Выбрать главу

Nic nie mówiąc, cały czas stukał w klawisze. Zwykle kiedy Deimos mijał kabel windy, kabel znajdował się w pełnym zasięgu oscylacyjnym w tym sektorze jakieś pięćdziesiąt kilometrów albo więcej od księżyca; w odległości na tyle wystarczającej, aby zaburzenia grawitacyjne były tak małe, że nie należało ich brać pod uwagę przy regulacji dysz kabla. Tym razem przyspieszenie Deimosa i jego ruch na zewnątrz nie podlegały synchronizacji w czasie, kabel zbyt szybko będzie się więc poruszał z powrotem ku płaszczyźnie orbitalnej Deimosa. Trzeba było spowolnić wahnięcia Clarke’a oraz wyregulować je na górze i na dole kabla. Stanowiło to skomplikowane zadanie, niezależnie od faktu, czy AI pokaże bardzo szczegółowo, co robi. Komputer zajmował się prawdopodobnie łącznością z innymi AI, by uzyskać zdolność obliczeniową konieczną do wykonania całej operacji. A obiekty obliczeniowe — Mars, kabel, Clarke i Deimos — były naprawdę piękne do kontemplacji.

— Okay, idzie na nich — oświadczył Peter.

— Czy twoi przyjaciele znajdują się na poziomie orbity? — spytał zaskoczony Sax.

— Są parę kilometrów pod nią, ale ich wagonik jedzie w górę. Mam z nimi wizualną łączność za pomocą kamer i… hej, zbliża się… Tak! Och! Hej Ka, Sax, ominął kabel chyba zaledwie o jakieś trzy kilometry! Właśnie rozbłysło tuż obok ich kamery!

— Wszystko jedno, chybisz o włos, czy o metr.

— Co to znaczy?

— Tak jest przynajmniej w próżni. — Jednak teraz było to coś więcej niż tylko omijająca kabel skała. — Co z masą ejektamentów z silnika napędowego?

— Zapytam… Mówią, że przeleciały przed Deimosem.

— To dobrze. — Sax kuknięciem wyłączył komputer. Brawo dla AI za wspaniałą przezorność. Jeszcze kilka minięć i Deimos znajdzie się nad Clarkem, a wówczas kabel nie będzie już dłużej musiał się przed nim uchylać. Tymczasem, póki nawigacyjne AI sądziło, że się znajduje w niebezpieczeństwie — tak jak najwyraźniej miało miejsce teraz — byli bezpieczni.

Sax zawahał się. Desmond kiedyś powiedział, że będzie szczęśliwy, gdy zobaczy, że kabel znowu spada. Kilka osób z pewnością podzielało jego zdanie. Sax opowiedział się w pewnej chwili przeciwko podejmowaniu jednostronnej akcji w tej sprawie, ponieważ nie był pewny, co czuje wobec tej skały łączącej Marsa z Ziemią. Uważał, że najlepiej byłoby ograniczyć działania ulilateralne tylko do tych kwestii, do których był przekonany. Dlatego też teraz pochylił się i zasadził kolejne nasionko.

Część 9

Pod wpływem impulsu

Zaludnianie nowego kraju zawsze stanowi wyzwanie. Gdy tylko postawiono namiot nad Nirgal Vallis, Separation de L’Atmosphere natychmiast umieściło pod kopułą kilka swoich największych aeratorów mezokosmosowych i wkrótce namiot wypełnił się mieszanką azotowo-tlenowo-argonową o ciśnieniu pięciuset milibarów, którą pozyskano i wyfiltrowano z otaczającego powietrza, obecnie dwustuczterdziestomilibarowego. Wówczas do miasta zaczęli się wprowadzać osadnicy przybyli z Kairu, Senzeni Na oraz ze wszystkich innych miejsc na obu planetach.

Pierwsi ludzie zamieszkali w ruchomych przyczepach, które ustawili obok małych przewoźnych oranżerii, i podczas gdy pracowali nad użyźnieniem gleb w kanionie, nasycając je bakteriami i orząc pługami, w oranżeriach rosły im mieszane rośliny, drzewa i bambus do budowy domów oraz rośliny pustynne. Po jakimś czasie przesadzali te ostatnie na zewnątrz farm. Smektyczne iły na dnie kanionu stanowiły bardzo dobrą bazę dla gleby uprawnej, chociaż trzeba było dodawać biotę, azot i potas; fosforu zawierały dużo, a soli — jak zwykle na Marsie — nawet więcej niż potrzebowali.

Spędzali więc dni na wzbogacaniu gleby, uprawie roślin cieplarnianych oraz sadzeniu wytrzymałych słonorostów pustynnych. W całej dolinie handlowali wszystkim, co wytworzyli, toteż niemal tego samego dnia, gdy się wprowadzili, zaczęło powstawać wiele małych handlowych ryneczków, a także sporo dróg, łączących poszczególne gospodarstwa rolne, i główna szosa biegnąca obok strumienia do środka doliny. Przy szczycie Nirgal Vallis nie było żadnej formacji wodonośnej, jednak rurociąg z Marineris pompował na szczyt wystarczającą ilość wody, powodując nawet powstanie małego strumyka. Jego wodę zbierano na dole, przy Bramie Uzbeckiej i kierowano rurami z powrotem na szczyt namiotu.

Każde z zabudowań gospodarskich zajmowało po około pól hektara i prawie wszyscy mieszkańcy starali się na tej przestrzeni wytworzyć dla siebie pożywienie. Większość osadników dzieliła swoją własność na sześć miniaturowych pól. Wdanej porze roku siali rośliny uprawne, stosując płodozmian, lub wypasali zwierzęta. Wszyscy mieli własne teorie na temat uprawy i zasilania gleby. Większość osób uprawiała zboża, orzechy, owoce lub drzewka na tarcicę. Widu hodowało kurczaki, niektórzy owce, kozy, świnie i krowy, przy czym prawie wszystkie krowy zostały zminiaturyzowane, toteż były niewiele większe od świń.

Osadnicy starali się zakładać farmy tylko na dnie kanionu przy strumieniu, pozostawiając wyższe, bardziej górzyste tereny pod ścianami kanionu dzikiej przyrodzie. Wprowadzili na tamte tereny przedstawicieli pustynnej fauny Ameryki Południowej i z racji tego w pobliżu ich domostw mieszkały jaszczurki, żółwie, duże króliki, a także kojoty, rysie i jastrzębie, które napadały na kurczaki i owce kolonistów. Przeżyli plagę jaszczurek krokodylowych, potem jednej z odmian ropuch. Populacje roślinne i zwierzęce powoli się rozrastały, chociaż pośród poszczególnych gatunków istniały ostre wahania. Rośliny rozprzestrzeniały się same. Ziemia z wolna zaczęła przypominać powierzchnię, na której zawsze istniało życie, chociaż ściany z czerwonej skały trwały nie zmienione, pionowe i urwiste nad tym nowym nadrzecznym światem.

Soboty były dniami rynkowymi, toteż od rana na wyznaczone bazary, w wypełnionych towarami pickupach, zjeżdżali się ludzie z całej doliny. Pewnego ranka wczesną zimą 2142 roku zgromadzili się w Playa Blanco pod ciemnym, chmurnym niebem, aby sprzedawać warzywa ozime, produkty codziennego użytku oraz jaja.

— Wiecie, skąd wiadomo, które jajka mają w sobie zarodki? Bierze się je wszystkie, wkłada do kubła z wodą i czeka, aż znieruchomieją. Po pewnym czasie niektóre jaja zaczną nieznacznie drżeć; właśnie te, w których znajdują się żywe zarodki kurcząt. Można je z powrotem oddać kurom, a resztę zjeść.

— Metr sześcienny nadtlenku wodoru, to jak tysiąc dwieście kilowatogodzin! A poza tym waży półtorej tony. Nie ma siły, będziecie go bardzo potrzebować.

— Próbujemy osiągnąć jakość rzędu jednej miliardowej, ale jak dotąd nie mieliśmy szczęścia.

— Centra de Educación y Tecnologia w Chile… ci naprawdę ostro pracują nad płodozmianem. Nie uwierzyłbyś. Przyjedź i zobacz sam.

— Nadchodzi burza.

— Hodujemy także pszczoły.

— Maya jest Nepalką, Bahram — Persem, Mawrth — Walijczykiem. Taak, gdy się wymawia jego imię, rzeczywiście brzmi to jak seplenienie, chociaż prawdopodobnie nie wymawiam go właściwie. Wymowa walijska jest dziwaczna. Zdaje się, że wymawiają to Moth, Mart albo nawet Mars.

Potem po rynku rozeszła się jakaś wiadomość; jak ogień przeskakiwała od grupy do grupy.

— Nirgal jest tutaj! Nirgal przyjechał! Będzie przemawiał w pawilonie…

Nirgal rzeczywiście tu był. Szedł szybko, prowadząc za sobą ciągle rosnący tłum. Pozdrawiał starych przyjaciół i ściskał dłonie ludziom, którzy do niego podchodzili. Wszyscy na rynku podążyli za nim, wciskając się do otwartego pawilonu i tłocząc na boisku do siatkówki na zachodnim końcu rynku. Nad szepczącym tłumem zabrzmiały dzikie ryki.