Выбрать главу

Znowu jakieś poruszenie w wagonie oderwało Maje od tekstu. Poczuła, że jej skóra jest wilgotna i zimna, a całe ciało lekko drży. Rosjanka pomyślała, że niektóre wspomnienia nigdy się nie zacierają, niezależnie od tego, jak bardzo człowiek stara sieje stłumić; nie chciała tego, ale dokładnie przypomniała sobie leżące na ulicy szkło, ułożoną na plecach w trawie ludzką postać, zmieszanie na twarzy Franka i — nieco inaczej wyrażające się — na obliczu Johna.

Maja zauważyła, że z przodu wagonu stoi kilku strażników, którzy powoli przechodzili przejściem między siedzeniami, zbliżając się do niej. Sprawdzali dowody tożsamości oraz dokumenty podróżne. Dwaj inni ustawili się z tyłu wagonu.

Stuknięciem wyłączyła komputerek. Obserwowała trzech policjantów, idących od przodu wagonika i czuła, jak serce łomocze jej w piersi. To było coś nowego; nigdy przedtem nie widziała takiej kontroli i sądząc po reakcji pasażerów, oni również nie mieli o niej pojęcia. W wagoniku zapadła cisza; wszyscy obserwowali. Ktoś w pojeździe mógł się posługiwać fałszywym dowodem tożsamości i z tego powodu w milczeniu pozostałych można się było doszukiwać swego rodzaju solidarności. Wszystkie oczy skupiły się na policji; nikt się nie rozglądał, może nie chcąc zobaczyć, jak ktoś inny blednie pod wpływem jego spojrzenia.

Trzech policjantów reagowało beznamiętnie na spojrzenia pasażerów; można było odnieść wrażenie, że sprawdzani przez nich ludzie są im równie obojętni. Żartowali między sobą, dyskutując na temat restauracji w Odessie i gwałtownie przechodzili od jednego rzędu do następnego, jak konduktorzy, dając znaki siedzącym, aby podnieśli nadgarstki i przyłożyli do małego czytnika, a następnie powierzchownie przeglądali wyniki, porównując zaledwie przez kilka sekund ludzką twarz z fotografią z identyfikatora, która pojawiała się na małym ekranie.

Podeszli właśnie do Spencera i serce Mai zaczęło bić jeszcze gwałtowniej. Jednak Spencer (o ile to był on) po prostu pewnie przyłożył dłoń do czytnika i wpatrzył się prosto przed siebie, na oparcie fotela, który znajdował się przed nim. Nagle coś w jego ręce wydało się Mai bardzo znajome i pomyślała, że mimo tych żył i plam wątrobowych są to dłonie Spencera Jacksona; nie miała najmniejszych wątpliwości. Czuła to w kościach. Mężczyzna odpowiadał teraz ściszonym głosem na pytanie. Jeden z policjantów przytrzymał na krótko czytnik głosu i wzoru siatkówki przy twarzy Spencera, a potem wszyscy zastygli w oczekiwaniu. W końcu otrzymali szybki odczyt na wyświetlaczu, a wówczas ruszyli dalej. Znajdowali się już zaledwie o dwie osoby od Mai. Nawet bogaci biznesmeni w wagoniku milczeli, na ich twarzach pojawiały się sardoniczne grymasy, rzucali sobie wymowne spojrzenia unosząc brwi, jak gdyby uważali za absurdalny sam fakt wniesienia do pociągu czytników. Nikomu się nie podobała ta kontrola; uważali ją za pomyłkę. Z owego faktu Maja czerpała otuchę. Spojrzała przez okno. Pociąg wspinał się na południowy stok Zapadliska, posuwając się po łagodnie wznoszącym się torze magnetycznym na niskich wzgórzach, z których każde następne było wyższe od poprzedniego. Jechali stale z tą samą prędkością, jak gdyby pociąg unosił się na magicznym dywanie ponad jeszcze bardziej magicznym kobiercem, przedstawiającym krajobraz millefleur.

Kontrolerzy stanęli przed Mają. Najbliższy jej fotela mężczyzna miał nałożony w talii, na rdzawy mundurowy kombinezon, pas, z którego zwisało wiele różnych przyrządów, łącznie z pistoletem ogłuszającym.

— Identyfikator naręczny, proszę.

Mężczyzna nosił plakietkę z nazwiskiem, fotografią, dozymetrem i napisem: „Zarząd Tymczasowy Organizacji Narodów Zjednoczonych”. Był emigrantem o pociągłej twarzy; miał może ze dwadzieścia pięć lat, choć jego młody wiek łatwiej było odgadnąć ze zdjęcia, niż z samej twarzy, która wyrażała zmęczenie. Odwrócił się właśnie i powiedział do stojącej za nim kobiety-funkcjonariuszki:

— Lubię cielęcinę z parmezanem, którą tutaj przyrządzają.

Dotyk czytnika na nadgarstku Mai był ciepły. Funkcjonariuszka obserwowała Rosjankę uważnie, ale Maja zignorowała spojrzenie i zapatrzyła się na nadgarstek, żałując, że nie ma broni. Potem spojrzała w oko czytnika głosu i wzoru siatkówki.

— Jaki jest cel pani podróży? — spytał młody mężczyzna.

— Odessa.

Przez moment trwało milczenie.

Potem rozległ się wysoki pisk.

— Przyjemnego pobytu.

Odeszli.

Maja próbowała wyrównać i uspokoić oddech. Czytniki nadgarstków mierzyły tętno i jeśli komuś zaczynało bić w tempie mniej więcej ponad sto dziesięć uderzeń na sekundę, czytnik zawiadamiał o tym fakcie aplikator; w tym sensie urządzenie to pełniło więc również funkcję prostego wykrywacza kłamstw. Najwidoczniej jednak jej tętnu udało się nie przekroczyć wyznaczonej granicy. Ale przecież mój głos, mój wzór siatkówki, pomyślała z lękiem Maja, przecież one nigdy nie zostały zmienione. Szwajcarski system przyznawania paszportów musi był naprawdę potężny, skoro potrafi zamaskować wcześniejsze dane osoby sprawdzanej, przynajmniej w tym systemie zabezpieczeń. Czy zrobili to Szwajcarzy? A może sabishiiańczycy, Kojot, Sax albo jakaś siła, o której istnieniu Maja nie miała nawet pojęcia? Czyżby naprawdę udało jej się przejść bezproblemowo przez kontrolę? A może dali spokój, aby móc ją później śledzić? Może chcą, aby ich doprowadziła do innych poszukiwanych osób z pierwszej setki? Wydawało się to tak samo prawdopodobne, jak pomysł, że potrafili opanować duże banki danych — tak samo prawdopodobne, a może nawet bardziej.

Jakkolwiek było, Maję na razie pozostawiono w spokoju. Kontrolerzy odeszli. Jej palec zastukał w mikrokomputer i mimowolnie przypomniała sobie, o czym czytała przed pojawieniem się policji. Michel miał rację: rzeczywiście czuła się wytrzymała i mocna, rzeczywiście miała siły, by przebijać się ponownie przez tę całą sprawę. By przeglądać teorie na temat śmierci Johna Boone’a. Został zabity, a teraz ją sprawdzała policja podczas podróży po powierzchni Marsa zwykłym pociągiem. Trudno było nie zauważyć, że musiał istnieć jakiś związek tych dwóch faktów, jakiś rodzaj związku przyczynowo-skutkowego. Trudno było nie pomyśleć, że gdyby John żył, tego typu sytuacje nie miałyby na Marsie miejsca.

Wszystkie ważne osobistości przebywające tej nocy w Nikozji oskarżano o związek z morderstwem. Russella i Hoyle stawiały w gronie podejrzanych ostre różnice w poglądach na politykę „Naszego Marsa”, Tojtownę — kłótnia kochanków, a rozmaite mieszkające w mieście grupy etniczne czy państwowe — polityczne spory, rzeczywiste lub urojone. Oczywiście, najwięcej podejrzeń przez wszystkie lata, które upłynęły od morderstwa, padało na osobę Franka Chalmersa. Chociaż widziano go z Tojtowną w chwili napaści (co według niektórych teorii każe oskarżać Tojtownę o współudział lub nazywać ją wręcz współkonspiratorką), jego kontakty z Egipcjanami i Saudyjczykami w Nikozji tej nocy oraz zadawniony konflikt z Boonem sprawiają, co nieuniknione, że Chalmersa utożsamia się często z „podstawowym motywem”, dla którego zamordowany został Boone. Niewiele osób, jeśli są w ogóle takie, zaprzecza, że Selim el-Hayil był przywódcą trzyosobowej grupy Arabów, do czego przyznali się oni tuż przed swoim samobójstwem (być może również zostali zamordowani). Jednak fakt ten czyni Chalmersa jeszcze bardziej podejrzanym, ponieważ wiadomo, iż był on znajomym el-Hayila. Rozmaite ulotki i inne tego typu publikacje twierdzą rzekomo, iż w Nikozji tamtej nocy znajdował się „pasażer na gapę”, który widział Chalmersa i el-Hayila pogrążonych w rozmowie. Ponieważ jednak „pasażer na gapę” jest mitem, za pomocą którego niektórzy ludzie określają anonimowego, zwykłego mieszkańca Marsa, istnieje możliwość, że ta metafora jest tylko kamuflażem dla osób, które nie chciały się ujawnić jako świadkowie.