Wszyscy byli zresztą tak bardzo pochłonięci kontaktem z lodowcem, że Sax i Phyllis nie musieli się zbytnio trudzić, by utrzymać swoje stosunki w sekrecie. Lodowiec i żebrowana kraina otaczające stację okazały się środowiskiem doprawdy fascynującym, w którym wiele spraw wymagało zbadania, a jeszcze więcej zrozumienia.
Okazało się, że powierzchnia lodowca jest niesamowicie nierówna, ponieważ — jak sugerowała literatura przedmiotu — podczas wypływu lód mieszał się z regolitem oraz nasyconymi dwutlenkiem węgla bańkami powietrznymi. Skały i głazy narzutowe schwytane na powierzchni przyspieszały topnienie leżącego pod nimi lodu, który następnie ponownie zamarzał wokół nich. Cykl ten odbywał się co dnia tak samo, aż lodowiec uwięził w swej masie około dwie trzecie różnego rodzaju kamieni. Wszystkie lodowe seraki, wystające ponad wyboistą powierzchnią lodowca niczym ogromne dolmeny, przy dokładniejszym badaniu okazywały się pełne głębokich dołów. Lód był kruchy z powodu niezwykłego zimna i dzięki obniżonej grawitacji powoli zsuwał się ze wzgórza; wprawdzie bardzo wolno, niemniej jednak stale posuwał się w dół, niby rzeka na zwolnionym filmie, a ponieważ jej źródło wyschło, cała masa mogła w końcu dotrzeć aż do Vastitas Borealis. Ślady tego ruchu można było znaleźć w nowo popękanym lodzie widzianym każdego dnia: pojawiały się lodowcowe szczeliny, upadłe seraki, roztrzaskane góry lodowe. Te świeżo powstałe formacje szybko pokrywały krystaliczne kwiaty mrozu, które tworzyły się błyskawicznie z powodu dużego nasycenia solą.
Zafascynowany tym środowiskiem Sax nabrał zwyczaju samotnego codziennego wychodzenia na dwór o świcie. Podążał chodnikami z kamienia brukowego, które ułożyli pracownicy stacji. W pierwszej godzinie dnia cały lód połyskiwał drgającymi odcieniami w kolorach różowym i rumianym, odbijając barwy nieba. Kiedy światło słoneczne uderzało prosto w potrzaskane płaszczyzny lodowca, z rozpadlin i skutych lodem kałuż zaczynała się unosić para, po czym na wszystkich powierzchniach rozkwitały kwiaty mrozu, świecąc olśniewającym blaskiem klejnotów. W bezwietrzne poranki mała warstewka inwersyjna więziła mgłę mniej więcej dwadzieścia metrów nad głową obserwatora, tworząc rzadką chmurę koloru pomarańczy. Najwyraźniej wody lodowca przenikały naprawdę prędko do atmosfery planety.
Kiedy Russell wędrował w zimnym powietrzu, dostrzegał wiele rozmaitych gatunków śnieżnych glonów i porostów. Zbocza dwóch bocznych grzbietów obrócone ku lodowcowi były szczególnie gęsto porośnięte roślinnością, wręcz nakrapiane maleńkimi zagonami kępek w barwach zieleni, złota, oliwki, czerni, rdzy i wielu innych kolorów — może nawet w trzydziestu czy czterdziestu odcieniach. Szedł po tych pseudomorenach bardzo ostrożnie, ponieważ nie chciał niszczyć roślinnego życia, traktując je z taką delikatnością jak laboratoryjny eksperyment. Chociaż, prawdę mówiąc, większość porostów sprawiała wrażenie, jak gdyby nic nie mogło przeszkodzić im w rozwoju. Wydawały się bardzo wytrzymałe; potrzebowały jedynie gołej skały i wody, plus trochę światła — choć chyba nie otrzymywały go wiele — by rosnąć pod lodem, w lodzie, a nawet wewnątrz porowatych kloców przezroczystej skały. W czymś tak gościnnym, jak pęknięcie w morenie, bujnie się rozrastały. Każdą rozpadlinę, w którą spojrzał Sax, wypełniały dziwaczne wypukłości porostów islandzkich, żółto-brązowych, które pod powiększającym szkłem ujawniały maleńkie widlaste szkieleciki, obramowane różnorakimi wyrostkami. Na płaskich skałach znajdował nowo skrzyżowane odmiany roślinek: pączkowe, słupkowe, tarczowe, typu candellaria, porosty o wyglądzie zielonego jabłuszka oraz szlachetne porosty czerwono-pomarańczowe, których istnienie wskazywało na koncentrację azotanu sodowego w regolicie. Stłoczone pod kwiatami mrozu rozwijały się także pastelowo szaro-zielone porosty śnieżne, o szkielecikach — widocznych przy powiększeniu — podobnych do porostów islandzkich. W masie przypominały cieniutką koronkę. Porosty ślimacze barwy ciemnoszarej miały — widoczne pod powiększeniem — niezwykle delikatne, spłowiałe jelenie różki. A dodatkowo jeszcze, jeśli odłamywały się kawałki roślin, komórki glonów otoczone strzępkami grzybów nie przestawały rosnąć i rozwijały się w kolejne porosty, czepiając się każdej powierzchni, na której osiadały. Rozmnażanie przez podział było naprawdę użyteczne w takim środowisku.
W każdym razie rozwój porostów przebiegał pomyślnie, a oprócz gatunków, które Sax potrafił zidentyfikować po porównaniu ich ze zdjęciami widocznymi na maleńkim ekranie naręcznego notesika komputerowego, wszędzie rosło wiele takich, które wydawały się nie pochodzić od żadnych spośród wymienionych w komputerze gatunków. Tak bardzo zaciekawiły go owe nieokreślone roślinki, że zerwał kilka próbek, aby je zbadać, a także pokazać Claire i Jessice.
Ale porosty stanowiły dopiero początek. Na Ziemi regiony popękanej skały na nowo obnażone dzięki cofającemu się lodowcowi albo z powodu wypiętrzenia się młodych gór, nazywano polami głazów narzutowych albo piargiem. Na Marsie obszarem odpowiednim był regolit — czyli praktycznie większa część powierzchni planety. Świat piargu.
Na Ziemi regiony te zasiedlały najpierw mikrobakterie i porosty, które wraz z wietrzeniem chemicznym zaczynały rozbijać skały w rzadką, „niedojrzałą” glebę, powoli wypełniającą rozpadliny międzyskalne. Po pewnym czasie w tej wzorcowej glebie pojawiało się wystarczająco dużo materiału organicznego, aby umożliwić rozwój innych rodzajów flory. Teren w tej fazie nazywano turniowymi polami, używając starego określenia na kamień. Miano to było bardzo odpowiednie dla tych kamiennych obszarów, którymi rzeczywiście były; ich powierzchnię gęsto pokrywały skały, a gleba między i pod nimi miała niecałe trzy centymetry grubości, wspierając społeczność maleńkich, przytulonych do gruntu roślin.
I teraz turniowe pola znajdowały się również na Marsie! Claire i Jessica zaproponowały Saxowi, by przeszedł lodowiec i powędrował wzdłuż moreny bocznej, a więc pewnego ranka (wymknąwszy się od Phyllis) tak zrobił i po półgodzinnym spacerze stanął na wysokim po kolana głazie narzutowym. Poniżej, pochylając się w stronę kamiennego rowu obok lodowca, leżał wilgotny zagon płaskiego terenu, migoczący w świetle późnego poranka. Oczywiście, przez większą część dnia przepływała po nim topniejąca woda — już teraz, w niczym nie zmąconej porannej ciszy Sax słyszał odgłosy kapania małych strumieni pod krawędzią lodowca; brzmiały jak chór mikroskopijnych drewnianych dzwoneczków. A na tym miniaturowym dziale wodnym, wśród strumyczków płynącej wody, wszędzie wyrastały barwne, ze wszystkich stron wyskakujące przed oczy obserwatora… kwiaty. Był to więc zagon turniowych pól wraz z niezwykle charakterystycznym dla siebie efektem kwiatowym, zwanym z francuska millefleur: szare pustkowie obsypane kropkami czerwieni, błękitu, żółci, różu, bieli…
Kwiaty rosły na małych mszastych ściółkach, przy kwiatkach albo pofałdowane między włochatymi liśćmi. Wszystkie rośliny przyciskały się do ciemnego gruntu, w którym nie tkwiło w nim nic poza trawiastymi źdźbłami wyrastającymi zaledwie kilka centymetrów ponad powierzchnię gleby; który był znacznie cieplejszy niż znajdujące się nad nim powietrze. Sax szedł na palcach, ostrożnie przesuwając się od jednej skały do drugiej, nie chciał bowiem podeptać nawet jednej rośliny. Potem klęknął na żwirze, aby zbadać niektóre z roślinek, ustawiając lornetkę na szybce hełmu na maksymalne powiększenie. W porannym świetle żywo połyskiwały klasyczne organizmy turniowych póclass="underline" mszana firletka z kręgami mikroskopijnych różowych kwiatków na ciemnozielonych wyściółkach, kępka floksów, pięciocentymetrowe źdźbła wiechliny, błyskającej w świetle jak szkło i wykorzystującej korzenie pało we floksów, by zakotwiczyć własne delikatne korzonki… Rósł także karmazynowy pierwiosnek górski z żółtym oczkiem i liśćmi o barwie głębokiej zieleni, tworzącymi wąskie rynienki, po których woda mogła spływać do rozety. Wiele liści tych roślin pokrytych było włoskami. Sax dostrzegł także intensywnie błękitną niezapominajkę o płatkach tak upstrzonych antocyjanami, że robiły wrażenie niemal purpurowych — w kolorze, który marsjańskie niebo powinno osiągnąć, jak obliczył Sax podczas jazdy do Areny, przy około dwustu trzydziestu milibarach. Teraz wydało mu się zaskakujące, że dla tej barwy — tak charakterystycznej — nie istniała odpowiednia nazwa. Może cyjanowy błękit?