— Cokolwiek pan rozkaże — oświadczył Sam, za co otrzymał ostrą wzrokową reprymendę od Forta.
Następnego ranka było słonecznie i ciepło, więc Fort zdecydował, iż nie można marnować pięknego dnia, siedząc w pomieszczeniu. Wrócili na plażę i usadowili się pod dużym baldachimem, w pobliżu wczorajszego ogniska, wśród chłodziarek i hamaków rozwieszonych między żerdziami baldachimu. Ocean miał głęboką barwę jaskrawego błękitu, fale były małe, ale szybkie, toteż gęsto było na nich od surferów, ubranych w piankowe stroje nurków. Fort siedział na jednym z hamaków i prowadził wykład na temat egoizmu i altruizmu, przedstawiając przykłady z ekonomii, socjobiologii i bioetyki. W swoim wywodzie doszedł do wniosku, że w gruncie rzeczy nie istnieje coś takiego jak altruizm. Że to tylko egoizm na dłuższą metę, egoizm, który zna prawdziwe koszty egzystencji i stara się je spłacać, aby nie dopuścić do nagromadzenia się długoterminowych długów. Jest to więc w gruncie rzeczy naprawdę rozsądna procedura ekonomiczna, mówił, zwłaszcza jeśli sieją właściwie skieruje i zastosuje.
Następnie usiłował udowodnić swoją teorię za pomocą zaplanowanych na ten dzień gier „egoistyczno-altruistycznych”, takich jak „Dylemat więźnia” czy „Tragedia ludu”.
Nazajutrz znowu spotkali się w obozie surferów, a po zawiłej rozmowie na temat dobrowolnej prostoty, zagrali w grę nazywaną przez Forta „Marek Aureliusz”. Art świetnie się bawił tą grą, tak zresztą jak wszystkimi poprzednimi i — jak we wszystkich innych — był w niej dobry. Jednak każdego kolejnego dnia jego notatki komputerowe stawały się coraz krótsze; tego dnia ograniczały się zaledwie do kilku stwierdzeń: „Konsumpcja — apetyt — sztuczne potrzeby — prawdziwe potrzeby — prawdziwe koszty — łóżka ze słomy! Wpływ środowiska = populacja x apetyt x skuteczność — w tropikach lodówka to nie luksus — wspólne lodówki społeczne — zimne domy — sir Thomas More”.
Wieczorem uczestnicy konferencji sami spożywali posiłek i wiedli jałową dyskusję.
— Przypuszczam, że to miejsce jest przykładem czegoś w rodzaju dobrowolnej prostoty — zauważył Art.
— Czy bierzesz pod uwagę także młodych stypendystów? — spytał Max.
— Nie zauważyłem, żeby Nieśmiertelni specjalnie często z nimi przebywali.
— Po prostu lubią patrzeć — odparł Sam. — Kiedy jest się tak starym…
— Zastanawiam się, jak długo Fort zamierza nas u siebie zatrzymać — wtrącił Max. — Jesteśmy tu tydzień i to się już robi nudne.
— Mnie się właściwie podoba — wtrąciła Elizabeth. — Czysty relaks.
Art całkowicie się z nią zgodził.
Wstawał tu wcześnie — jeden ze stypendystów anonsował każdy świt, uderzając w drewniany kloc dużym drewnianym młotkiem, najpierw powoli, potem coraz szybciej. Dźwięki te codziennie wyrywały Arta ze snu: „stuk”… „stuk”… „stuk”… „stuk”, „stuk”, „stuk”, „stuuuuk”, „stuuuuk”. Wstawał więc i wychodził w szary, mokry poranek, pełen śpiewu ptaków. Zawsze towarzyszył mu szum fal i Art słysząc ich odgłos miał wrażenie, jak gdyby przymocowano mu do uszu duże, choć niewidoczne muszle. Kiedy przechodził dróżką przez farmę, zawsze widywał tam kilku spośród „Osiemnastki Nieśmiertelnych”, którzy bez końca gawędzili, a równocześnie kopali gracami, przycinali nożycami krzewy lub po prostu siedzieli pod dużym dębem i wpatrywali się w ocean. Często przebywał wśród nich Fort. Art mógł tak wędrować przez pozostałą do śniadania godzinę, świadom, że resztę dnia spędzi w ciepłym pomieszczeniu lub na ciepłej plaży, pogrążony w rozmowie i zabawie w kolejne gry. Czy to rzeczywiście było takie proste? Nie miał pewności. Ale cała ta sytuacja była niewątpliwie relaksująca; nigdy nie spędzał czasu w taki sposób.
Oczywiście, pobyt nad oceanem nie ograniczał się jedynie do rozmowy i zabawy. To był, jak ciągle przypominali reszcie grupy Sam i Max, rodzaj testu. Całą siódemkę non stop obserwowano i oceniano. Przyglądał im się stary człowiek, zapewne również „Osiemnastka Nieśmiertelnych”, a może także stypendyści — „terminatorzy”, których Art w miarę upływu czasu zaczął uważać za naprawdę poważną siłę. Młode, ambitne bystrzaki. Pozornie wykonywali w osiedlu wiele codziennych, zwykłych prac, a jednocześnie z pewnością byli dość mocno związani z Praxis, może nawet z jej przywódcami — konsultując się z „Osiemnastką” lub nie. Słuchając chaotycznych wywodów Forta, Art rozumiał, że — gdy dojdzie do kwestii praktycznych — ktoś może zechcieć pominąć starca. A rozmowy podczas sprzątania i zmywania czasami prowadzone były tonem dorastającego rodzeństwa, sprzeczającego się w kwestiii sposobu radzenia sobie, z uznanymi za niezdolnych już do niczego, rodzicami…
Tak czy owak, był to z pewnością test. Pewnej nocy Art udał się do kuchni, aby wypić przed snem szklankę mleka i po drodze minął mały pokoik przy jadalni, gdzie sporo osób, starych i młodych, oglądało kasetę wideo z porannej sesji jego grupy z Fortem. Szybko wycofał się do swojego pokoju, pełen niespokojnych myśli.
Następnego ranka Fort chodził po salce konferencyjnej w swój zwykły sposób.
— Nowe możliwości wzrostu nie trwają dłużej niż sam wzrost.
Sam i Max znacząco wymienili spojrzenia.
— Oto, do czego sprowadza się całe to myślenie o pełnym świecie. Musimy zatem rozpoznać nowe, nie rozwinięte jeszcze rynki wzrostowe i dotrzeć do nich. Teraz przypomnijmy sobie, że naturalny kapitał można podzielić na taki, który nadaje się do sprzedaży i na ten niemożliwy do zbycia. Naturalny kapitał, nie nadający się do sprzedaży, to podłoże, z którego wyrasta cały możliwy do zbycia kapitał. Biorąc pod uwagę jego wyjątkowość i korzyści, które dostarcza, ma sens ustalenie — według standardowych zasad popytu-podaży — jego ceny, jako nieskończonej. Mnie osobiście interesuje wszystko, co posiada teoretycznie nieskończoną cenę, jest to bowiem oczywista inwestycja. Inwestycja infrastrukturowa, choć na najbardziej podstawowym poziomie biofizycznym. Nazwijmy ją podinfrastrukturą lub bioinfrastukturą. I to właśnie, moim zdaniem, powinna zacząć robić Praxis… Nabywać i przekształcać wszelką bioinfrastrukturę, która wyczerpuje się poprzez likwidację. To jest inwestycja długoterminowa, ale wyniki będą naprawdę fantastyczne.
— Czy większość bioinfrastruktury nie należy do ogółu? — spytał Art.
— Tak. Co oznacza bliską współpracę z odpowiednimi rządami. Roczny produkt brutto Praxis jest większy niż RPB większości państw. To, co musimy zrobić, to znaleźć państwa z małym dochodem narodowym brutto i kiepskim WPP.
— WPP? — powtórzył Art, nie rozumiejąc o co właściwie chodzi.