Выбрать главу

— Czy myślisz o kolejnej kuracji gerontologicznej? — Usta Russella wypowiedziały tę myśl same, zaskakując zarówno Ann, jak i jego samego.

Ann potraktowała pytanie jak impertynencję i nie odpowiedziała.

— Dlaczego chciałeś zestrzelić soczewkę? — spytała, wwiercając się w rozmówcę wzrokiem.

— Nie podobała mi się.

— Tyle wiem — odparła. — Ale dlaczego?

— Nie była niezbędna. Środowisko ogrzewa się wystarczająco szybko. Nie ma powodu, by ten proces przyspieszać. Nie potrzebujemy już więcej ciepła. A soczewka uwalniała bardzo duże ilości dwutlenku węgla. Trudno będzie się go pozbyć. A był tak dokładnie uwięziony… trudno jest wydostać dwutlenek węgla z węglanów. Trwa on, póki ktoś nie stopi skały. — Sax potrząsnął głową. — Soczewka była głupotą. Wykonali ją tylko dlatego, że potrafili ją zrobić. Kanały. Ja nie wierzę w kanały.

— Więc po prostu uznałeś ten rodzaj terraformowania za nieodpowiedni dla własnych projektów.

— Zgadza się. — Ze spokojem zniósł jej spojrzenie. — Wierzę w terraformowanie nakreślone w Dorsa Brevia. O ile sobie dobrze przypominam, sama również się podpisałaś pod deklaracją…

Ann potrząsnęła głową.

— Nie? Ale „czerwoni” się podpisali, prawda?

Skinęła głową.

— No cóż…ja to rozumiem. Tłumaczyłem ci już wcześniej. Powietrze przystosowane dla ludzi do pewnej wysokości terenu. Ponad nirn atmosfera tak rzadka i zimna, jak dotąd. Zwolnić tempo. Ecopoesis. Nie podoba mi się żadna z tych wielkich metod opartych o przemysł ciężki. Może trochę azotu z Tytana… Ale nic poza tym.

— A co z oceanami?

— Nie wiem. Widzisz, co się dzieje bez pompowania?

— Co z solettą?

— Nie wiem. Hm, dodatkowa izolacja oznacza mniejszą potrzebę ogrzewania poprzez odgazowywanie przemysłowe. Lub poprzez inne metody. Jednak… jesteśmy w stanie działać bez nich. Uważałem, że zwierciadła światu wystarczą.

— Tyle że nic już od ciebie nie zależy.

— Nic.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Ann nad czymś się zamyśliła. Sax obserwował jej pomarszczoną twarz i zastanawiał się, kiedy ostatnio poddała się kuracji. Ursula zalecała, by powtarzać leczenie przynajmniej co cztery lata.

— Myliłem się — jego usta znowu wypowiedziały te słowa same. Kiedy Ann patrzyła na niego, próbował podążyć za tą myślą. To była kwestia kształtów, kwestia geometrii, szyku matematycznego. Kaskadowy chaos rekombinacyjny. Piękno to tworzenie dziwnego przyciągania. — Powinniśmy byli się nieco wstrzymać. Przed rozpoczęciem zmian należało poświęcić kilka dziesięcioleci na studiowanie pierwotnego stanu. Z tych studiów dowiedzielibyśmy się, jak iść naprzód. Nie sądziłem, że wszystko się zmieni tak szybko. Mój pierwotny zamysł przypominał bardziej coś w rodzaju ecopoesis.

Ann zacisnęła usta.

— Teraz jednak jest już za późno.

— Tak, przykro mi. — Podniósł wnętrzem do góry swoją dłoń i obejrzał. Wszystkie linie na niej były takie same jak zawsze. — Powinnaś się poddać kuracji.

— Nie poddam jej się już nigdy więcej.

— Och, Ann. Nie mów tak. Czy Peter wie? Potrzebujemy cię. To znaczy… potrzebujemy cię.

Ann Clayborne wstała i wyszła z pokoju.

Następny projekt Saxa był bardziej skomplikowany. Wprawdzie Peter przekonałby się do niego, jednak ludzie z Vishniacu pozostali pełni wątpliwości. Sax wyjaśnił im wszystko najlepiej, jak umiał. Peter pomagał mu w tym. Wówczas obiekcje ludzi zmieniły się w pytania o praktyczną stronę tego przedsięwzięcia. Zbyt wielkie? Zjednajcie więcej bogdanowistów. Niemożliwe do ukrycia? Przerwijcie sieć nadzoru. Powiedział im jeszcze, że nauka to tworzenie. To nie jest nauka, zaoponował wtedy Peter. To inżynieria. Michail, któremu podobała się pewna jej część, zgodził się z Peterem. Ekotaż, gałąź inżynierii ekologicznej. Jednak część ta była bardzo trudna do wykonania. Zjednajcie sobie Szwajcarów, zaproponował im Sax. Przynajmniej ich zawiadomcie. I tak nie lubią inwigilacji. Powiadomcie też Praxis.

Plany zaczęły nabierać kształtów. Upłynęło jednak sporo czasu, zanim Sax i Peter znowu odlecieli kosmolotem. Tym razem wznieśli się aż do szczytu stratosfery, a potem wysoko ponad nią. Dwadzieścia kilometrów nad stratosferę; niemalże zbliżyli się do Deimosa. A następnie do niego dotarli.

Grawitacja małego księżyca była tak nieznaczna, że przy lądowaniu nastąpiło raczej dokowanie niż przyziemienie. Jackie Boone, która pomagała im w tym projekcie — przede wszystkim po to, aby móc przebywać blisko Petera (co było jasne jak słońce) — kierowała samolotem. Kiedy się zbliżali, Sax przez okno kabiny pilota miał wspaniały widok. Czarna powierzchnia Deimosa wydawała się pokryta grubą warstwą zapylonego regolitu — wszystkie kratery były w nim niemal zagrzebane; ich stożki stanowiły łagodne, zaokrąglone dołeczki w pokrywie pyłu. Mały podłużny księżyc nie był regularny: raczej składał się z wielu półkolistych ścianek. Prawie trójosiowa elipsoida. W pobliżu środka Krateru Woltera stał stary automatyczny ładownik; jego podstawa była zakopana w pyle, a połączone ze sobą miedziane podpórki oraz skrzynie przysypane drobnym, ciemnym miałem.

Zdecydowali się wylądować miedzy ściankami, na jednym z grzbietów, gdzie spod osłony pyłu sterczała jaśniejsza goła skała. Grzbiety te stanowiły stare pozostałości procesu kruszenia i znaczyły miejsca, w których wczesne uderzenia meteorytowe odłupały fragmenty maleńkiego księżyca. Jackie doprowadziła maszynę łagodnie ku grzbietowi, znajdującemu się na zachód od kraterów Swifta i Woltera. Deimos został — tak jak kiedyś Fobos — nieco przekształcony, co odpowiadało ich projektowi. Punkt podmarsjański służył jako zero stopni zarówno dla długości jak i szerokości geograficznej; był to najbardziej sensowny system mierniczy. Wzniesienie, na którym wylądował kosmolot, leżało blisko równika, na dziewięćdziesiątym stopniu długości geograficznej. Mniej więcej dziesięciokilometrowy spacerek z punktu podmarsjańskiego.

Kiedy kosmolot zbliżył się do grzbietu, stożek Woltera zniknął za czarnym zakrzywionym horyzontem. Silniki maszyny strzeliły gazami spalinowymi ponad szczytem, a wówczas zaczął z niego zlatywać pył. Podłoże skalne pokrywało jedynie kilka centymetrów pyłu. Węglowy chondryt, liczący sobie pięć miliardów lat. Maszyna dokowała, wydając głuchy grzmot, potem odskoczyła i znowu opadła. Sax poczuł szarpnięcie ku podłodze maszyny, ale było ono bardzo lekkie. Prawdopodobnie nie ważył w tej chwili więcej niż parę kilogramów.

Na grzbiecie po obu stronach ich samolotu zaczęły lądować inne rakiety; wystrzeliwały przy tym w próżnię chmury pyłu, które powoli, bezwładnie opadały na powierzchnię. Wszystkie samoloty odskakiwały po uderzeniu, a następnie łagodnie osiadały w obłokach pyłu. W ciągu pół godziny na wzniesieniu stanęło w szeregu osiem maszyn, poruszających się coraz wolniej naprzód w obu kierunkach ku bliskim horyzontom. Samoloty stanowiły razem niezwykły widok: ich zaokrąglone korpusy, wykonane ze stopu elektronowego, połyskiwały jak chityna pod oślepiającym blaskiem nie zaciemnionego światła słonecznego; przezroczystość próżni sprawiała, że wszystkie krawędzie wydawały się przesadnie wyostrzone. Jak we śnie.