Nirgal stanął na ławce i zaczął przemawiać. Mówił o ich dolinie, a także o innym nowym marsjańskim terenie, który pokryto namiotem. Młody mówca tłumaczył, co to wszystko oznacza dla osadników. Jednak kiedy przeszedł do omawiania ogólniejszej sytuacji dwóch światów, burza nad głowami zebranych osiągnęła apogeum. W pręty odgromowe zaczęły trzaskać pioruny i w krótkich odstępach czasu zebrani zobaczyli najpierw deszcz, potem śnieg, deszcz ze śniegiem, wreszcie błoto.
Namiot nad doliną opadał tak stromo, jak dach kościoła, a pył i drobiny miału odrzucał ładunek elektrostatyczny zewnętrznej, piezoelektrycznej warstwy namiotu. Deszcz odbijał się od namiotu, śnieg natomiast ześlizgiwał na ziemię i gromadził wokół niego. Tworzył zaspy, odsuwane na boki przez ogromne automatyczne pługi śnieżne z długimi, ustawionymi ukośnie zestawami dmuchaw. Podczas burz śnieżnych pługi jeździły w tę i z powrotem po drodze na podkładzie. Największy problem stanowiło jednakże błoto. Zmieszane ze śniegiem tworzyło na namiocie, tuż nad fundamentem, zimną, twardą jak beton skorupę i ta gęsta pokrywa mogła się stać wystarczająco ciężka, aby uszkodzić namiot — co zdarzyło się już kiedyś na północy.
Kiedy więc burza wzmogła się na tyle, że światło w kanionie przybrało barwę gałęzi, Nirgal zaproponował zgromadzonym:
— Lepiej pojedźmy na górę.
Wszyscy wsiedli do ciężarówek i pojechali do najbliższej windy, która docierała w górę wnętrza kanionowej ściany, aż do stożka. Na szczycie ludzie, którzy wiedzieli, jak to należy zrobić, zatrzymali pługi śnieżne i zaczęli je obsługiwać ręcznie. Wielkie dmuchawy wyrzucały teraz z siebie parę w kierunku zasp, aby je zsunąć ze stoku namiotu. Wszystkie pozostałe osoby podzieliły się na zespoły, wsiadły w sterowane ręcznie pojazdy parowe i zabrały się za odsuwanie od fundamentów błotnistych hałd, które utworzyły pługi śnieżne. Nirgal pomagał im, biegając z wężem parowym to tu, to tam, jak gdyby uprawiał jakiś nowy, męczący sport. Nikt nie potrafił mu dotrzymać kroku, ale szybko wszyscy wpadli po uda w zimny, wirujący szlam. Wiatr wiał z prędkością ponad stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, a masywne, niskie czarne chmury przez cały czas zarzucały zebranych kolejnymi zwałami błota. Nagle wichura wzrosła do stu osiemdziesięciu kilometrów, jednak nikt nie zwracał na to uwagi. Żywioł wręcz pomagał oczyścić namiot z błota. Ludzie, zmiatając szlam, zataczali łuk za łukiem. Poruszali się z wiatrem na wschód, aż zepchnęli rzeki błota po pochyłym stoku do nie osłoniętej od wiatru Uzboy Vallis.
Kiedy burza się skończyła, namiot był zupełnie przezroczysty, chociaż ziemia po obu stronach Nirgal Vallis pogrążyła się głęboko w zamarzniętym błocie, a wszystkie ekipy byty przemoczone do suchej nitki. Ludzie wtłoczyli się z powrotem do wind i zjechali na dno kanionu, wyczerpani i zmarznięci, a kiedy dotarli na dno, spojrzeli po sobie: byli niemal całkowicie czarni — z wyjątkiem szybek hełmów. Nirgal zdjął hełm, ukazując twarz. Przez jakiś czas śmiał się ostro i niepohamowanie, a gdy zgarnął z hełmu błoto i rzucił w zebranych, rozpoczęła się prawdziwa bitwa. Większość osób uznała, że rozważniej będzie zachować hełmy na głowach, toteż widok był doprawdy dziwny — na ciemnym dnie kanionu stały zamaskowane i ubłocone postaci, które rzucały w siebie bryłami błota albo wbiegały do strumienia, gdzie podskakiwały, siłowały się i nurkowały.
Maja Jekaterina Tojtowna obudziła się w paskudnym nastroju, zaniepokojona snem, który rozmyślnie udało jej się zapomnieć podczas wstawania z łóżka. Niemal spuściła go wraz w wodą podczas pierwszej tego dnia wyprawy do łazienki. Sny były niebezpieczne. Maja ubrała się, stojąc tyłem do małego lustra nad zlewem, następnie zeszła po schodach do jadalni. Całe Sabishii zostało zbudowane w jednolitej manierze: stylu zwanym marsjańsko-japońskim, toteż Maja widziała z okna ogród zeń; wszystkie sosny i mchy rozproszone były wśród wypolerowanych różowych głazów narzutowych. Widok był piękny na swój własny sposób, który Maja uznała jednak za nieprzyjemny, ponieważ przypominał jej, i w pewnym sensie ganił ją, za zmarszczki na twarzy i ciele. Zlekceważyła go najlepiej jak umiała, skupiając się na śniadaniu. Śmiertelna nuda codziennych niezbędnych czynności.
Przy drugim stoliku — wraz z grupą sabishiiańskich issei — spożywali posiłek Wład, Ursula i Marina. Wszyscy sabishiiańczycy mieli ogolone głowy, a ich robocze kombinezony wyglądały jak szaty mnichów zeń. Jeden z sabishiiańczyków włączył maleńki ekran ponad stołem i z odbiornika popłynęły ziemskie wiadomości: metanarodowa produkcja z Moskwy, która miała taki sam związek z rzeczywistością, co swego czasu gazeta o nazwie „Prawda”. Pewne sprawy nigdy się nie zmieniają. Wersja, której słuchali, była anglojęzyczna i Maja pomyślała, że angielski spikera był lepszy niż jej własny, nawet po wszystkich tych latach codziennych rozmów w obcym dla niej języku.
„Teraz wiadomości, piątego sierpnia 2114 roku”.
Maja zesztywniała na krześle. W Sabishii było obecnie Ls dwieście czterdzieści sześć, bardzo blisko perihelium — czwartego dnia drugiego listopada. Dnie były krótkie, a noce ciepłe, jak na ten M-rok czterdziesty czwarty. Maja nie miała wcześniej pojęcia, jaka jest ziemska data — właściwie nie wiedziała tego od lat. I teraz uświadomiła sobie, że według starego ziemskiego kalendarza, dziś przypadały jej urodziny. Skończyła… hm… musiała obliczyć… skończyła sto trzydzieści lat.
Poczuła nagle mdłości, toteż spojrzała spode łba na na wpół zjedzonego bajgla, po czym rzuciła go na talerz, nadal na niego patrząc. Myśli wybuchły w jej głowie niczym zrywające się z drzewa ptaki. Nie potrafiła nad sobą zapanować; była zmieszana. Co to znaczyło, co znaczył ten jej straszliwie nienaturalny wiek? Dlaczego włączono ekran właśnie w momencie, kiedy spiker wymienił datę?
Upuściła półkromkę chleba, której również posłała złowieszcze spojrzenie i wyszła na dwór, w światło jesiennego poranka. Kroczyła śliczną główną aleją starej dzielnicy Sabishii, aleją zieloną od trawy i czerwoną od ognistych klonów o rozłożystych koronach; jeden z klonów przesłaniał znajdujące się nisko słońce, płonąc szkarłatem. Po drugiej stronie placu, przed ich budynkiem mieszkalnym, dostrzegła Jeliego Zudowa, który grał w kręgle z małą dziewczynką, prawdopodobnie prapraprawnuczką Mary Dunkel. Obecnie wielu przedstawicieli pierwszej setki przebywało w Sabishii, które funkcjonowało całkiem dobrze, jako półświat. Wszyscy oni pracowali w lokalnej gospodarce, mieszkali w starej dzielnicy, posługiwali się fałszywymi tożsamościami i szwajcarskimi paszportami — zadziwiająco łatwo i trwale udawało im się żyć żywotem powierzchniowym. I to bez jakiejkolwiek operacji plastycznej, która wcześniej tak bardzo zmieniła Saxa, ponieważ czas wykonał już ów zabieg za nich: nie zmieniając niczego w swoich twarzach, i tak nie byli możliwi do rozpoznania. Maja mogła spacerować ulicami Sabishii i ludzie widzieli w niej tylko starą babę, niczym się nie wyróżniającą spośród setek innych. Gdyby zatrzymali ją urzędnicy Zarządu Tymczasowego, ustaliliby tylko jej fałszywe nazwisko — Ludmiła Nowosybirskaja. Prawda jednak była taka, że nie mieli powodu, by ją zatrzymywać.
Maja przeszła całe miasto, próbując się oderwać od myśli o sobie samej. Z północnego końca namiotu mogła spojrzeć poza miasto i zobaczyć wielką kamienną hałdę — składała się z fragmentów skalnych, wydobytych wcześniej z moholu Sabishii. Hałda utworzyła długie faliste wzgórze, które biegło aż po horyzont, przez wysokie krummholzowe baseny Tyrrheny. Wygląd tego kopca zaprojektowano wcześniej i obecnie z góry prezentował się on jako wizerunek smoka, który w swoich szponach trzymał podobne jajkom namioty miasta. Zacieniona rozpadlina przecinająca hałdę znaczyła miejsce, gdzie od łuskowatego ciała stwora odchodził szpon. Poranne słońce świeciło jak srebrne oko smoka, który ponad ramieniem spoglądał za siebie na miasto.