Minął poranek, a Sax przechodził bardzo powoli od jednej rośliny do następnej, posługując się przewodnikiem polowym w naręcznym komputerku, aby ustalić tożsamość piaskowca macierzankowatego, gryki, karłowatych traw i koniczyn oraz swojej imienniczki saksifragi, zwanej też skalnicą lub łamaczem skał. Nigdy przedtem nie widział w stanie dzikim żadnego przedstawiciela tego „swojego” gatunku i teraz spędził sporo czasu, wpatrując się w pierwszy znaleziony przez siebie tutaj okaz; skalnica arktyczna, Saxifraga hirculus o mikroskopijnych łodyżkach z podłużnymi liśćmi i małymi bladobłękitnymi kwiatami.
Podobnie jak w przypadku porostów, rosło tu wiele roślin, których Sax nie potrafił rozpoznać. Jedne miały cechy różnorodnych gatunków, a nawet różnych rodzajów, inne — przeciwnie — były zupełnie nieokreślone i stanowiły jakiś dziwaczny melanż cech, pochodzących z obcych sobie biosfer; niektóre z nich przypominały z wyglądu rośliny podwodne lub nowe gatunki kaktusów. Przypuszczalnie wykształcono je sztucznie, chociaż zastanawiało, iż nie zostały wymienione w komputerowym przewodniku. Mogły być mutantami. A dalej, w szerokiej rozpadlinie, gdzie gleba zawierała głębszą warstwę próchnicy i gdzie płynął maleńki strumyczek, dostrzegł kępkę kobresji. Kobresję i inne turzyce sadzono w miejscach wilgotnych i ich niesamowicie chłonna darń zmieniała dość szybko skład chemiczny gleby, na której rosły, dlatego były bardzo pożyteczne w powolnym przekształcaniu turniowych pól w łąki alpejskie. Patrząc na nie Sax niemal wyobraził sobie także otoczone populacjami turzyc maleńkie strumyczki, przesączające się w dół przez skały. Klęcząc na rzadkiej ściółce, wyłączył szkła powiększające na szybce hełmu, rozejrzał się i mimo że znajdował się bardzo nisko, zauważył nagle wokół siebie całą serię małych turniowych pól, rozproszonych na zboczu moreny niczym fragmenty perskiego dywanu, który postrzępił spływający lód.
Po powrocie na stację Sax spędził wiele czasu samotnie w laboratoriach. Obserwował okazy roślin pod mikroskopem i wykonując rozmaite testy dyskutował o ich wynikach z Berkiną, Claire i Jessica.
— Są przeważnie poliploidami? — spytał.
— Tak — odparł Berkiną.
Poliploidalność była cechą bardzo częstą dużych wysokości na Ziemi, więc fakt zaistnienia jej na Marsie nie zaskoczył Saxa. Fenomen sam w sobie był niezwykle interesujący, polegał bowiem na powiększeniu pierwotnej liczby chromosomów rośliny: dwu-, trzy-, a nawet czterokrotnie. Któreś pokolenie roślin diploidalnych z dziesięcioma chromosomami mogło więc mieć już dwadzieścia, trzydzieści lub nawet czterdzieści chromosomów. Hybrydyzerzy wykorzystywali zjawisko to od lat, tworząc fantazyjne rośliny ogrodowe, ponieważ poliploidy oprócz tego, że były bardziej okazałe — miały większe liście, większe kwiaty, owoce, komórki — często mogły rosnąć także w innych warunkach niż organizmy pierwotne. Tego rodzaju umiejętność przystosowania się pozwalała im na zajmowanie nowych terenów, na przykład w lodowcu lub pod jego powierzchnią. Na Ziemi w Arktyce istniały wyspy, na których osiemdziesiąt procent całej roślinności stanowiły poliploidy. Sax przypuszczał, że była to strategia unikania niszczących efektów nadmiernego tempa mutacji, co wyjaśniałoby przyczynę, dla której zjawisko to pojawiało się w strefach mocno naświetlanych promieniami ultrafioletowymi. Intensywne promieniowanie UV mogło bowiem naruszyć liczbę genów, organizm kopiował więc je w kilka kompletów chromosomów, dzięki czemu mógł prawdopodobnie zapobiec uszkodzeniom genotypu i bez przeszkód się rozmnażać.
— Doszliśmy do wniosku, że nawet jeśli nie próbujemy wpływać na cechy danych poliploidów, same się przekształcają w ciągu kilku pokoleń.
— Udało wam się ustalić, jaki mechanizm to powoduje?
— Nie.
Kolejna tajemnica. Sax spojrzał przez mikroskop, zirytowany tą dość zadziwiającą luką w osobliwie rozdartej materii nauki o nazwie biologia. Ale nic nie mógł na to poradzić. Sam badał tego typu zjawisko we własnych laboratoriach w Echus Overlook w latach pięćdziesiątych dwudziestego pierwszego wieku i okazało się wówczas, że poliploidalność rzeczywiście wzmagała się przy większej ilości promieniowania ultrafioletowego niż ta, do której organizm był przyzwyczajony, ale w jaki sposób komórki wyczuwały różnicę, by następnie faktycznie się podwoić, potroić lub zwiększyć czterokrotnie liczbę swych chromosomów, tego nie zdołał się dowiedzieć.
— Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie, iż wszystko tak bujnie tu rośnie.
Claire uśmiechnęła się zadowolona.
— Bałam się, że po Ziemi mógłbyś tę planetę uznać za strasznie jałową.
— No cóż, nie. — Odchrząknął. — Sądzę, że nie miałem żadnych specjalnych oczekiwań. Albo może spodziewałem się tylko glonów i porostów. A te turniowe pola wydają się świetnie rozwijać. Myślałem, że proces ten potrwa dłużej.
— Potrwałby dłużej na Ziemi. Ale musisz pamiętać, że nie rzucamy nasion po prostu w glebę, biernie czekając na to, co z nich wyrośnie. Każdy pojedynczy gatunek pomnażano i zasilano, by wzmóc jego wytrzymałość i tempo wzrostu.
— Zawsze na wiosnę prowadzimy też powtórny siew — dodał Berkina — i nawozimy bakteriami, które utrwalają azot.
— Sądziłem, że to bakterie denitryfikujące są ostatnim krzykiem mody.
— Te, o których mówisz, działają głównie w gęstych pokładach azotanu sodowego i powodują parowanie azotu w atmosferę. Ale w naszych ogrodach potrzebujemy więcej azotu w glebie, wprowadzamy więc w nią utrwalacze azotowe.
— Wszystko i tak wydaje mi się zbyt szybkie. A wiele z tych roślin musiało się rozwinąć jeszcze przed umieszczeniem soletty.
— Chodzi o to — odezwała się Jessica zza swojego biurka po drugiej stronie pokoju — że nie mają tu żadnych wrogów. Warunki są surowe, ale te rośliny są bardzo odporne, a kiedy je już posadzimy, nic nie może im zagrozić albo spowolnić tempa ich rozwoju.
— Taka cicha, pusta nisza — podsumowała Claire.
— A warunki na tym lodowcu są lepsze niż w większości miejsc na Marsie — dodał Berkina. — Na południu bywają zimy aphelium i spore wysokości. Tamtejsze stacje donoszą nam często, że naprawdę sporo ich roślin zamarzło. Tutaj jednakże zimy perihelium są dużo łagodniejsze, a poza tym znajdujemy się zaledwie na wysokości jednego kilometra nad poziomem. To doprawdy sprzyjający teren. Pod wieloma względami łagodniejszy niż Antarktyda.
— Zwłaszcza jeśli chodzi o poziom dwutlenku węgla — powiedziała Claire. — Zastanawiam się, czy to nie on jest odpowiedzialny za część tego tempa, o którym mówimy. Te rośliny rosną jak doładowane.
— Hmm… — mruknął Sax, kiwając głową.