— Tyle że… skoro nie potrafisz stawić czoła temu, co pamiętasz… och, Michelu… — Maja zrobiła wielki nierytmiczny wdech.
— Powiedzieli… Marina powiedziała, że Frank zamordował Johna. — Mówiła to pozostałym, kiedy sądziła, że nie słyszę i powiedziała to w taki sposób, jak gdyby było to zupełnie oczywiste, coś, o czym wszyscy wiedzą! — Maja kurczowo trzymała ramię Michela, ściskając je, jakby mogła w ten sposób pazurami wydrzeć ze swego rozmówcy odpowiedź. — Powiedz mi prawdę, Michelu! Czy tak było? Co wszyscy sądzą na ten temat? Co ty słyszałeś?
Michel potrząsnął głową.
— Nikt nie wie, co się wówczas zdarzyło.
— Ależ ja tam byłam! Byłam w Nikozji tamtej nocy, a oni nie! Byłam z Frankiem, kiedy to się stało! Nie miał o niczym pojęcia, przysięgam!
Michel niepewnie zmrużył oczy, a Maja krzyknęła:
— Nie patrz tak na mnie!
— Nie patrzę, Maju, nie patrzę. Po prostu się zastanawiam. Chcę ci powiedzieć wszystko, co słyszałem i próbuję właśnie sobie dokładnie przypomnieć. Krążyły wówczas plotki — mnóstwo plotek — na temat tego, co się zdarzyło tamtej nocy. Rzeczywiście, niektórzy mówią, że Frank był w to… hmm… wplątany. Czy też, że był powiązany z Saudyjczykami, którzy zabili Johna. Mówi się, że spotkał się z tym mężczyzną, który umarł następnego dnia i tym podobne rzeczy…
Maja zaczęła jeszcze bardziej płakać. Zgięła się wpół, czując skurcze żołądka i położyła głowę na ramieniu Michela. Jej żebra unosiły się w ciężkim oddechu.
— Nie mogę tego znieść. Jeśli się nie dowiem, co się wtedy stało… Jak mogę sobie to przypomnieć? W jaki sposób mogę choćby o tym myśleć?
Michel trzymał ją w ramionach i koił uściskiem. Ciągle ugniatał jej mięśnie karku.
— Ach, Maju.
Po długim czasie Maja usiadła prosto, potem wstała, poszła do zlewu i obmyła twarz zimną wodą; unikała spojrzenia w lustro. Następnie wróciła do łóżka i usiadła, zupełnie przybita. W każdym mięśniu czuła wielkie zmęczenie.
Michel znowu chwycił jej dłoń.
— Zastanawiam się, czy nie pomogłoby ci, gdybyś poznała całą prawdę. Albo przynajmniej, gdybyś się dowiedziała tyle, ile się da. No wiesz, gdybyś przeprowadziła badania. Poczytała o Johnie i Franku. Istnieje teraz sporo tekstów na ten temat. Można też zapytać inne osoby, mieszkające wówczas w Nikozji, szczególnie Arabów, którzy widzieli się z Selimem el-Hayilem, zanim umarł. Tego rodzaju rzeczy. W jakiś sposób zapanowałabyś nad tym, no wiesz… Nie byłoby to sensu stricto przypomnienie, ale nie można również nazwać tego zapominaniem. Sytuacja nie sprowadza się do alternatywy, chociaż może się to wydawać dziwne… Nie możemy odrzucać naszej przeszłości, prawda? Musimy uczynić ją częścią siebie, częścią tego, czym jesteśmy teraz. Możemy tego dokonać poprzez akt wyobrażenia sobie. To działanie twórcze, aktywne. Proces jest skomplikowany. Jednak, znam cię, Maju, i wiem, że zawsze czujesz się lepiej, kiedy jesteś aktywna, kiedy masz nad czymś jakąś kontrolę…
— Nie wiem, czy potrafię to zrobić — przerwała mu. — Nie umiem znieść niewiedzy, ale boję się poznać prawdę. Nie chcę wiedzieć. Zwłaszcza, jeśli taka właśnie jest prawda.
— Sprawdź, jak się poczujesz — zaproponował Michel. — Spróbuj się dowiedzieć, a wtedy zobaczysz. Biorąc pod uwagę, że i tak nie obejdzie się bez bólu, może będziesz wolała działanie, zamiast jego braku.
— No cóż. — Maja pociągnęła nosem i jednym spojrzeniem obrzuciła pokój. Z lustra na przeciwległej ścianie patrzył na nią ktoś o wyglądzie mordercy z siekierą. — Mój Boże! Jaka ja jestem brzydka! — powiedziała, a uświadomienie sobie tego faktu wywołało mdłości.
Michel wstał i podszedł do lustra.
— Istnieje coś, co nazywamy zaburzeniem dysmorfii ciała — zauważył. — Jest to dolegliwość związana z problemami obsesji i przymusu oraz z depresją. Już od dłuższego czasu zauważam u ciebie oznaki tej choroby.
— Ale to są moje urodziny.
— Ach tak… No cóż, ten problem jest możliwy do wyleczenia.
— Urodziny?
— Zaburzenie dysmorfii ciała.
— Nie będę przyjmować żadnych lekarstw.
Michel narzucił ręcznik na lustro, po czym odwrócił się, by spojrzeć na Maję.
— Co chcesz przez to powiedzieć? Być może po prostu brakuje ci serotoniny. Niedomoga biochemiczna. Choroba. Nic, czego trzeba by się wstydzić. Wszyscy bierzemy leki. Klomipramina bardzo pomaga przy takich kłopotach.
— Pomyślę o tym.
— I żadnych luster.
— Nie jestem dzieckiem! — warknęła. — Sama wiem, jak wyglądam! — Podskoczyła do lustra i zdarła z niego ręcznik. Szalony, brzydki sęp, pterodaktyl, okrutny…
Było to w jakiś sposób poruszające.
Michel wzruszył ramionami. Na jego twarzy gościł nieznaczny uśmieszek; miała go ochotę uszczypnąć albo pocałować. Najwidoczniej lubił jaszczurki.
Potrząsnęła głową, aby rozjaśnić umysł.
— No cóż. Mówisz, że mam zacząć działać. — Zamyśliła się. — Hm, rzeczywiście wolę działanie niż jego brak, w każdym razie w obecnej sytuacji. — Przekazała mu nowiny z południa i opowiedziała o propozycji, którą złożyła przyjaciołom nad stawem. — Doprowadzają mnie do wściekłości. Po prostu siedzą i czekają, aż nam się znowu przytrafi katastrofa. Wszyscy z wyjątkiem Saxa, który robi, co chce: sabotuje, nie konsultuje się z nikim, poza głupcami takimi jak on sam… Musimy zrobić coś, że tak powiem, skoordynowanego!
— Dobrze — odparł z emfazą Michel. — Zgadzam się. Potrzebujemy takiego działania.
Popatrzyła na niego uważnie.
— Pojedziesz ze mną do basenu Hellas?
Twarz mu się rozjaśniła, posłał Mai spontaniczny uśmiech, oznaczający czystą rozkosz. Radość, o którą prosiła! Gdy to zobaczyła, poczuła dziwne zimno na sercu.
— Tak — odrzekł. — Mam do skończenia pewną sprawę, ale mogę to zrobić szybko. Potrzebuję tylko kilku tygodni. — Znowu się uśmiechnął. Kochał ją, widziała to. Nie tylko jako przyjaciółkę czy pacjentkę, którą poddawał terapii, także jako kochankę. A jednak jakoś na dystans, michelowy dystans, dystans terapeuty.
Więc ciągle mogła oddychać. Być kochaną i nadal oddychać. Nadal mieć przyjaciela.
— I możesz ciągle to znosić, ciągle być ze mną, mimo że taaak wyglądam?
— Och, Maju. — Roześmiał się. — Tak, nadal jesteś piękna, jeśli chcesz znać prawdę. Dzięki Bogu, że nadal chcesz znać prawdę… — Uściskał ją, potem odsunął nieco od siebie i przyjrzał jej się. — To niby taki drobiazg. Jednak jakże ważny.
Odepchnęła go.
— I nikt mnie nie rozpozna.
— Nikt, kto cię nie zna. — Wstał. — Słuchaj… jesteś głodna?
— Tak. Poczekaj, tylko się przebiorę.
Siedział na łóżku i obserwował j ą, jak się ubierała, sycąc się jej nagością. Stary lubieżnik. Jej ciało ciągle było ciałem ludzkim, naprawdę zadziwiającym, bardzo, bardzo kobiecym, nawet w tym absurdalnym „pośmiertnym” wieku. Mogła podejść i przycisnąć pierś do jego twarzy, a on ssałby jak dziecko. Zamiast tego jednak ubrała się, czując, że psychicznie odbija się od dna, nabiera humoru. Najlepszy moment w całej sinusoidzie nastrojów, jak zimowe przesilenie dnia z nocą dla ludzi pierwotnych, moment ulgi, kiedy wiesz, że słońce znowu wróci pewnego dnia.
— To dobre — odezwał się Michel. — Znowu cię potrzebujemy, żebyś nas poprowadziła, Maju. Masz autorytet, sama wiesz… Naturalny autorytet. Ważne jest, żeby otoczyć się pracą, żeby ją rozprzestrzenić wokół siebie. Musisz się skoncentrować na Hellas. To świetny plan. Ale wiesz… do tego trzeba czegoś więcej, niż tylko gniewu.