Выбрать главу

— Och, nie. UNOMĘ zastąpił tu Zarząd Tymczasowy Organizacji Narodów Zjednoczonych.

— Kiedy więc pełniłaś funkcję prezesa tego zarządu, byłaś faktycznie prezydentem Marsa.

— No cóż, stanowisko to przechodzi po prostu rotacyjnie: z jednego członka na następnego i prezes nie ma właściwie większej władzy niż pozostali członkowie. Jest tylko przedstawicielem wysyłanym do rozmów z mediami i przewodniczy spotkaniom. Czarna, niewdzięczna robota.

— A jednak…

— Och, wiem, wiem. — Roześmiała się. — Jest to stanowisko, którego pragnęło wielu spośród moich starych kolegów, ale żaden z nich nigdy go nie dostał. Chalmers, Bogdanów, Boone, Tojtowna… Zastanawiam się, co pomyśleliby, gdyby przyjrzeli się temu bliżej. Ale, niestety, w swoim czasie postawili na złego konia.

Zażenowany Sax odwrócił wzrok.

— Więc dlaczego Subarashii otrzymało przydział na nową windę? — drążył dalej.

— Po prostu w ten sposób głosowała komisja wykonawcza ZT ONZ. Złożyła też ofertę Praxis, a tego konsorcjum nikt nie lubi…

— Teraz, kiedy winda wróciła… sądzisz, że coś się znowu zmieni w naszej sytuacji?

— Och, oczywiście. Oczywiście! Wiele kwestii musiało trwać w zawieszeniu od czasów zamieszek. Emigracja, budowanie, terraformowanie, wymiana handlowa — każde działanie uległo spowolnieniu. Zdołaliśmy zaledwie odbudować niektóre ze zniszczonych miast. To coś w rodzaju prawa wojennego, które było naturalnie konieczne, biorąc pod uwagę, co się wtedy zdarzyło…

— Oczywiście.

— Ale teraz! Tony wydobytych w ostatnich czterdziestu latach złóż czeka, by wejść na ziemski rynek. To niewiarygodnie ożywi całą ekonomię obu światów. Będziemy otrzymywać więcej produktów z Ziemi, a tu zwiększymy inwestycje. Nastąpi wzrost emigracji. W końcu jesteśmy gotowi, aby osiągnąć postęp na wielu płaszczyznach.

— Jak w przypadku soletty?

— Właśnie! To idealny przykład tego, o czym mówię. A mówię o zwiększeniu wszelkich inwestycji na Marsie.

— Kanały o szklanych ścianach — mruknął Sax. Uświadomił sobie, że przy nich mohole wyglądałyby banalnie.

Phyllis mówiła teraz coś o tym, jakie wspaniałe możliwości stoją przed Ziemią, więc Sax potrząsnął głową z niedowierzaniem i wtrącił ostrożnie:

— Sądziłem, że Ziemia ma pewne poważne trudności.

— Och, Ziemia zawsze ma jakieś poważne trudności. Trzeba po prostu do tego przywyknąć. Nie, nie, muszę ci powiedzieć, że patrzę na to z dużym optymizmem. To znaczy… recesja na Ziemi mocno uderza we wszystkich mieszkańców, szczególnie w małe „tygrysy” i w te całkiem maleńkie, a także, oczywiście, w słabiej rozwinięte kraje. Ale przypływ złóż przemysłowych z Marsa ożywi całą ziemską gospodarkę, łącznie z przemysłem ochrony środowiska. Najwyraźniej, niestety, potrzebne są ofiary, aby rozwiązać ich problemy.

Sax skupił się na kawałku moreny, na którą się wspinali. Tutaj soliflukcja, czyli codzienne topnienie gruntowego lodu na pochyłej powierzchni, spowodowała, że rozluźniony regolit ześlizgiwał się w serii zagłębień terenowych i małych stożków, i chociaż to wszystko wyglądało na szare i pozbawione życia, słaby wzorek przypominający maleńki układ skośnych dachów ujawniał, że teren był w istocie porośnięty błękitno-szarymi porostami płatkowymi. W zagłębieniach rosły kępki tych roślin, przypominających szary popiół i Sax zatrzymał się, aby oderwać małą próbkę.

— Spójrz — odezwał się szorstko do Phyllis — śnieżny wątrobnik.

— Wygląda jak kurz.

— Rośnie na nim pasożytniczy grzyb. Sama roślinka jest faktycznie zielona, widzisz te małe listki? To świeżo wyrosła część, której grzyb nie zdążył jeszcze pokryć. — W powiększeniu nowe liście wyglądały jak zielone szkło.

Phyllis jednak nawet nie spojrzała.

— Kto go zaprojektował? — spytała, dając tonem do zrozumienia, że projektant miał kiepski gust.

— Nie wiem. Może nikt. Sporo nowych gatunków nie zostało zaprojektowanych.

— Czy ewolucja może postępować tak szybko?

— No cóż… Czy wiesz, co to jest ewolucja poliploidów?

— Nie.

Phyllis szła dalej, niezbyt zainteresowana małym szarym okazem. Śnieżne ziele wątrobiane. Prawdopodobnie zmienione w bardzo nieznacznym stopniu albo nawet w ogóle nie projektowane. Jednostka doświadczalna, posadzona wśród innych roślin, aby sprawdzić, jak sobie poradzi. Tak czy inaczej, jemu wydawało się to bardzo interesujące.

Najwyraźniej gdzieś na drodze swego życia Phyllis straciła zainteresowanie takimi problemami. Była kiedyś pierwszorzędnym biologiem i Sax uznał za trudny do wyobrażenia fakt, że można przestać się zajmować dziedziną, która leżała w samym środku nauki, stracić zainteresowanie dla tej potrzeby wymyślania nowych rzeczy. Ale cóż, wszyscy oni starzeli się. Podczas ich aktualnego nienaturalnie przedłużanego żywota prawdopodobnie każde z nich się zmieniało, może nawet w sposób gruntowny. Saxowi nie podobała się ta myśl, ale taka była prawda. Jak cała reszta nowych stulatków miał coraz więcej problemów z przypomnieniem sobie mnóstwa faktów ze swej przeszłości, zwłaszcza z wieku średniego, czyli tego, co się zdarzyło między jego dwudziestym piątym a dziewięćdziesiątym rokiem życia. Oznaczało to, że lata przed rokiem 2061 i większość okresu spędzonego na Ziemi coraz bardziej zanikały w jego pamięci. A bez dobrze funkcjonującej pamięci musieli się przecież zmieniać. Nie było na to rady.

Kiedy więc wraz z Phyllis wrócił na stację, od razu poszedł zdenerwowany do laboratorium. Może, pomyślał, i my staliśmy się poliploidami, nie w aspekcie jednostkowym, ale w sensie kulturalnym — grupa ludzi różnych narodowości, przybyłych tutaj, którzy skutecznie zwiększają nawet czterokrotnie niektóre sektory swej pamięci: te, które mają pomóc w przystosowywaniu się, w przeżyciu na obcym terenie pomimo mnóstwa stresujących zmian.

Chociaż nie. To była raczej analogia niż homologia. To, co w naukach humanistycznych nazywano porównaniem homeryckim, jeśli dobrze rozumiał ten termin, metaforą czy też innego rodzaju literacką analogią. A analogie w większości pozbawione były dla Saxa znaczenia — bardziej dotyczyły fenotypu niż genotypu (używając kolejnej analogii). Literaturę, a w gruncie rzeczy wszystkie nauki humanistyczne, nie wspominając nauk społecznych, należało uznawać za fenotypiczną, o ile Sax potrafił to ocenić. Bowiem dodawały one tylko kolejne do ogromnego już kompendium pozbawionych znaczenia analogii, które nie pomagały wyjaśniać kwestii trudnych, ale jeszcze bardziej komplikowały ich postrzeganie. Można by to określić rodzajem permanentnego opilstwa pojęciowego. Sax zdecydowanie preferował ścisłość i potęgę wyjaśniania. Właściwie dlaczego miałoby być inaczej, pytał siebie. Jeśli temperatura na zewnątrz wynosi dwieście kelvinow, dlaczego nie powiedzieć tego wprost, zamiast posługiwać się jakimiś metaforami określającymi zimno, jawnie okazując swą ignorancję i odrzucając wszelkie bliższe kontakty z rzeczywistością postrzeganą zmysłami? To przecież absurdalne.

No cóż, w porządku, nie używajmy metafor. Nie istnieje więc coś takiego jak kulturalna poliploidalność. Tu była tylko określona sytuacja historyczna, która stanowiła prostą konsekwencję tego wszystkiego, co stało się przedtem — podjętych kiedyś decyzji i ich skutków rozprzestrzeniających się po całej planecie w straszliwym zamęcie, ewolucji (czy też rozwoju, jak powiedzieliby inni), która odbywała się bez planu. Bez jakiegokolwiek planu. Pod tym względem między historią i ewolucją istnieje podobieństwo, myślał dalej Sax, w obu dziedzinach bowiem mamy do czynienia z kwestią przypadku i splotu okoliczności, a nie tylko z wzorcami rozwojowymi. Jednakże różnice, szczególnie w skali czasu, są tak ogromne, że podobieństwo staje się niczym więcej niż tylko następną analogią.