Выбрать главу

Niezależnie jednak od koloru wody była to rzeka płynąca — z całą pewnością — w rzecznej dolinie, spokojna w pewnych miejscach, gwałtowniejsza w innych, rzeka ze żwirowymi brodami, ławicami piasku, krętymi odcinkami, sypkimi wyspami żebrowymi, dużym leniwym łukiem, częstymi bystrzynami i — daleko w górze — dwoma małymi wodospadami. Pod wyższym z nich można było dostrzec, jak różowa piana staje się niemal zupełnie biała, a potem te zagony bieli woda niosła w dół, zahaczając o sterczące z brzegu głazy eratyczne i karpy.

— Rzeka Dao — oświadczyła Diana. — Przez ludzi mieszkających w dole nazywana również Rzeką Rubinową.

— Dużo ich tam jest?

— Kilka tysięcy. Większość mieszka dość blisko Piekielnych Wrót. W górze rzeki znajdują się rodzinne gospodarstwa rolne i tym podobne zabudowania. No, a dalej, w kanionie jest oczywiście stacja wodna formacji, gdzie pracuje kilkuset spośród mieszkańców.

— To chyba jedna z największych formacji wodonośnych?

— Tak. Ma około trzech milionów metrów sześciennych wody. Wypompowujemy ją więc zgodnie z natężeniem przepływu… Hm, zresztą sama zobaczysz. Około stu tysięcy metrów sześciennych rocznie.

— Wobec czego za trzydzieści lat nie będzie już rzeki?

— Właśnie. Chociaż można by wypompować rurą trochę wody z powrotem w górę i tam ponownie ją uwolnić. Tyle że, kto wie… gdyby atmosfera stała się wystarczająco wilgotna, zbocza Hadriaca Patera mogłyby zbierać na tyle dużą warstwę śniegową, by posłużyła za wododział. Wówczas rzeka mogłaby się zmieniać wraz z porami roku, tak jak to zwykle się dzieje z rzekami, prawda?

Maja spojrzała w dół na krajobraz, który bardzo jej przypominał jakiś widok z młodości, jakąś rzekę… górny bieg Rioni w Gruzji? Kolorado, widzianą pewnego razu podczas wizyty w Stanach? Nie mogła sobie przypomnieć. Takie niewyraźne jest całe to moje życie, pomyślała.

— Rzeczywiście piękne — powiedziała. — I takie… — Potrząsnęła głową. Widok naprawdę miał w sobie coś, co z pewnością już kiedyś widziała (chociaż nie pamiętała miejsca), jak gdyby trwał gdzieś poza czasem; proroczy rzut oka w odległą przyszłość.

— Słuchaj, pojedźmy tą drogą trochę dalej w górę i zobaczmy Hadriaca Patera.

Maja skinęła głową, więc wróciły do pojazdu. Raz czy dwa, gdy jechały w górę wzgórza, droga wzniosła się na tyle wysoko ponad fundament, iż można było spojrzeć na dno kanionu i Maja dostrzegła, że mała rzeka nadal wcina się w skały i roślinność. Jednak Diana nie zatrzymywała pojazdu, a Maja nie zauważyła żadnego śladu kolonii.

Przy górnym końcu pokrytego namiotem kanionu znajdował się duży betonowy blok elektrowni, mieszczący w sobie aparaturę do wymiany gazowej oraz stację pomp. Na pochyłym stoku na północ od stacji stał las wiatraków: duże krzyżaki na wysokich słupach, wszystkie zwrócone w kierunku zachodnim; powoli się obracały. Ponad ich rzędem wznosił się szeroki, dość niski stożek Hadriaca Patera, wulkanu, którego stoki były niezwykle zryte gęstą, poprzecinaną siecią kanałów magmowych; późniejsze rowy krzyżowały się na wcześniejszych. Wszystkie wypełniała teraz zimowa warstwa śniegu. Natomiast między nimi znajdowała się obnażona czarna skała — tam śnieg całkowicie rozpraszały silne wiatry, towarzyszące burzom śnieżnym. Rezultatem był potężny czarny stożek, l sterczący prosto w sine niebo, przyozdobiony setkami splątanych białych wstążek.

— Bardzo piękny — zauważyła Maja. — Można go zobaczyć z dna kanionu?

— Nie. Jednak wielu mieszkańców przy tym końcu i tak pracuje na stożku, w elektrowni albo w stacji pomp. Tak że widzą go codziennie.

— Ci osadnicy… kim są?

— Pojedziemy się z nimi spotkać, to sama zobaczysz — odparła Diana. Maja skinęła głową. Podobało jej zachowanie Diany, stale przywodzące na myśl jakąś cząstkę Ann. Mai sanseii yonsei wydawali się bardzo dziwni, ale Diana o wiele mniej niż większość z nich — była może trochę zbyt tajemnicza — chociaż, w porównaniu ze swoimi bardziej egzotycznymi rówieśnikami albo dziećmi z Zygoty, bardzo przyjemnie zwyczajna.

W czasie gdy Maja obserwowała Dianę, rozmyślając nad tą sprawą, młoda kobieta skierowała rover do kanionu, w dół stromej drogi, która leżała ponad gigantycznym starożytnym zboczem osypiskowym w pobliżu szczytu Dao. Miał tu miejsce pierwotny wybuch formacji wodonośnej, ale teraz w tym punkcie znajdował się jedynie bardzo mały teren chaotyczny — ogromne pochyłe skarpy, niezmiennie ułożone pod kątem stoku naturalnego.

Samo dno kanionu było zupełnie płaskie i nie popękane. Wkrótce zjechały na nie, na drogę z opryskanego utrwalaczem regolitu. Tam, gdzie było można, umiejscowiono szlak przy strumieniu. Po około godzinnej jeździe rover minął zieloną łąkę, wtuloną w leniwy zakręt łuku rzeki. W środku tej łączki, w grupce pinii i osik, kuliło się skupisko niskich, pokrytych gontami dachów. Z samotnego komina unosił się nikły dym.

Maja popatrzyła na osadę (zagroda, pastwisko, ogród warzywny, stodoła, ule), zdumiewając się jej pięknem, archaiczną wystarczalnością, pozornym oderwaniem od wszystkiego, co realne: od historii i od czasu. Mezokosmos. W jaki sposób mieszkańcy tych małych budowli myśleli o Marsie, o Ziemi i o kłopotach obu planet? Po co mieliby się tym wszystkim przejmować?

Diana zatrzymała pojazd. Z osady wyszło kilka osób i ruszyły przez łąkę, pragnąc zobaczyć, kim są przybyli goście. Ciśnienie powietrza pod namiotem wynosiło pięćset milibarów, co pomagało utrzymać ciężar namiotu, jako że atmosfera na otwartej powierzchni osiągała obecnie przeciętnie jedynie około dwustu pięćdziesięciu milibarów. Dlatego też Maja wpadła w śluzę powietrzną pojazdu i wyszła z niej bez hełmu na głowie; czuła się nie ubrana i było jej jakoś nieswojo.

Wszyscy osadnicy byli młodymi tubylcami. Większość z nich przyjechała tu w ostatnich kilku latach z Burroughs i Elysium. Jak twierdzili, w dolinie mieszkali również Ziemianie — nie było ich wielu, jednak zgodnie z programem Praxis przysyłano tu grupki z mniejszych państw, a więc ostatnio powitano w dolinie kilku Szwajcarów, Greków oraz Indian Nawaho. A na samym dole, w pobliżu Piekielnych Wrót, znajdowała się także kolonia rosyjska. Z tego powodu można tu było usłyszeć rozmaite języki, chociaż lingua franca pozostawał angielski; był to również główny język niemal wszystkich marsjańskich tubylców. Tyle że tutejsi osadnicy mówili w tym języku z osobliwym akcentem, jakiego Maja nigdy przedtem nie słyszała i popełniali zastanawiające błędy gramatyczne — dziwne przynajmniej dla jej ucha. Na przykład prawie każdy następny czasownik w zdaniu stosowali w czasie teraźniejszym.

— Pojechaliśmy w dół strumienia i widzimy jakichś Szwajcarów, jak pracują nad rzeką. Utrwalają brzegi w pewnych miejscach, sadzą rośliny lub obkładają kamieniami. Twierdzą, że w kilka lat koryto strumienia wystarczająco się spłucze, aby oczyścić wodę.

— Nadal będzie miało barwę skalnych ścian i nieba — stwierdziła Maja.

— No tak, oczywiście. Jednak przezroczysta woda wygląda jakoś lepiej niż zamulona.

— Skąd wiecie? — spytała Maja.

Marszczyli brwi, zastanawiając się nad jej słowami.

— No… tak wygląda, gdy naleje jej się na dłoń, prawda?

Maja uśmiechnęła się.

— Cudownie, że macie aż tyle miejsca. Niewiarygodne, jak duże przestrzenie można obecnie zadaszać.

Wzruszyli ramionami, jak gdyby nie myśleli o tym w ten sposób. Po chwili ktoś powiedział: