— To głęboka prawda.
Peter śpiewał, aby szybciej mijały godziny. Sax przyłączał się do niego, ilekroć znał słowa utworu — tak jak w przypadku pewnej przyjemnej piosenki pod tytułem „Szesnaście ton”. Peter zrelacjonował też Saxowi całą historię swojej ucieczki ze spadającej windy i opowiedział, co czuł, gdy przez dwa dni samotnie unosił się jedynie w skafandrze typu EVA.
— W pewnym sensie mi się to podobało… ot i wszystko. Wiem, że to brzmi dziwnie…
— Rozumiem. — Kształty na zewnątrz samolotu są na tej wysokości tak duże i czyste. Kolor rzeczy.
— Jakie to wrażenie, kiedy się od nowa uczysz mówić?
— Muszę się koncentrować, aby osiągać odpowiednie rezultaty. Muszę intensywnie myśleć. Co rusz coś mnie zaskakuje. Sprawy, które kiedyś pamiętałem i zapomniałem. Rzeczy, których nigdy nie znałem. To, czego nauczyłem się tuż przed uszkodzeniem mózgu. Ten okres jest chyba zamknięty na zawsze. A był przecież taki ważny… Wtedy, gdy pracowałem na lodowcu. Muszę opowiedzieć o tym twojej matce. Ona nie ma racji. Wiesz, powierzchnia planety… Nowe rośliny na niej. Maślane, żółte słońce. To nie musi być…
— Powinieneś z nią porozmawiać.
— Ona mnie nie lubi.
— Porozmawiaj z nią, kiedy wrócimy.
Wysokościomierz wskazywał, że lecą dwieście pięćdziesiąt kilometrów nad powierzchnią. Samolot leciał wciąż w górę, ku Kasjopei. Każda gwiazda była odmiennego koloru, każda była inna. A było ich tu przynajmniej pięćdziesiąt. Pod maszyną, na wschodniej krawędzi czarnego dysku, pojawił się terminator, pasiasty jak zebra: piaskowa ochra i niewyraźna czerń. Sax, patrząc na cienki półksiężyc oświetlonego słońcem Marsa, uświadomił sobie, że dysk jest ogromną sferoidą. Kulą wirująca w galaktyce gwiazd. Wspaniała, ogromna góra-kontynent Elysium pojawiła się na horyzoncie, jej kształt nakreślały idealnie horyzontalne cienie. Podróżnicy spojrzeli w dół. Widoczna była cała długość antykliny góry; Hecates Tholus prawie ukryty za stożkiem Elysium Mons, Albor Tholus z boku.
— Tam — powiedział Peter i przez przezroczystą szybę kabiny pilota wskazał w górę. Ponad nimi, na wschodzie widać było wschodnią krawędź soczewki napowietrznej; w porannym świetle część ta była srebrna; reszta soczewki ciągle się znajdowała w cieniu planety.
— Czy jesteśmy już wystarczająco blisko? — zapytał Sax.
— Prawie.
Sax ponownie spojrzał w dół na powiększający się poranny półksiężyc. Z ciemnej, górzystej powierzchni wyżyn Hesperii tuż za terminatorem unosiła się w poranne światło chmura dymu. Mimo że samolot był tak wysoko, znajdował się ciągle w tej chmurze, od niewidocznej już strony. Sama soczewka utrzymywała się na tej niewidocznej chmurze cieplnej, używając swojej siły nośnej i nacisku światła słonecznego, aby się utrzymać w miejscu, stale nad wypalaną strefą.
Teraz cała soczewka była w słonecznym świetle; wyglądała, jak ogromny srebrny spadochron bez spadochroniarza. Srebro wydawało się jednocześnie fioletowe, czyli koloru nieba. Czasza stanowiła część kuli, o szerokości tysiąca kilometrów; jej środek znajdował się mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów nad obrzeżem. Soczewka wirowała jak używany w zabawach plastikowy talerz. Na wierzchołku znajdował się otwór; prosto przez niego przesączało się światło. We wszystkich innych miejscach pasy wypukłego zwierciadła, które tworzyły czaszę, odbijały światło od słońca i soletty, kierowały je do wewnątrz i w dół na ruchomy punkt, leżący poniżej na powierzchni, wyzwalając tak wiele światła, że aż zapalał się bazalt. Zwierciadła soczewkowe rozgrzewały się do prawie dziewięciuset stopni Kelvina i topiły skałę na powierzchni, traktując ją ciepłem pięciu tysięcy kelvinow. Odgazowywały w ten sposób substancje lotne.
W umyśle Saxa, kiedy zastanawiał się nad tym wielkim obiektem, unoszącym się nad maszyną Petera, pojawił się obraz szkła powiększającego, trzymanego nad suchym zielskiem i gałązkami osiki. Dym, płomień, ogień. Skupione promienie słoneczne. Atak fotonowy.
— Czy nie jesteśmy wystarczająco blisko? Mam wrażenie, że jest tuż nad nami.
— Nie, jesteśmy jeszcze w sporej odległości od jej krawędzi. Lepiej nie dostać się pod coś takiego, chociaż sądzę, że centrum nie mogłoby nas usmażyć. Tak czy owak, porusza się nad opalaną strefą z prędkością prawie tysiąca kilometrów na godzinę.
— Jak odrzutowce, kiedy byłem młody.
— No tak… — Na jednej z konsolet zamigotały zielone światła. — Okay, jesteśmy.
Odciągnął do siebie dźwignię steru i samolot stanął na ogonie, podnosząc się prosto na soczewkę, która nadal jeszcze znajdowała się sto kilometrów nad nimi i sporo na zachód od nich. Peter wdusił przycisk na konsolecie. Szarpnęło całym samolotem, kiedy spod krótkich, szerokich skrzydeł maszyny wyłonił się rząd torped; pociski oderwały się od maszyny, następnie zapaliły się jak światło magnezjowe, wreszcie wystrzeliły w górę i w bok ku soczewce. Rozpryski żółtego ognia chwilę trwały na tle tego ogromnego srebrnego UFO, w końcu zniknęły z pola widzenia. Sax czekał z zaciśniętymi ustami i starał się przestać mrugać.
Przednia krawędź soczewki zaczęła się rozpraszać. Soczewka była krucha, bezbronna poza wielką wirującą czaszą pasów żagla słonecznego, toteż w szokującym tempie się rozpadła. Przednia krawędź, kołysząca się pod czaszą, runęła jednocześnie do przodu i w dół, wlokąc za sobą długie wstęgi wyładowań. Całość wyglądała jak plątanina ogonów mnóstwa połamanych, spadających razem latawców. W rzeczywistości półtora miliarda kilogramów materiału słonecznych żagli rozpraszało się podczas wirującego opadania po długiej trajektorii. Ponieważ ta niesamowita masa materiału była tak ogromna, wydawała się poruszać powoli, chociaż prawdopodobnie ciągle następowało to w tempie znacznie przekraczającym prędkość graniczną. Spora część spaliła się, zanim soczewka uderzyła w powierzchnię. Krzemowy deszcz.
Peter zawrócił samolot i zaczął go opuszczać; uważnie trzymał się w sporej odległości — na wschód — od spadających resztek. Przez cały czas obaj mężczyźni mogli się przyglądać soczewce, która opadała pod nimi na tle fioletowego porannego nieba; jej główna masa rozgrzewała się do rozżarzonego błysku, aż wreszcie zapłonęła. Wyglądała teraz jak opadająca na brązową planetę wielka żółta kometa o srebrnym ogonie ze splątanego srebrnego włosia. Wszystko spada.
— Dobry strzał — pochwalił Sax.
Kiedy wrócili do Krateru Wallace’a, powitano ich jak bohaterów. Peter bronił się przed gratulacjami, mówiąc:
— To był pomysł Saxa. Sam lot to żadna wielka sprawa, po prostu kolejny zwiad, może z wyjątkiem strzelania. Nie wiem, dlaczego nie wpadliśmy na ten pomysł wcześniej.
— Umieszczą w tym samym miejscu następną soczewkę — oświadczyła Ann z tyłu tłumu, jednocześnie spoglądając na Saxa z bardzo zaciekawioną miną.
— Ale teraz wiemy, że posiadają słabe punkty — odrzekł Peter.
— Pociski typu „ziemia-przestrzeń kosmiczna” — mruknął Sax. Był zdenerwowany. — Możecie wynaleźć… to znaczy… czy możecie spisać wszystkie obiekty orbitujące?
— Już to zrobiliśmy — odparł Peter. — Niektórych nie udało nam się zidentyfikować, ale większość jest dla nas oczywista.
— Chciałbym zobaczyć tę listę.
— A ja chciałabym z tobą porozmawiać — oznajmiła Ann ponuro.
Reszta szybko opuściła pokój. Mierzyli się wzrokiem, marszcząc brwi i z tego powodu wyglądali, jak para Artów Randolphów.
Sax usiadł na bambusowym krześle. Pomieszczenie było małe i pozbawione okien. Przypominało jedną z małych podziemnych komór o wypukłych sklepieniach w Underhill, zbudowanych na samym początku pobytu pierwszej setki na Marsie. Kształt pasował. Materiały również. Cegła była takim stabilnym surowcem. Ann przyciągnęła do siebie krzesło i usiadła naprzeciwko Saxa; pochyliła się do przodu, aby przez cały czas móc mu patrzeć w oczy. Wyglądała starzej. Dumna przywódczyni „czerwonych”, dumna, chuda, nawiedzona. Sax uśmiechnął się na tę myśl.