Выбрать главу

Maja kuknięciem przeskoczyła na koniec tekstu.

El-Hayil znajdował się w ostatnim stadium śmiertelnych paroksyzmów, kiedy wszedł do hotelu zamieszkiwanego przez Egipcjan i przyznał się do zamordowania Boone’a, utrzymując, że on sam jest wprawdzie przywódcą, jednak pomagali mu w akcji Rashid Abou i Buland Besseisso z ahadyjskiego skrzydła Braterstwa Muzułmańskiego. Ciała Abou i Besseissa znaleziono później tego popołudnia w jakimś pokoju w medynie. Zmarli, zatruci koagulatorami, które zaaplikowali sobie sami lub podali jeden drugiemu.

Prawdziwi mordercy Boone’a byli więc martwi. Jednakże powodu, dla którego go zabili i kto mógł z nimi współpracować w przygotowaniu akcji, nigdy nie poznamy. Nie pierwszy raz zaistniała taka sytuacja, i nie ostatni, ponieważ im dłużej szukamy, tym więcej pojawia się znaków zapytania.

Gdy Maja przeglądała przypisy do artykułu, wstrząsnął nią fakt, jak wiele materiałów napisano na temat śmierci Boone’a. Dyskutowali tę kwestię historycy, uczeni przeróżnych dziedzin i wszelkich maści spiskowcy. Wyłączyła komputer, odwróciła twarz w kierunku podwójnego okna, po czym zacisnęła powieki, próbując przywołać w pamięci wizerunek Franka, a także Boone’a: takich, jakimi ich znała. Przez ostatnie lata starała się nie myśleć o Johnie, ból wspomnienia był bowiem zbyt wielki; a z jakiegoś powodu nie chciała wcześniej myśleć również o Franku. Natomiast teraz zapragnęła, by wrócili. Ból stał się już tylko widmem bólu, ale potrzebowała ich powrotu, dla własnego dobra. Ponieważ musiała poznać prawdę.

Mityczny pasażer na gapę… Zacisnęła zęby, czując przypomnienie tego nieważkiego halucynacyjnego strachu, którego doświadczyła, gdy zobaczyła go po raz pierwszy: brązowa, osobliwie zniekształcona twarz i wielkie, wyolbrzymione przez szkło oczy… Czy rzeczywiście coś wiedział? Czy naprawdę był wówczas w Nikozji? Desmond Hawkins, pasażer na gapę, Kojot… Był dziwnym człowiekiem. Nigdy nie potrafiła z nim normalnie rozmawiać. Trudno powiedzieć, czy udałoby jej się teraz, gdy tak bardzo tego potrzebowała; szczerze w to wątpiła.

„Co się dzieje?” — spytała wtedy Franka, gdy usłyszeli odgłosy desperackich krzyków.

Szybkie wzruszenie ramion, odwrócony wzrok. „Coś, co się robi pod wpływem impulsu”. Gdzie wcześniej słyszała te słowa? Frank odwrócił wzrok, kiedy to powiedział, jak gdyby nie mógł znieść jej spojrzenia. Jak gdyby powiedział jej zbyt wiele.

Górskie pasma, które otaczały basen Hellas, najszersze były na zachodnim półksiężycu zwanym Hellespontus Monies. Ze wszystkich marsjańskich pasm to właśnie najbardziej przypominało ziemskie góry. Na północy, w miejscu, gdzie tor magnetyczny z Sabishii i Burroughs wcinał się w basen, pasmo było węższe i niższe, a powierzchnia — nawet nie tyle z powodu górzystości terenu, a raczej z powodu nieregularnego uskoku do dna basenu — pozornie cisnęła się na północ w płytkich koncentrycznych falach. Tor magnetyczny schodził zboczem pagórka i często zdarzały się tu ostre, gwałtowne zakosy na długich pochyłościach wciętych w stoki skalnych fal, z których każda następna była niższa od poprzedniej. Na tych zakrętach pociąg znacznie zwalniał i raz za razem przez całe minuty za oknem Mai trwał widok albo fali z obnażonego bazaltu, po której zjeżdżali, albo dużego obszaru północno-zachodniego Hellas, ciągle jeszcze oddalonego od toru o trzy tysiące metrów w dół.

Hellas było szeroką, płaską równiną, na pierwszym planie w kolorach ochry, oliwki i khaki. Dalej na horyzoncie zmieniało się w brudną mieszaninę połyskującej jak potłuczone lustro bieli; był to lodowiec nad Low Point, nadal w większości zamarznięty, choć z każdym rokiem coraz bardziej tajał. Na jego powierzchni znajdowały się stopione stawy, natomiast daleko poniżej — głębsze wodne złoża soczewkowate, w których obficie pieniło się życie i które od czasu do czasu przełamywały się na powierzchnię lodu albo nawet na przyległe tereny, jako że ten płat lodu rósł niezwykle szybko. Na dno basenu wypompowywano wodę z warstw wodonośnych, znajdujących się pod otaczającymi górami. Głęboka depresja w północno-zachodniej części basenu, gdzie znajdowało się Low Point i mohol, stanowiła centrum tego nowego morza, które miało ponad tysiąc kilometrów długości i, w najszerszym punkcie — właśnie nad Low Point — trzysta kilometrów szerokości. A poza tym usytuowane zostało w najniższym punkcie na Marsie. Bardzo obiecująca sytuacja, jak twierdziła Maja już od chwili wylądowania na planecie.

Miasto Odessa zostało założone dość wysoko na północnym zboczu basenu, na wysokości jednego kilometra ponad miejscem, gdzie zamierzano ustabilizować ostateczny poziom morza. Tym sposobem miasto stało się portem czekającym na wodę i ze względu na to oczekiwanie, jego południową krawędź stanowił długi chodnik z desek, zwany też gzymsem: szeroka trawiasta esplanada, która biegła do wnętrza namiotu, zabezpieczonego na krawędzi wysokiej tamy, znajdującej się obecnie ponad nagą ziemią. Kiedy pociąg zbliżał się do Odessy, obserwatorzy, widząc tamę, mieli wrażenie, że leży przed nimi tylko pół miasta, że jego południowa część oderwała się i zniknęła.

Wreszcie pociąg wjechał na peron miejskiej stacji kolejowej i widok zniknął, jakby odcięty. Pociąg zatrzymał się, a wówczas Maja zdjęła torbę i wyszła z wagonu, podążając za Spencerem. Nie patrzyli na siebie, ale gdy tylko wydostali się ze stacji, podobnie jak wiele innych osób poszli na przystanek tramwajowy, gdzie wsiedli do małego błękitnego tramwaju, który jeździł za gzymsowym parkiem, sąsiadującym z tamą. W pobliżu zachodniego końca miasta oboje wysiedli na tym samym przystanku.

Za otwartym rynkiem ocienionym platanami, znajdował się trzykondygnacyjny kompleks mieszkalny wewnątrz otoczonego murem dziedzińca; boczne ściany obrastały rzędy młodych cyprysów. Każde kolejne piętro budynku było nieco cofnięte w stosunku do poprzedniego, toteż na dwóch wyższych poziomach znajdowały się balkony, na których stały drzewka w donicach; z balustrad zwisały skrzynki z kwiatami. Kiedy Maja wspinała się po schodkach ku bramie dziedzińca, uznała, że architektura budynku przypomina jej spalone arkady Nadii; tyle że tu, na górze, z powodu pobielonych ścian i błękitnych żaluzji, oświetlona późnopopołudniowym słońcem wiszącym za rynkiem budowla wyglądała jak znad Morza Śródziemnego lub Czarnego; całość była także nieco podobna do pewnych ekskluzywnych nadbrzeżnych bloków mieszkalnych w ziemskiej Odessie. Przy bramie Maja odwróciła się, aby spojrzeć za siebie ponad rynkowymi platanami; słońce tkwiło nad górami Hellespontus i kierowało się coraz bardziej na zachód, ku odległej lodowej krainie. Odblaski światła słonecznego połyskiwały barwą tak żółtą, jak masło.