoś ją wystrzelił z cyrkowej armaty.
Program stworzony przez Szwajcarów zrealizowano do końca. Organizatorzy natychmiast ogłosili trzydniowy wypoczynek, po którym miało nastąpić zebranie ogólne.
Art i Nirgal spędzili wolne dni w swojej małej salce konferencyjnej, przeglądając wideokasety po dwadzieścia godzin dziennie, bez końca rozmawiając i — z czymś w rodzaju desperackiej zawziętości — pisząc na klawiaturze AL Nadia dotrzymywała im dzielnie kroku, spierała się z nimi, gdy miała w jakiejś kwestii odmienne zdanie i spisywała te partie materiału, które im wydawały się zbyt trudne. Często kiedy wchodziła, jeden z nich spał na krześle, a drugi intensywnie wpatrywał się w ekran.
— Słuchaj — pytał zachrypłym głosem — co o tym sądzisz?
Czytała informacje na ekranie i komentowała je, jednocześnie podtykając im obu jedzenie pod nos, co często budziło tego, który spał.
— Wygląda obiecująco. Wracajmy do pracy.
Rankiem tego dnia, kiedy miało się odbyć spotkanie ogólne, Art, Nirgal i Nadia wyszli razem na scenę amfiteatru; Art zabrał swoje AI do proscenium. Stał, wpatrując się w zebrany tłum, jak gdyby widok ten go oszołomił i dopiero po długiej pauzie odezwał się:
— Wyobraźcie sobie, że właściwie zgadzamy się w bardzo wielu kwestiach.
Jego słowa wywołały salwę śmiechu. Art jednak podniósł AI nad głowę jak kamienne tablice, a potem odczytał głośno z ekranu:
— Zadania dla marsjańskiego rządu!
Popatrzył ponad ekranem na tłum; zgromadzeni trwali w uprzedzająco grzecznym milczeniu.
— Punkt pierwszy. Marsjańską społeczność będzie się składać z wielu różnych kultur. Lepiej myśleć o Marsie jako o świecie niż jako o nacji. Zagwarantowana musi być wolność wyznania i tradycji kulturowych. Żadna kultura ani grupa kultur nie mogą zacząć dominować nad resztą.
— Punkt drugi. W tej różnorodnej strukturze trzeba nadal wszystkim jednostkom na Marsie gwarantować pewne nieprzekazywalne prawa, w tym materialne podstawy egzystencji, a także możliwość opieki zdrowotnej, wykształcenia oraz równość wobec prawa.
— Punkt trzeci. Tereny, powietrze i woda Marsa są wspólnie zarządzane przez ludzką rodzinę i nie mogą przynależeć do jakiejkolwiek jednostki lub grupy.
— Punkt czwarty. Owoce pracy jednostki należą do niej i nie może ich sobie przywłaszczyć jakaś inna jednostka czy grupa. Jednocześnie ludzka praca na Marsie jest częścią wspólnego przedsięwzięcia i należy do wspólnego dobra. Marsjański system gospodarczy musi odbijać oba te fakty, balansując pomiędzy zagwarantowaniem korzyści własnych jednostki a interesami wolnej społeczności.
— Punkt piąty. Porządek metanarodowy rządzący na Ziemi nie jest aktualnie w stanie połączyć dwóch poprzednich zasad, wobec czego nie może tutaj znaleźć zastosowania. W jego miejsce musimy stworzyć system ekonomiczny oparty o ekologię jako naukę. Celem marsjańskiej gospodarki nie jest „nieprzerwany rozwój”, ale nieprzerwany okres dobrej koniunktury dla całej biosfery planety.