Znalazła się przed drzwiami swego pokoju, zupełnie nie pamiętając, jaką trasą przeszła przez Sabishii, i wpadła do środka, jakby się rzucała w ramiona matki; jednak w pięknej, choć skromnej, drewnianej komorze mieszkalnej szybko się poderwała z łóżka, wstrząśnięta wspomnieniem innego pomieszczenia, które wyjrzało nagle ze stanu niepamięci, by ją trapić… jakiś inny moment szoku i strachu… Żadnych odpowiedzi, znikąd zapomnienia, nigdzie najmniejszej nadziei na ucieczkę…
W lustrze nad małym zlewem Maja dostrzegła widok własnej twarzy, jak gdyby w obramowanym portrecie: wynędzniała, stara; jaskrawoczerwone wokół tęczówek oczy przypominały oczy jaszczurki. Uznała ten widok za obrzydliwy. To było to, przypomniała sobie — to była owa chwila, kiedy dostrzegła na Aresie pasażera na gapę; ta twarz widziana za butlą z glonami… Kojot. Poczuła wstrząs, który w oczywisty sposób udowadniał, że nie była to halucynacja, tylko rzeczywistość.
Tak samo mogło być z informacją na temat Franka i Johna.
Próbowała sobie przypomnieć. Ze wszystkich sił usiłowała sobie przypomnieć Franka Chalmersa, naprawdę go sobie przypomnieć. Rozmawiała z nim tamtej nocy w Nikozji i było to spotkanie niezbyt znaczące, choćby z powodu jego skrępowania i napięcia. Frank, jak zawsze, urażony i odrzucony… Byli przecież razem w tamtym właśnie momencie, kiedy Johna pobito do nieprzytomności, a potem zaciągnięto na farmę, gdzie prześladowcy pozostawili go, by umarł. Frank nie byłby w stanie…
Tyle że… oczywiście, niekoniecznie trzeba tego dokonać własnymi rękoma. Zawsze można komuś zapłacić, aby coś za ciebie zrobił. Arabów niby nie interesowały pieniądze same w sobie. Ale duma, honor… płatność w honorze albo w jakimś politycznym quipro quo, w takiej walucie, którą Frank łatwo potrafił wydrukować, co do której był takim świetnym ekspertem…
Jednak mało pamiętała z tamtych lat, tak niewiele szczegółów. Ilekroć się zastanawiała nad przeszłością, ilekroć zmuszała się, by ją odtworzyć, by przywołać wspomnienia, przerażał ją fakt, jak niewiele pozostało jej w pamięci. Jedynie fragmenty, momenty, zaledwie okruchy całego życia. Pewnego razu Maja tak się wściekła z tego powodu, że zrzuciła ze stołu filiżankę z kawą; odłamane uszko naczynia wyglądało żałośnie, podobnie jak leżący na stoliku na wpół zjedzony bajgiel. Gdzie miało miejsce to zdarzenie? Kiedy i z kim? Nie była tego pewna.
— Aaach! — krzyknęła mimowolnie i nagle poczuła obrzydzenie, patrząc w lustro: wynędzniała, stara twarz wyrażająca patetyczny, paskudny ból. Tak strasznie brzydka! A kiedyś była bardzo piękna, kiedyś Maja czuła tak wielką dumę ze swego oblicza, kiedyś używała go jak skalpela.
Jednak teraz… W ostatnich latach jej czystobiałe włosy stały się matowoszare; w jakiś sposób zmieniły się podczas ostatniej kuracji. I na dodatek przerzedzały się, mój Boże, i to tylko w pewnych miejscach, a w innych nie. Obrzydliwe! A kiedyś była naprawdę piękna, kiedyś, dawno temu. Ta jastrzębia, królewska twarz… a teraz… Tak jak baronowa Blixen, także rzadka piękność w młodości, która po pewnym czasie zaczęła brzydnąć i więdnąć, stopniowo zmieniając się w syfilityczną wiedźmę nazwiskiem Isak Dinesen. A Maja będzie żyła dalej jeszcze przez stulecia po takiej przemianie, jak wampir albo zombie… ogołocone zwłoki jaszczurki żyworódki… stutrzydziestoletnia kobieta… wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, wszystkiego najlepszego…
Pomaszerowała do zlewu i szarpnęła bok lustra, otwierając przepełnioną apteczkę. Nożyczki do paznokci leżały na górnej półce. Gdzieś na Marsie produkuje się nożyczki do paznokci, wytwarzając je, bez wątpienia, z magnezu. Maja wyjęła je z szafki, a następnie odciągnęła od głowy pasmo włosów tak mocno, że aż zabolało i odcięła je tuż przy skórze. Ostrze było tępe, ale jeśli ciągnęła wystarczająco mocno, udawało jej się ciąć. Uważała, aby się nie skaleczyć — nie pozwalały jej na to pewne maleńkie pozostałości własnej próżności. Wykonywała więc długie, żmudne, czynione z uwagą i sprawiające ból zajęcie. Jednak czuła też swego rodzaju pociechę, że potrafi postępować w sposób tak szalony, tak systematyczny i tak destrukcyjny.
Pierwsze podcięcia były dość nierówne i musiała się naprawdę bardzo męczyć, aby osiągnąć jakikolwiek efekt. Cała praca zajęła jej sporo czasu. Godzinę. Jednak, niestety, nie potrafiła podciąć włosów do tej samej długości, w końcu więc wzięła brzytwę spod prysznica i dopełniła reszty goląc skalp; przykładała kawałki papieru toaletowego na obficie krwawiące nacięcia i lekceważyła stare blizny, które się otwierały, straszliwe guzy i wgłębienia gołej czaszki, leżące tak płytko pod skórą. Trudno było wykonać całe to zadanie, nie spoglądając choćby od czasu do czasu w lustro: na potworną twarz.
Kiedy Maja skończyła, popatrzyła bezlitośnie na potwora w lustrze — obupłciowego, zasuszonego, szalonego. Orzeł stał się sępem: goły skalp, szyja z naroślami, oczy jak paciorki, haczykowaty nos, wydęte małe usta, niemal pozbawione czerwieni warg. Gdy się wpatrywała w tę odrażającą twarz, upływały długie momenty, w których nie potrafiła sobie przypomnieć choćby jednej rzeczy, związanej z Mają Tojtowną. Trwała zamrożona w czasie teraźniejszym, obca wobec wszystkiego.
Pukanie do drzwi sprawiło, że aż podskoczyła. Jednocześnie odgłos ten wyzwolił ją z dziwacznego zapatrzenia w lustro. Zawahała się, nagle zawstydzona, nawet przerażona swoim czynem. Właściwie wbrew sobie wykrakała z trudem:
— Wejść.
Drzwi otworzyły się. To był Michel. Zobaczył ją i na moment stanął w progu.
— No? — spytała, patrząc na niego. Czuła się naga.
Michel przełknął ślinę i zadarł głowę.
— Piękna jak zawsze. Uśmiechnął się z przymusem.
Musiała się roześmiać. Potem usiadła na łóżku i zaczęła płakać. Siąkała i pociągała nosem.
— Czasami — odezwała się w końcu, wycierając oczy — czasami chciałabym przestać być Mają Tojtowną. Jestem tym taka zmęczona, zmęczona wszystkim, co zrobiłam.
Michel usiadł obok niej.
— Musimy być sobą aż do końca. Jest to cena, którą płacimy za posiadanie świadomości. Jednak… Kim lepiej być: osobą skazaną na tę świadomość, czy idiotą pozbawionym jej?
Maja potrząsnęła głową.
— Byłam w parku z Władem, Ursula, Mariną… i Saxem, który mnie nienawidzi… Patrzyłam na nich wszystkich… Musimy coś zrobić, naprawdę zrobić… Gdy tak patrzyłam na nich i przypominałam sobie wszystko… gdy próbowałam sobie przypomnieć… nagle my wszyscy wydaliśmy mi się ludźmi tak bardzo skrzywdzonymi.
— Wiele się zdarzyło — odparł Michel i położył rękę na jej dłoni.
— Czy masz problemy z pamięcią? — Maja zadrżała i chwyciła się dłoni Michela, niczym koła ratunkowego. — Czasami tak bardzo się boję, że wszystko zapomnę. — Zaśmiała się pogardliwie. — Zdaje się, że to oznacza, iż wolę być skazańcem niż idiotą i odpowiadać na twoje pytania… Jeśli człowiek zapomni, uwolni się od przeszłości, ale to niczego nie oznacza. Nie ma więc ucieczki… — Maja znowu zaczęła płakać. — Pamiętam, czy zapominam, rani mnie to równie głęboko.
— Problemy z pamięcią są dość powszechne w waszym wieku — wyjaśnił łagodnie Michel. — Zwłaszcza wydarzenia z okresu, że tak powiem, pośredniego. Istnieją ćwiczenia, które pomagają.
— Pamięć to nie jest mięsień.
— Wiem. Jednak jej moc wydaje się rosnąć, im częściej ją się ćwiczy. Natomiast akt przypominania sobie najwyraźniej wzmaga same wspomnienia. Kiedy się zastanowić, ma to sens. Fizyczne wzmocnienie lub zastąpienie zwojów nerwowych… coś w tym rodzaju.