Wciągnęła sweter przez głowę (łysą czaszkę poczuła jako coś zabawnego, gołego i surowego), potem zaskoczona popatrzyła na Michela. Podniósł palec ostrzegawczo.
— Twój gniew jest pomocny, ale może nie wystarczyć. Frank cały się składał z czystego gniewu, pamiętasz? Z niczego więcej… I zobacz, dokąd go to zaprowadziło. Musisz walczyć nie tylko przeciw temu, czego nienawidzisz, ale i o to, co kochasz. Rozumiesz? I musisz się dowiedzieć, co kochasz. Musisz to sobie przypomnieć albo sobie wyobrazić…
— Tak, tak — przerwała, nagle zirytowana. — Kocham cię, kocham, ale teraz milcz. — Podniosła jego podbródek władczym ruchem. — Idziemy jeść.
Pociąg z Sabishii, pędzący po magnetycznym torze Burroughs-Hellas, składał się tylko z czterech wagonów: małej lokomotywy i trzech wagoników pasażerskich; każdy z nich nie był nawet w połowie zapełniony ludźmi. Maja przeszła przez cały pociąg aż do ostatniego siedzenia w ostatnim wagonie; ludzie podnosili na nią oczy, ale tylko na krótko. Nikt nie wydawał się skonsternowany jej brakiem włosów. W końcu na Marsie było obecnie sporo bardzo mocno łysiejących kobiet, kilka nawet w tym pociągu. Także nosiły kombinezony robocze — kobaltowobłękitne, rdzawe albo jasnozielone, także były stare i zniszczone od nadmiernego promieniowania ultrafioletowego — rodzaj wzorca: tkwiący tu od początku starożytni marsjańscy weterani, którzy widzieli wszystko i gotowi byli zanudzić każdego na śmierć opowieściami o burzach pyłowych i swej słabości do powietrznych śluz.
No cóż, tak to już było. Nie chciała przecież, aby ludzie trącali się łokciami i wykrzykiwali: „Popatrzcie, tam jest Tojtowna!” Jednak, gdy siedziała w fotelu, czuła się brzydka i zapomniana. Było to niemądre odczucie, ponieważ wiedziała, że świat naprawdę musi o niej zapomnieć. A brzydota w tym pomagała; zawsze bowiem wszyscy pragną zapomnieć o ludziach brzydkich.
Zapadła się w fotel i wpatrzyła przed siebie. Sabishii najwyraźniej odwiedzała właśnie grupa japońskich turystów z Ziemi. Wszyscy tkwili teraz na skierowanych ku sobie siedzeniach na przedzie wagonu, gawędząc i rozglądając się wokół siebie, z wideookularami na nosach. Bez wątpienia nagrywali każdą minutę swego życia, tworząc nagrania, których nikt nigdy nie obejrzy.
Pociąg łagodnie posuwał się naprzód, oddalając się od miasta. Sabishii ciągle pozostawało małą namiotową mieściną, położoną na wzgórzach; pagórkowaty teren między miastem i głównym torem magnetycznym usiany był wielkimi, rzeźbionymi wiatrem głazami narzutowymi, a w skalne ściany wcięto małe schrony. Wszystkie skierowane na północ zbocza pokrywała lepka powłoka śniegowa z pierwszych jesiennych burz. Gdy pociąg przejeżdżał obok zamarzniętych stawów, Maja zauważyła, że słońce w oślepiających błyskach odbija się od gładkich tafli lodu. Genomy wszystkich niskich, ciemnych krzewów oparto na cechach ich przodków z Hokkaido i roślinność ta nadawała powierzchni wygląd kolczastej czarno-zielonej struktury; był to zbiór ogrodów bonsai, a każdy z nich stanowił wysepkę oddzieloną chropowatym morzem popękanej skały.
Japońscy turyści naturalnie uważali ten krajobraz za uroczy. Chociaż możliwe, że przyjechali tu z Burroughs: nowi emigranci odwiedzający miejsce lądowania swoich pierwszych pobratymców, jak gdyby robili sobie wycieczkę z Tokio do Kioto. A może byli to tubylcy, którzy nigdy nie widzieli Japonii. Maja potrafiłaby rozstrzygnąć tę kwestię, gdyby zobaczyła, w jaki sposób chodzą; ale właściwie nie miało to dla niej znaczenia.
Tor magnetyczny biegł dokładnie na północ od Krateru Jarry-Deslogesa, który z zewnątrz wyglądał jak duże koliste płasko wzgórze. Jego przedpole było szerokim wachlarzem śnieżnego rumoszu, upstrzonym tulącymi się do powierzchni drzewkami, a także łaciatymi szeregami ciemnozielonych i jaskrawych porostów oraz górskich kwiatów i wrzosu; każdy gatunek wyróżniał się kolorem. Dodatkowo całe pole zostało usiane rozproszonymi głazami eratycznymi, które spadły z nieba podczas formowania się krateru. Efektem tego było pole czerwonej skały, pod którą leżała barwna tęcza kwiatów.
Maja wpatrywała się w jaskrawy stok, czując lekkie oszołomienie. Śnieg, porosty, wrzos, sosny; niby wiedziała, że podczas gdy ona ukrywała się pod czapą polarną, planeta się zmieniała. Maja była też świadoma, że zanim wszystko to uległo takiej metamorfozie, w czasie kiedy ona sama mieszkała w skalnym świecie i doświadczała wszystkich tych intensywnych zdarzeń ostatnich lat, jej serce pod ich wpływem samo niemal skamieniało w stiszowit. Jednak z trudnością łączyła oba fakty. Trzeba albo sobie wszystko przypomnieć, albo chociaż poczuć cokolwiek z tego, co można sobie przypomnieć. Usiadła wyprostowana na siedzeniu, zamknęła oczy i spróbowała się odprężyć. Niech mnie otoczą wspomnienia, pomyślała.
…To wcale nie było wyraźne wspomnienie jakiegoś szczególnego wydarzenia, raczej coś w rodzaju mieszaniny zdarzeń: Frank Chalmers, wściekle coś potępiający, naśmiewający się lub wybuchający gniewem. Michel miał rację: Frank był gniewnym mężczyzną. Ale jednak charakteryzował się nie tylko gniewem. Maja wiedziała o tym lepiej niż ktokolwiek inny, ponieważ (chyba) widywała go w chwilach spokoju, a jeśli nie w chwilach spokoju — może nigdy nie widziała go spokojnego — przynajmniej w momentach szczęścia. Albo czegoś w tym rodzaju. Widziała, jak jej się obawiał, jak jej pragnął, widziała go zakochanego w niej: widziała to wszystko. Jednak… krzyczał też na nią wściekły za jakąś małą zdradę, a może w ogóle bez powodu… To oczywiście również widywała. Ponieważ ją kochał.
Ale jaki był, jaki był naprawdę? A może raczej: dlaczego był taki, jaki był? Czy w ogóle może istnieć wyjaśnienie, odpowiedź na pytanie, dlaczego ktoś jest taki, jaki jest? Tak niewiele wiedziała o jego życiu przed poznaniem jej: o całym jego życiu w Ameryce; było to „wcielenie” Franka, którego nie znała. Potężny, śniady mężczyzna, którego poznała na Antarktydzie — nawet tę „osobę” niemal zupełnie zapomniała, bowiem na jej wspomnienie nałożyło się to, co zdarzyło się na Aresie i na Marsie. A o tym, co się z nim działo przed Antarktydą, nie wiedziała zupełnie nic, albo prawie nic. Zaczął pracować w NASA, dzięki czemu dostał się do programu „Mars”, bez wątpienia w ten sam bezwzględny sposób, jaki charakteryzował go w latach późniejszych. Przez krótki czas był żonaty, w każdym razie Mai wydawało się, że coś takiego sobie przypomina. Jakie to było małżeństwo? Biedna kobieta. Maja uśmiechnęła się do swoich myśli. Potem jednak ponownie usłyszała w głowie ściszony głos Mariny, mówiącej: „Gdyby Frank nie zabił Johna” i poczuła ciarki na całym ciele. Popatrzyła na przenośny komputer, leżący na jej kolanach. Japońscy pasażerowie na przedzie wagonu śpiewali jakąś piosenkę — chyba biesiadną — i podawali jeden drugiemu flaszkę z trunkiem.
Krater Jarry-Deslogesa znajdował się już za nimi; pociąg pędził teraz wzdłuż północnego stożka Zapadliska lapygia, owalnego terenowego wgłębienia, które przez jakiś czas było wyraźnie widoczne. Potem znalazło się za horyzontem. Wgłębienie było gęsto pokryte kraterami, a wewnątrz każdego pierścienia rósł obecnie nieco odrębny od pozostałych ekoświat; miało się wrażenie, jak gdyby patrzyło się z góry na zdemolowaną kwiaciarnię: kosze porozrzucane wszędzie i przeważnie połamane, choć tu i ówdzie pojawiał się kosz żółtego gobelinu, różowy palimpsest lub białe, błękitne czy zielone perskie dywany…
Maja włączyła komputer i wystukała słowo „Chalmers”.