Выбрать главу

Sax musiał przyznać, że jego aktualni koledzy sądzą, iż wiedzą o Nadii bardzo wiele.

— Była przeciwna wojnie — powiedziała z przekonaniem Claire — i robiła wszystko, co mogła, aby ją powstrzymać, a potem, gdy doszło do zamieszek, podróżowała po Marsie, wszędzie naprawiając szkody. Ludzie, którzy widzieli ją na Elysium, mówili, że nigdy nie sypiała, że stale brała środki pobudzające, aby ciągle pracować. Mówią, że uratowała dziesięć tysięcy ludzkich istnień w jeden tydzień, kiedy przebywała w okolicach Południowej Fossy.

— Co się z nią stało? — spytał Sax.

— Nikt tego nie wie. Zniknęła właśnie tam.

— Skierowała się do Low Point — dopowiedział Berkina. Jeśli dostała się tam w tym samym czasie cc powódź, prawdopodobnie utonęła.

— No tak. — Sax z powagą skinął głową. — To były paskudne czasy.

— I to bardzo — dorzuciła gwałtownie Claire. — Istny kataklizm. Ówczesne wydarzenia zahamowały terraformowanie na całe dziesięciolecia, jestem tego pewna.

— A jednak wybuchy formacji wodonośnych były w pewnym sensie użyteczne — mruknął Sax.

— Tak, jednak można je było rzeczywiście zrobić, tyle że pod lepszą kontrolą.

— To prawda. — Sax wzruszył ramionami i pozwolił, by rozmowa toczyła się dalej bez jego udziału. Po spotkaniu z Phyllis nie miał ochoty jeszcze dodatkowo wdawać się w dyskusje na temat roku 2061.

Ciągle nie mógł do końca uwierzyć, że go nie rozpoznała. W przedziale pasażerskim, którym jechali, znajdowały się nad każdym oknem lśniące magnezowe tabliczki i w jednej z nich wśród twarzy jego nowych towarzyszy odbijała się mała głowa Stephena Lindholma. Łysy starzec z lekko haczykowatym nosem, który sprawiał, że znajdujące się ponad nim oczy mężczyzny wydawały się raczej zdecydowanie jastrzębie niż po prostu ptasie. Wydatne usta, mocna szczęka, podbródek — nie, z pewnością nie przypominał siebie sprzed zabiegu. Nie było powodu, by Phyllis miała go rozpoznać.

Ale przecież wygląd to nie wszystko.

Próbował nie myśleć o tym, kiedy pojazd posuwał się z szumem ku północy. Starał się skoncentrować na krajobrazie. Na kopule przedziału pasażerskiego znajdował się świetlik, a we wszystkich czterech ścianach — okna, toteż Sax miał dobry widok. Jechali w górę zbocza zachodniego Isidis, odcinka Wielkiej Skarpy, który wyglądał jak wielki wystrugany taras. Szczerbate, ciemne wzgórza Syrtis Major wznosiły się na północno-zachodnim horyzoncie, ostre jak krawędź piły. Powietrze wydawało się bardziej klarowne niż w dawnych czasach, mimo że obecnie było piętnaście razy gęstsze. Znajdowało się w nim jednakże o wiele mniej pyłu, ponieważ podczas śnieżnych burz drobiny miału opadały na powierzchnię, gdzie pozostawały, tworząc coraz grubszą skorupę. Rzecz jasna, skorupa ta często się rozpadała pod wpływem silnych wiatrów i uwięziony dotąd pył z powrotem ulatywał w powietrze, ale później powracały oczyszczające niebo burze i zmuszały drobiny miału, by ponownie opadły na ziemię.

Z tego też powodu niebo zaczęło zmieniać kolor. Nad głowami jadących miało barwę głębokiego fioletu, a ponad zachodnimi wzgórzami było białawe, przechodząc stopniowo w lawendę, a potem w jakiś pośredni kolor między lawendowym i fioletowym, którego Sax nie umiał nazwać. Oko potrafiło zauważyć różnice w częstotliwości światła rzędu zaledwie kilku długości fal, więc niektóre nazwy dla kolorów między czerwienią i błękitem były całkowicie nieodpowiednie, by opisać te zjawiska. Ale nazwane czy nie, były kolorami nieboskłonu bardzo niepodobnymi do brązów i różów z wczesnych lat pobytu Saxa na Marsie. Naturalnie, burze pyłowe co jakiś czas przywracały niebu pierwotny odcień ochry, ale kiedy atmosfera oczyszczała się, kolor nieba stawał się funkcją gęstości i składu chemicznego. Zaciekawiony, pragnąc się dowiedzieć, czego mogli oczekiwać w przyszłości, wyjął z kieszeni minikomputer, aby dokonać pewnych obliczeń.

Patrząc na małe pudełko, nagle uświadomił sobie, że jest to własność Saxa Russella… Gdyby zostało sprawdzone, ujawniłoby jego prawdziwą tożsamość. Poczuł się tak, jak gdyby nosił w torbie swój prawdziwy paszport.

Odrzucił tę myśl, skoro w obecnej chwili i tak nic nie mógł na to poradzić i skoncentrował się na barwie nieba. W czystym powietrzu kolor nieba powodowało selektywne światło, rozproszone w cząsteczkach powietrza. Z tego powodu gęstość atmosfery stanowiła kwestię niezwykle ważną. Ciśnienie powietrza, kiedy na Marsa przybyli przedstawiciele pierwszej setki, wynosiło mniej więcej dziesięć milibarów, a teraz sięgało przeciętnie około stu sześćdziesięciu. Ponieważ jednak ciśnienie powietrza tworzono poprzez zwiększenie jego ciężaru, uzyskanie stu sześćdziesięciu milibarów na Marsie wymagało mniej więcej trzy razy tyle powietrza nad jakimś wybranym miejscem niż potrzeba byłoby dla stworzenia takiego samego ciśnienia na Ziemi. Wobec czego, sto sześćdziesiąt milibarów tutaj powinno rozpraszać światło mniej więcej tak samo mocno jak czterysta osiemdziesiąt milibarów na Ziemi i w efekcie niebo nad głową Saxa powinno mieć w chwili obecnej podobny, ciemnoniebieski kolor, jak widziany na zdjęciach wykonanych w górach Ziemi na wysokości około czterech tysięcy metrów.

W rzeczywistości jednak kolor, który wypełniał teraz okna boczne i świetlik rovera, był bardziej czerwonawy niż niebieski i nawet w zupełnie bezchmurne poranki, po bardzo intensywnych burzach Sax nie zauważył, żeby barwa marsjańskiego nieboskłonu choć w niewielkim stopniu przypominała błękit ziemskiego nieba. Rozmyślał coraz częściej nad przyczyną tego stanu rzeczy.

Wskutek słabej grawitacji marsjańskiej także słup powietrza wznosił się znacznie wyżej niż ziemski. Możliwe, że najmniejsze drobinki miału trwały skutecznie w zawieszeniu i rozpraszały się dopiero ponad poziomem większości chmur, dokąd uciekały, gdy znajdujące się niżej powietrze oczyszczały z pyłu burze. Sax przypomniał sobie warstwy mgły sfotografowane na wysokości pięćdziesięciu kilometrów, czyli dużo powyżej poziomu chmur. Kolejna przyczyna barwy marsjańskiego nieba mogła leżeć w składzie atmosfery, bowiem cząsteczki dwutlenku węgla należą do bardziej skutecznych rozpraszaczy światła niż tlen czy azot, a w powietrzu Marsa, mimo najintensywniejszych wysiłków Saxa, ciągle znajdowało się więcej dwutlenku węgla niż nad Ziemią. Skutki tej różnicy można było nawet obliczyć. Sax wystukał najpierw równanie dla prawa molekularnego rozpraszania Rayleigha, które mówiło, że natężenie światła rozproszonego na jednostkę objętości powietrza jest odwrotnie proporcjonalne do długości fali promieniowania świetlnego do czwartej potęgi. Potem gryzmolił po ekranie komputera, zmieniając niektóre dane, sprawdzając różne informacje w zawartych w komputerze podręcznikach, wpisując wielkości z głowy lub posługując się domysłami.

Ostatecznie doszedł do wniosku, że gdyby zagęścić atmosferę do jednego bara, niebo stałoby się prawdopodobnie mlecznobiałe. Umocnił się także w przekonaniu, że, teoretycznie, obecne niebo marsjańskie powinno być o wiele bardziej błękitne niż było w istocie, że jego rozproszone błękitne światło powinno być około szesnaście razy intensywniejsze niż czerwień. Pomyślał, że najwyraźniej to drobiny znajdującego się bardzo wysoko w atmosferze miału czerwienią niebo. Jeśli rzeczywiście tak było, barwa i mętność marsjańskiego nieba jeszcze przez wiele lat będą się często zmieniać, zależnie od pogody i innych czynników, które mają wpływ na przezroczystość powietrza…