Выбрать главу

Następnie Diana opisała kolejną zasadę uderzenia, która wyzwoliła u Mai wolne skojarzenia w postaci analogii do ludzkiej historii: im większy meteoryt, tym mniejsza jego ilość pozostawała po kolizji. W ten sposób podczas naprawdę kataklizmowego uderzenia wyparowywały niemal wszystkie fragmenty meteorytu; chociaż, na przykład, pod Kraterem Gledhilla znaleziono mały bolid grawitacyjny, który niektórzy areologowie uważali za — prawie na pewno — zagrzebaną pozostałość pierwotnej planetezymali, stanowiącą jej może jedną dziesięciotysięczną część albo nawet mniej. Niektórzy utrzymywali, że gdyby pofatygowano się wykopać ten fragment, dostarczyłby on całego żelaza i niklu, jakiego mogliby kiedykolwiek potrzebować mieszkańcy planety.

— Czy taka operacja jest w ogóle możliwa do przeprowadzenia? — spytała Maja.

— Raczej nie. Łatwiej i taniej jest eksploatować asteroidy.

I to właśnie robimy, pomyślała ponuro Maja. Tak brzmiały też obecnie więzienne wyroki, teraz, gdy władzę sprawował ZT ONZ: kilka lat na pasie asteroidowym, spędzanych na obsłudze bardzo specjalistycznych statków wydobywczych i maszyn automatycznych. Zarząd Tymczasowy uważał tę karę za skuteczną. Cieszyły go także więzienia, które znajdowały się daleko, a równocześnie przynosiły zyski.

Jednak Diana ciągle myślała o straszliwych narodzinach basenu. Uderzenie meteorytu miało miejsce mniej więcej trzy i pół miliarda lat temu, kiedy litosfera planety była cieńsza, a wnętrze gorętsze. Siły wyzwolone przez uderzenie były trudne do wyobrażenia: całkowita energia stworzona przez ludzkość w ciągu całej historii była niczym w porównaniu z ową mocą. Z tego też powodu późniejsza aktywność wulkaniczna była tu naprawdę znaczna. Okolice Hellas pokrywała wielka liczba starożytnych wulkanów, które powstały tuż po uderzeniu meteorytu, łącznie z Australis Tholus na południowym zachodzie, Amphitrades Patera na południu oraz Hadriaca Patera i Tyrrhena Patera na północnym wschodzie. Uważano, że blisko wszystkich tych regionów wulkanicznych powinny się znajdować formacje wodonośne z płynną wodą.

Dwie z tych formacji wybuchły w zamierzchłych czasach, wylewając swą zawartość na powierzchnię i pozostawiając na wschodnim zboczu basenu dwie charakterystyczne, faliste, wyżłobione przez wodę doliny: Dao Vallis, powstałą na pofałdowanych zboczach Hadriaca Patera oraz — oddaloną bardziej na południe — parę połączonych dolin, znaną jako system Harmakhisa-Reulla, system, który ciągnął się przez tysiąc kilometrów. Od czasu wybuchów, przez miliony lat, formacje wodonośne pod dnami dolin ponownie zapełniły się wodą. Załogi budowlane zdążyły już pokryć namiotem Dao, a obecnie pracowały nad Harmakhisem-Reullem i wyzwalały z formacji wodonośnych wodę, która długimi zamkniętymi kanionami spływała do ujść na dnie basenu. Maję niezwykle interesowały te duże nowe obszary, dodawane do istniejącej już powierzchni, przystosowanej do ludzkiego bytowania, toteż Diana, która znała je dobrze, postanowiła ją zabrać w odwiedziny do swoich przyjaciół w Dao.

Pociąg, którym jechały, przez cały pierwszy dzień posuwał się wzdłuż północnego stożka Hellas; niemal bez przerwy w polu widzenia dwóch kobiet znajdował się lód na dnie basenu. Minęły Sewastopol — małe miasto na stoku, którego skalne ściany przybrały tego popołudnia odcień florenckiej żółci — a następnie dotarły do Piekielnych Wrót: miasta leżącego na najniższym końcu Dao Vallis.

Maja i Diana wysiadły z pociągu na stacji kolejowej Piekielnych Wrót późnym popołudniem i spojrzały z góry na to nowo powstałe miasto namiotowe, ulokowane pod ogromnym wiszącym mostem. Na moście znajdował się kolejowy tor magnetyczny, łączący stoki Dao Vallis do samego wylotu kanionu. Kolumny mostu ciągnęły się przez ponad dziesięć kilometrów. Ze stożka kanionu przy moście, w miejscu, gdzie znajdowała się stacja kolejowa, można było dostrzec rozszerzającą się gardziel kanionu na dnie basenu, rozciągającego się pod witrażem dziwacznych, zabarwionych słońcem chmur. Spojrzawszy w inną stronę, obserwator mógł dostrzec urwisty, wąski świat właściwego kanionu. Gdy kobiety szły schodkową krętą ulicą do centrum, nowy namiot nad kanionem widoczny był tylko jako jakaś mgiełka w odcieniu czerwieni wieczornego nieba; czerwień ta była rezultatem rozproszonych drobin miału, leżących na powłoce namiotu.

— Jutro wejdziemy drogą na szlak stożkowy — powiedziała Diana — i rozejrzymy się. Później wrócimy na dno kanionu, żebyś mogła zobaczyć, jak jest tam, na dole.

Zeszły deptakiem, który składał się z siedmiuset ponumerowanych stopni. Pochodziły po śródmieściu Piekielnych Wrót, zjadły kolację, po czym wróciły na górę, do biurowca Głębokich Wód, znajdującego się na dolinowej ścianie tuż pod mostem. Zatrzymały się tam w przydzielonych im pokojach, a następnego ranka poszły do garażu obok stacji kolejowej, gdzie wynajęły mały, należący do ich przedsiębiorstwa, rover.

Diana zasiadła za kierownicą i ruszyła na północny wschód, równoległą do stożka kanionu drogą, która biegła tuż przy solidnym betonowym fundamencie, pokrywającego kanion namiotu. Mimo że jego materiał był przezroczysty aż do miejsca, w którym znikał z pola widzenia, ogromny rozmiar dachu sprawiał, że potrzeba było sporego obciążenia, aby zakotwiczyć namiot. Dlatego też betonowa masa fundamentu blokowała widok samego kanionu. Z tego właśnie powodu — zanim pojazd dotarł do pierwszego punktu widokowego — Maja od wyjazdu z Piekielnych Wrót nie widziała niczego.

W punkcie widokowym Diana podjechała do małego parkingu na szerokim fundamencie i tam zaparkowała. Potem obie kobiety nałożyły hełmy, wysiadły z rovera i ruszyły w górę drewnianymi schodami, które wydawały się stać w powietrzu i wspinać się aż do samego nieba, chociaż bliższy ogląd ujawnił najpierw przezroczystą aerożelową belkę, wspierającą schody, a następnie warstwy namiotu, rozciągające się od tejże belki do innych, które pozostawały niewidoczne. Na szczycie schodów znajdował się mały ogrodzony taras widokowy, z którego można było dostrzec kanion na wiele kilometrów, zarówno w górę, jak i w dół strumienia.

Strumień zaś płynął tam naprawdę, natomiast na dnie Dao Vallis znajdowała się prawdziwa rzeka. Dno kanionu upstrzone było zielenią, czy też — mówiąc bardziej precyzyjnie — kępami zieleni. Wśród roślin Maja zauważyła tamaryszek, topolę amerykańską, osikę, cyprys, jawor, skarłowaciały dąb, śnieżny bambus oraz bylicę, a dalej, na stromej skarpie i zboczach głazów narzutowych leżących pod ścianami kanionu: wiele odmian krzewów i niskich pnączy oraz oczywiście turzyce, mchy i porosty. A przez tę przebogatą roślinną szkółkę płynęła rzeka.

Nie był to jednak błękitny strumień z białymi bystrzynami. W jego wolniejszych odcinkach woda płynęła mętna i miała barwę rdzy, natomiast na bystrzynach i w wodospadach pieniła się jaskrawymi odcieniami różu. Klasyczne marsjańskie barwy, spowodowane, jak wyjaśniła Diana, obecnością drobin miału, tkwiących w wodzie jak lodowcowy szlam, a także odbijającym się kolorem nieba, które tego dnia było barwy czegoś w rodzaju mglistego fiołkowego różu, przechodzącego w odcień lawendowy wokół zamglonego słońca, żółtego niczym tęczówka oka tygrysa.