Выбрать главу

Ale teraz był Lindholmem: miłym, sympatycznym facetem. Wiedział, jak dawać sobie ze wszystkim radę. Był kimś, kto potrafił wypić całą butelkę zinfandela z Utopii, kimś, kto umiał być wesołym kompanem podczas kolacji. Intuicyjnie wyczuwał ukryte elementy składające się na poczucie koleżeństwa i wydawało mu się, że nawet nie myśląc o całej sprawie, z łatwością jest w stanie odpowiednio się zachowywać.

Przesuwał więc palcem wskazującym w górę i w dół po swym nowym garbatym nosie i pił wino, które rzeczywiście tłumiło jego przywspółczulny system układu nerwowego, aż zaczynał się zachowywać w sposób coraz bardziej swobodny. Wyobrażał sobie, że z dużym powodzeniem udaje mu się gawędzić z innymi, choć kilka razy czuł się bardzo speszony, gdy siedząca po przeciwległej stronie stołu Phyllis prowokująco zaczynała rozmowę — tak mu się przynajmniej wydawało. Denerwowało go jej badawcze spojrzenie, a także fakt, że on to spojrzenie odwzajemniał! Istniały pewne sposoby zachowania, które można by zastosować w takim momencie, ale Sax nigdy ich nie pojmował nawet w najmniejszym stopniu. Teraz przypomniał sobie chwilę, w której Jessica oparła się o niego w Cafe Lowen, po czym wypił jeszcze pół szklaneczki, uśmiechnął się, pokiwał głową i niepewnie zastanowił się nad pociągiem seksualnym i jego uwarunkowaniami.

Ktoś zadał Phyllis nieuchronne pytanie na temat jej ucieczki z Clarke’a i kiedy zaczęła mówić, co rusz spoglądała na Saxa, jak gdyby zapewniając go, że opowiada tę historię głównie dla niego. On uprzejmie słuchał, walcząc z przemożną chęcią odwrócenia wzroku i starając się opanować konsternację.

— Nie otrzymaliśmy żadnego ostrzeżenia — odpowiadała Phyllis pytającemu. — W jednej minucie orbitowaliśmy wokół Marsa na szczycie windy i zmęczeni wydarzeniami rozgrywającymi się na powierzchni próbowaliśmy wymyślić jakiś sposób, by powstrzymać zamieszki, a już w następnym momencie coś szarpnęło nami, jak podczas trzęsienia ziemi i już lecieliśmy w kierunku granic Układu Słonecznego. — Uśmiechnęła się, potem przerwała, by się roześmiać pełnym głosem, a wtedy Sax uświadomił sobie, że prawdopodobnie opowiadała już przedtem tę historię wielokrotnie i w identycznym stylu.

— Musiałaś być przerażona! — odezwał się ktoś.

— Cóż — odparła Phyllis — to dziwne, ale podczas prawdziwego zagrożenia nie ma naprawdę czasu na strach. Jak tylko zrozumieliśmy, co się stało, wiedzieliśmy, że każda sekunda pozostawania na Clarke’u pomniejsza nasze szansę na przeżycie o setki kilometrów. Zebraliśmy się więc w centrum dowodzenia, policzyliśmy ludzi, omówiliśmy wszystkie możliwości i zaczęliśmy robić spis zapasów i wszystkich rzeczy, które mieliśmy do dyspozycji. Działaliśmy gorączkowo, ale z pewnością nie popadliśmy w panikę, jeśli rozumiecie, co chcę przez to powiedzieć. Tak czy owak, okazało się, że posiadamy w hangarach mniej więcej przeciętną liczbę frachtowców typu Ziemia-Mars, a obliczenia na AI wskazały, że potrzebujemy siły ciągu prawie ich wszystkich, aby spaść z powrotem w płaszczyznę ekliptyki na czas, by zdążyć przeciąć system Jowisza. Poruszaliśmy się na zewnątrz, w górę i ogólnie w kierunku Jowisza. Na szczęście! W każdym razie tak było, kiedy wyruszaliśmy w tę szaleńczą podróż… Musieliśmy przemieścić wszystkie statki towarowe przed hangary i lecieć obok Clarke’a, a potem połączyć je razem, zaopatrzyć we wszystko, co mogły przyjąć z powietrza Clarke’a, a także w paliwo i tak dalej. Nasze posunięcia sprawiły, że znaleźliśmy się w tej prowizorycznej łodzi ratunkowej zaledwie trzydzieści godzin po oderwaniu, co — gdy teraz się nad tym zastanawiam — wydaje mi się prawie nie do uwierzenia. Te trzydzieści godzin…

Potrząsnęła głową i Sax pomyślał, iż w tę opowieść zaczynają się wkradać prawdziwe wspomnienia owych wydarzeń, co najwyraźniej ją poruszyło. Trzydzieści godzin, pomyślał, to rzeczywiście nadzwyczajnie szybka ewakuacja i bez wątpienia czas ten musiał minąć całej grupie w błyskawicznej akcji jak ze snu; stan umysłów wszystkich osób zapewne tak bardzo różnił się od normalności, że mogło im się zdawać, iż przeżywane wydarzenia odbywają się gdzieś daleko poza nimi, poza zasięgiem ich postrzegania i rozumienia.

— Potem staraliśmy się wszyscy upchać do kwater załogi… a było nas dwieście osiemdziesięcioro sześcioro… Następnie niektórzy z nas musieli nałożyć skafandry typu EVA i wyjść w przestrzeń, aby poodcinać zbędne części frachtowców. A potem pozostawała już tylko nadzieja, że statki mają wystarczająco dużo paliwa, aby ponieść nas na kursie do Jowisza. Minęło ponad dwa miesiące, zanim mogliśmy być zupełnie pewni, że uda się nam przechwycić system Jowisza, a praktycznie zrobiliśmy to dopiero w dziesiątym tygodniu. Samego Jowisza użyliśmy jako grawitacyjnej dźwigni i obróciliśmy się gwałtownie ku Ziemi, która w tym czasie leżała bliżej nas niż Mars. Rozhuśtaliśmy się tak mocno wokół Jowisza, że musieliśmy wykorzystać ziemską atmosferę i grawitację ziemskiego Księżyca, aby zwolnić, ponieważ prawie nie mieliśmy już paliwa, kiedy poruszaliśmy się najszybciej ze wszystkich ludzi w historii, dwukrotnie szybciej niż ktokolwiek przed nami… Zdaje się, że lecieliśmy osiemdziesiąt tysięcy kilometrów na godzinę, kiedy uderzaliśmy po raz pierwszy w stratosferę. Była to naprawdę użyteczna prędkość, ponieważ funkcjonowaliśmy już zupełnie bez jedzenia i powietrza. Pod koniec byliśmy potwornie głodni… Ale udało się. Zrobiliśmy to. A poza tym zobaczyliśmy Jowisza z tej mniej więcej odległości — dodała i pokazała na palcach tę odległość, trzymając kciuk i palec wskazujący zaledwie o parę centymetrów od siebie.

Ludzie roześmiali się, a błysk triumfu w oku Phyllis nie miał wiele wspólnego z Jowiszem, ale jednocześnie widać było, że kąciki jej ust ściąga jakiś grymas; najwyraźniej przy końcu tej podróży musiało się zdarzyć coś, co zakłóciło radość zwycięstwa.

— A ty byłaś przywódczynią grupy, zgadza się? — spytał ktoś.

Phyllis podniosła rękę, jak gdyby pragnęła dać zebranym do zrozumienia, że nie może temu zaprzeczyć, nawet jeśliby chciała.

— To był oczywiście zbiorowy wysiłek — odpowiedziała. — Ale czasami ktoś musi przecież zdecydować, zwłaszcza kiedy nadchodzi impas albo po prostu trzeba się spieszyć. No i… w końcu byłam szefem Clarke’a przed katastrofą.

Znowu mignął uśmiech na jej twarzy. Phyllis była naprawdę przekonana, że słuchaczom podobała się jej relacja. Sax uśmiechnął się uprzejmie wraz z pozostałymi i pokiwał głową, kiedy Phyllis spojrzała w jego kierunku. Jest atrakcyjną kobietą, pomyślał, ale nie za bardzo bystrą. A może chodziło po prostu o to, że nigdy za nią nie przepadał. Przecież z pewnością musiała się kiedyś odznaczać niezwykłą inteligencją, wszak była całkiem dobrym biologiem, gdy zajmowała się swą podstawową dziedziną i na pewno osiągała niezły wynik z testów na inteligencję. Istniały jednak rozmaite rodzaje inteligencji i nie wszystkie były przedmiotem analiz. Sax zauważył ten fakt już w czasach studenckich: byli ludzie, którzy osiągali sporo punktów w tego typu testach i bardzo dobrze wykonywali swoją pracę, a jednocześnie mieli ogromne trudności w kontaktach interpersonalnych. Mogli na przykład wejść do pokoju pełnego ludzi i już po godzinie niemal wszyscy kpili sobie z nich, odnosili się pogardliwie lub wręcz uważali za głupców. Co zresztą wcale nie było zabawne. W rzeczywistości najbardziej trzpiotowate spośród, powiedzmy, cheerleaders w szkole średniej, które starały się zachowywać przyjacielsko wobec wszystkich, dzięki czemu cieszyły się powszechną sympatią, wydawały się Saxowi równie bystre — przynajmniej w takim stopniu jak niezdarny, choć świetny w swej dziedzinie matematyk — w każdym razie więcej wiedziały na temat subtelności i zmienności wzajemnych ludzkich stosunków niż niejeden fizyk. Było to coś podobnego do nowo powstałej dziedziny matematyki zwanej kaskadowym chaosem rekombinacyjnym, tylko nie tak proste. Istniały więc przynajmniej te dwa rodzaje inteligencji, a było ich prawdopodobnie o wiele więcej: przestrzenna, estetyczna, moralna czy etyczna, międzyludzka, analityczna, syntetyczna i tak dalej. A ludzie, którzy wykazywali inteligencję na wielu różnych polach spośród wymienionych, zdarzali się naprawdę niezwykle rzadko i trzymali się z dala od innych, przekonani o swej wyjątkowości.