Jego szefem była Japonka imieniem Claire, z wyglądu kobieta w średnim wieku i niezwykle sympatyczna, która świetnie prowadziła laboratorium. Gdy Sax zjawił się pierwszego dnia w pracy, skierowała go do pomocy zespołowi, zajmującemu się projektowaniem roślin drugiego i trzeciego pokolenia dla lodowcowych regionów północnej półkuli. Te świeżo nawodnione środowiska dawały planowaniu biologicznemu nowe ogromne możliwości, ponieważ projektujący naukowcy nie musieli już bazować tylko na gatunkach pustynnych suchorostów. Sax wiedział, że nadejdzie taka chwila już wówczas, gdy w 2061 roku dostrzegł pędzącą z rykiem powódź przez lus Chasma do Melas. A teraz, czterdzieści lat później, mógł się istotnie zajmować tym problemem.
Toteż bardzo chętnie przyłączył się do pracy. Najpierw musiał przejrzeć dane, aby się dowiedzieć, jakie gatunki zrzucono już na regiony lodowcowe. Łapczywie, jak zwykle, czytał i oglądał wideokasety, dowiadując się, że w atmosferze, która nadal była rzadka i zimna, cały nowy lód uwalniający się na powierzchni sublimował tak długo, aż obnażona powierzchnia zaczynała przypominać starą, poszarpaną koronkę o gęstym splocie. Oznaczało to, iż wszędzie znajdują się miliardy dużych i małych zagłębień, a w nich, bezpośrednio na lodzie, mogło się rozwijać życie. I tak, jednymi z pierwszych form, które zostały gęsto rozmieszczone, były glony śnieżne i lodowe. W glonach tych pomnożono cechy saturacyjne, ponieważ nawet kiedy lód zaczął się oczyszczać, nadal pokryty był solą z powodu wszechobecnych, nawiewanych stale przez wiatr drobinek miału. Te genetycznie przekształcone, tolerujące sól glony bardzo dobrze sobie radziły, rozwijając się na dziobatych powierzchniach lodowców, a czasami i bezpośrednio w lodzie. Były ciemniejsze niż lód: różowe, czerwone, czarne albo zielone, a lód pod nimi miał tendencję do topienia się, zwłaszcza podczas letnich dni, kiedy temperatura była często znacznie powyżej poziomu zamarzania. W ten sposób z lodowców zaczęły spływać małe, jednodniowe strumyki, posuwając się wzdłuż lodowych krawędzi. Te wilgotne tereny morenopodobne przypominały niektóre ziemskie regiony polarne i górskie. Już wiele M-lat temu zespoły z Biotique rozprzestrzeniały bakterie i większe rośliny z tego typu ziemskich terenów, przekształciwszy je uprzednio genetycznie, aby mogły przeżyć w tym ogromnym zasoleniu; większość tych organizmów rozwijało się pomyślnie, podobnie jak glony.
Teraz zespoły projektantów próbowały bazować na wcześniejszych sukcesach i wprowadzać kolejne grupy większych roślin, a także pewne gatunki owadów, przystosowane do egzystencji w powietrzu o wysokim stężeniu dwutlenku węgla. Biotique miało pokaźny zapas matryc roślinnych, z których czerpano sekwencje chromosomowe, a poza tym posiadało dokumentację siedemnastu M-lat doświadczeń, toteż Sax wiedział, że szybko musi nadrobić braki. W pierwszych tygodniach spędzonych w laboratorium firmy i w jej szkółce roślinnej na płaskowyżu Hunta skupił się całkowicie na nowych gatunkach roślin, nie myśląc o niczym innym. Z każdym dniem był coraz bardziej zadowolony ze swej pracy, zwłaszcza że uzyskiwał coraz szerszy obraz dotychczasowych działań.
W tym czasie, ilekroć nie czytał przy swoim biurku, nie był zajęty obserwacją próbek pod mikroskopem, wpatrywaniem się w rozmaite marsjańskie słoje w laboratoriach albo nie przebywał na górze w arboretum, musiał się zmagać z codzienną pracą udawania Stephena Lindholma, co zajmowało mu sporo czasu, choć nie było tak trudne, jak się obawiał. W laboratorium, na przykład, nie musiał robić wiele więcej niż gdyby był „tylko” Saxem Russellem. Ale pod koniec dnia pracy często podejmował świadomy wysiłek i przyłączał się do grupy, która ruszała do jednej z położonych na wysokim płaskowyżu kawiarenek, aby wypić drinka i porozmawiać — najpierw o pracy, a potem o innych sprawach.
Nawet wtedy stwierdzał, że zaskakująco łatwo jest „być” Stephenem Lindholmem, który, tak jak to sobie zaplanował wcześniej, zadawał wiele pytań i bardzo często się śmiał; musiał przyznać, że jego nowy kształt ust w jakiś sposób ułatwiał śmiech. Pytania, które zadawali inni — zwykle Claire, angielska imigrantka Jessica oraz mężczyzna z Kenii imieniem Berkina — bardzo rzadko miały jakikolwiek związek z ziemską przeszłością Lindholma. Kiedy tak się zdarzało, Sax stwierdzał, że najłatwiej było mu udzielać odpowiedzi, które zawierały w sobie minimum informacji — Desmond „przydzielił” Lindholmowi przeszłość w rodzinnym mieście Saxa: Boulder w stanie Kolorado, co było prawdziwie rozsądnym i mądrym posunięciem — a następnie kierował swą uwagę na rozmówcę, posługując się techniką pytań, którą często obserwował u Michela. Zauważył, że ludzie najwyraźniej byli szczęśliwi, gdy mogli mówić o sobie. Sax nigdy nie był milczkiem, jak na przykład Simon, toteż zawsze jakoś udawało mu się wpaść w odpowiedni rytm rozmowy, a jeśli czasem nie mówił zbyt wiele, powód tego był jasny: rozmowa interesowała go dopiero od pewnego poziomu. Krótkie pogawędki zwykle uważał po prostu za marnowanie energii, jednakże tu zabijały one czas, który bez nich mógłby być irytująco pusty; wydawały się również łagodzić poczucie osamotnienia. Poza tym musiał przyznać, że jego nowi koledzy i tak zwykle wszczynali nawet dość interesującą dyskusję na tematy zawodowe. Wówczas Sax odgrywał przydzieloną mu rolę i opowiadał o swoich spacerach po Burroughs, po czym wiele pytał na temat tego, co widział, a także o przeszłość swych towarzyszy, o Biotique, o marsjańską sytuację i tak dalej. Dla Lindholma miało to tak samo duże znaczenie jak dla Saxa.
W tych rozmowach jego koledzy, zwłaszcza Claire i Berkina, podzielali opinię Saxa, że Burroughs w jakimś sensie stawało się faktyczną stolicą Marsa, ponieważ było miejscem, gdzie ulokowały swe siedziby wszystkie największe konsorcja ponadnarodowe. A konsorcja były w chwili obecnej rzeczywistymi władcami Marsa. To właśnie one umożliwiły Grupie Jedenastu i innym bogatym, wysoko uprzemysłowionym państwom zwycięstwo albo przynajmniej przetrwanie w wojnie 2061 roku, i teraz wszystkie utworzyły jedną potężną strukturę władzy, tak że choć na Ziemi odpowiedź na pytanie: kto obecnie kontroluje tamtejszą sytuację — państwa czy superkorporacje, nie była może oczywista, tu, na Marsie, była jasna. UNOMA rozpadła się w 2061 roku niczym jedno z pokrytych kopułą marsjańskich miast, a agencja, która zajęła jej miejsce, organizacja o nazwie Zarząd Tymczasowy Organizacji Narodów Zjednoczonych, była centrum administracyjnym, którego personel stanowili członkowie kierownictwa konsorcjów ponadnarodowych i którego rozporządzenia wprowadzały w życie ich siły bezpieczeństwa.
— Narody Zjednoczone nie mają na nie naprawdę żadnego wpływu — wyjaśnił Berkina. — ONZ jest na Ziemi dokładnie tak samo martwa jak UNOMA tutaj. Nazwa tego organu stanowi właściwie tylko przykrywkę.
— W każdym razie wszyscy i tak nazywają go w skrócie Zarządem Ponadnarodowym — dodała Claire.
— Tamci widzą od razu, kto jest kto — tłumaczył Berkina. I rzeczywiście, umundurowane siły bezpieczeństwa różnych konsorcjów ponadnarodowych często widywano w Burroughs. Ich przedstawiciele nosili kombinezony robotników budowlanych, w rdzawym kolorze, a na rękach mieli opaski w różnych kolorach. Nie wyglądali szczególnie złowieszczo, niemniej jednak nietrudno było ich zauważyć.
— Ale po co? — spytał Sax. — Kogo się boją?
— Dręczy ich myśl o bogdanowistach schodzących ze wzgórz — oświadczyła Claire i roześmiała się. — To zupełny absurd.
Sax uniósł brwi i pominął milczeniem jej stwierdzenie. Był ciekaw, ale uznał temat za zbyt niebezpieczny. Skoro problem sam się już pojawił w ich rozmowie, lepiej tylko słuchać, powiedział sobie. Jednak później, gdy spacerował po mieście, baczniej obserwował tłumy, rozróżniając przechadzających się przedstawicieli sił bezpieczeństwa po identyfikatorach w postaci opasek. Zjednoczeni, Amexx, Oroco… Uznał za ciekawy fakt, że nie stworzyli jednej policji. Być może ponadnarodowcy ciągle rywalizowali ze sobą, mimo że na pozór zachowywali się jak partnerzy i z tego powodu powstały również w naturalny sposób rywalizujące ze sobą policyjne formacje. To z pewnością wyjaśniałoby także mnogość systemów identyfikacyjnych, dzięki czemu tworzyły się szczeliny, które umożliwiały działalność Desmondowi: mógł przez nie wprowadzać fałszywe tożsamości do jednego z systemów i sprawić, by informacje o nich przedostały się do innych. Był też, rzecz jasna, potrzebny ktoś, kto — jak Szwajcarzy — chętnie dawał przykrywkę ludziom wchodzącym do systemu znikąd, jak to potwierdziło osobiste doświadczenie Saxa. Bez wątpienia, pomyślał, inne państwa i konsorcja ponadnarodowe robią dokładnie to samo.