Tymczasem Sax pracował dalej, próbując włączyć do obliczeń natężenie promieniowania światła nieba, równanie rozchodzenia się promieniowania Chandrasekhara, skale chromatyczności, skład chemiczny aerozoli, a także wielomiany Legendre’a, aby obliczyć kątowe natężenia rozproszenia, funkcje Riccatiego-Bessela, aby wyznaczyć przekrój poprzeczny rozproszenia i tym podobne… Rozważania te zajęły mu większą część jazdy do Lodowca Arena. Koncentrował się z uporem na ekranie komputera, lekceważąc otaczający go świat i sytuację, w której się znalazł.
Wczesnym popołudniem tego dnia dojechali do małego miasta o nazwie Bradbury, które pod namiotem klasy Nikozji wyglądało jak osada przeniesiona prosto z Illinois: obsadzone drzewami bitumiczne ulice, osłonięte werandy z widokiem na dwupiętrowe ceglane domy z gontowymi dachami, główna ulica ze sklepami i licznikami parkingowymi, w centrum park z białym tarasem spacerowym pod gigantycznymi klonami…
Skierowali się na zachód i małą, wąską drogą przejechali przez szczyt Syrtis Major. Drogę wykonano z czarnego piasku; oczyszczono go z kamieni, a potem spryskano utrwalaczem. Cały ten region wydawał się bardzo mroczny, a Syrtis Major była pierwszą marsjańską cechą powierzchniową, którą dostrzegł z Ziemi przez teleskop Christiaan Huygens dwudziestego ósmego listopada 1659 roku i ta właśnie ciemna skała umożliwiła mu dostrzeżenie większej całości. Powierzchnia Wielkiej Syrty była niemal czarna, czasami ocierając się o odcień bakłażanowej purpury. Czarne były również wzgórza, rowy tektoniczne i skarpy, które przecinała kręta droga, czarne były postrzępione płaskowzgórza, podobnie jak thulleye, czyli małe skalne żebra, jeden grzbiet za drugim, pasmo za pasmem. Z drugiej strony, rdzawe często ejektamenta w postaci gigantycznych głazów eratycznych przypominały podróżnikom dobitnie stały kolor tej planety, od którego uciekli w czerń jedynie na moment.
Później przejechali nad czarnym żebrem skały macierzystej i pojawił się przed nimi lodowiec, przecinający świat od lewej strony do prawej jak błyskawica zatrzymana na tle krajobrazu. Żebro skalne po drugiej stronie lodowca było równoległe do tego, którym jechali obecnie, a oba żebra razem wyglądały jak stare moreny boczne, chociaż w rzeczywistości były jedynie leżącymi równolegle do siebie dwoma grzbietami, wyżłobionymi przez powódź po wybuchu formacji wodonośnej.
Lodowiec miał około dwóch kilometrów szerokości. Jego grubość wydawała się nie większa niż pięć czy sześć metrów, ale ponieważ spływał w dół kanionu, mógł być w rzeczywistości o wiele głębszy.
Pewne partie jego powierzchni przypominały zwykły regolit — tak samo kamienne i zapylone — pokryty swego rodzaju żwirowym płaszczem, pod którym nie było widać najmniejszego śladu lodu. Inne miejsca wyglądały jak przeniesione bez najmniejszej zmiany fragmenty terenu chaotycznego, z wyjątkiem tych, które ewidentnie składały się z lodu; z płaszczyzny sterczały grupy białych seraków, wyglądających jak głazy narzutowe. Niektóre z seraków były popękanymi taflami, zgrupowanymi w kształty podobne grzbietom stegozaurów, przezroczyście żółte z zachodzącym za nimi słońcem.
Wszystko wydawało się zastygłe. W którąkolwiek by stronę spojrzeć, aż po horyzont nie dostrzegło się śladu najmniejszego ruchu. Fakt ten był całkowicie zrozumiały: Lodowiec Arena tkwił przecież na swoim miejscu już od czterdziestu lat. Sax usiłował sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni coś takiego oglądał, mimo woli spojrzał więc na południe, jak gdyby w każdej chwili mogła stamtąd spłynąć nowa powódź.
Biotique ulokowało swoją stację kilka kilometrów wyżej, na stożku i przedpolu małego krateru, tak że roztaczał się z niej wspaniały widok na lodowiec. W ostatnim momencie zachodu słońca, kiedy kilka osób uruchomiło stację, Sax ruszył z Claire i gośćmi z Armscoru (łącznie z Phyllis) w górę, do dużej sali obserwacyjnej umieszczonej na najwyższym piętrze stacji, aby stamtąd spojrzeć na wywołującą niesamowite wrażenie popękaną masę lodu.
Nawet podczas stosunkowo klarownego popołudnia — takiego jak to — poziome promienie słońca nadawały powietrzu barwę połyskującej, ciemnej czerwieni, a powierzchnia lodowca iskrzyła się w tysiącach miejsc, bowiem kawałki świeżo popękanego lodu odbijały światło niczym setki zwierciadeł. Większość tych szkarłatnych błysków znajdowała się w nierównej linii między obserwatorami i słońcem, ale istniało kilka w różnych miejscach na lodzie, gdzie odbijające powierzchnie układały się pod dziwacznymi kątami. W pewnym momencie Phyllis zauważyła, że teraz, kiedy umieszczono już na odpowiedniej pozycji solettę, słońce wydawało się o wiele większe.
— Czy to nie cudowne? Można niemal widzieć zwierciadła, prawda?
— Wygląda jak krew.
— A ja uważam, że wygląda zdecydowanie jurajsko.
Zdaniem Saxa soletta przypominała gwiazdę typu „G” leżącą około jednej jednostki astronomicznej od nich. Było to, rzecz jasna, porównanie znaczące, ponieważ w rzeczywistości znajdowali się o półtora jednostki astronomicznej od niej. A co się tyczy innych porównań, na przykład: z rubinami czy oczyma dinozaura, uważał je hmm…
Nagle słońce prześlizgnęło się za horyzont i wszystkie kropeczki czerwonego światła zniknęły w jednej chwili. Na niebie rozwinął się wielki wachlarz wieczornych promieni: różowawe wiązki cięły ciemnopurpurowe niebo. Phyllis krzyknęła coś na temat kolorów, które były rzeczywiście bardzo wyraźne i czyste, a następnie powiedziała:
— Zastanawiam się, skąd się biorą te wspaniałe promienie.
Sax już otworzył usta, aby jej opowiedzieć o cieniach wzgórz lub chmur na horyzoncie, ale na szczęście przyszło mu do głowy, że, po pierwsze jest to pytanie (najprawdopodobniej) retoryczne, a po drugie, udzielenie technicznej odpowiedzi byłoby za bardzo russellowskie. Milczał więc zastanawiając się, co powiedziałby w takiej chwili Stephen Lindholm. Tego rodzaju samokontrola była dla niego czymś zupełnie nowym i dość nieprzyjemnym, ale wiedział, że musi się odzywać przynajmniej raz na jakiś czas, ponieważ małomówność należała również do cech Saxa Russella i zupełnie nie pasowała do Lindholma, którego grał do tej pory. Toteż spróbował wybrnąć z tej sytuacji, jak potrafił najlepiej.
— Pomyślcie tylko, jeszcze krok i te fotony uderzyłyby w planetę — oświadczył — a teraz, zamiast tego, ruszą w drogę, by przebyć cały kosmos…
Zgromadzeni zamrugali oczyma, słysząc tę niezwykłą uwagę. Niemniej jednak tego typu stwierdzenia umacniały jego pozycję w zespole, zgodnie z wyznaczonym celem.
Po chwili całą grupą zeszli do jadalni na makaron z sosem pomidorowym i chleb prosto z pieca. Sax usiadł przy głównym stole, gdzie jadł i mówił tak dużo jak inni, usiłując nadążyć za pozostałymi i ze wszystkich sił starając się dostosować do niepojętych zasad towarzyskiej konwersacji przy posiłku. Nigdy dobrze ich nie rozumiał, a już na pewno nigdy się nad nimi nie zastanawiał. Wiedział, że zawsze uchodził za ekscentryka; dotarła już do niego anegdotka o stu przekształconych w sposób genetyczny laboratoryjnych szczurach, które ponoć opanowały jego mózg. Poczuł się zresztą wówczas bardzo dziwnie, gdy, stojąc w ciemnościach za drzwiami laboratorium, usłyszał tę opowieść, którą — z dużą wesołością — najwyraźniej od dawien dawna jedno pokolenie młodych naukowców przekazywało drugiemu; doświadczył wtedy rzadkiego dyskomfortu, musiał bowiem spojrzeć na siebie, jak gdyby był kimś innym, kimś naprawdę szczególnym.