— Jesteś naprawdę dobrym tancerzem, Stephenie.
Wybuchnął wówczas gromkim śmiechem zadowolenia, mimo iż wiedział, że takie stwierdzenie ujawnia jedynie niekompetencję Jessiki co do tańca lub stanowi próbę przypodobania mu się. Chociaż, być może codzienne spacery po polnych kamieniach rzeczywiście poprawiły jego równowagę i koordynację ruchów. W każdym bowiem działaniu fizycznym, myślał, można przy odrobinie talentu czy choćby sprytu osiągnąć jakie takie wyniki, jeśli się odpowiednio długo studiuje coś lub trenuje.
On i Phyllis rozmawiali lub tańczyli ze sobą tylko tak często, jak z innymi osobami; jedynie w ukryciu swoich pokojów obejmowali się, całowali i kochali. Powielali w ten sposób stary wzorzec sekretnego romansu i pewnego ranka, gdy około czwartej nad ranem Sax wracał od niej do swego pokoju, wstrząsnęło nim nagłe ukłucie strachu — w jednej chwili wydało mu się, że jego tak bezdyskusyjnie natychmiastowy udział w tym związku musiał być spowodowany faktem, że Phyllis jest przedstawicielką pierwszej setki. Czy gdyby było inaczej, zaangażowałby się w taki dziwaczny układ z całą gotowością i ochotą, uznając to za całkiem naturalne?
Później jednak, rozważywszy kwestię raz jeszcze, pomyślał, że Phyllis bardzo dba o niuanse tego rodzaju. Wcześniej Sax już prawie zrezygnował z prób zrozumienia jej sposobu myślenia i motywacji, ponieważ dane, jakie miał do dyspozycji w tej materii były ze sobą sprzeczne i — mimo faktu, że dość regularnie spędzali razem noce — raczej rzadkie. Zwykle Phyllis wydawała się interesować głównie manipulacjami konsorcjów ponadnarodowych i ich wzajemnymi stosunkami, które miały miejsce zarówno w marsjańskim Sheffield, jak i na Ziemi: zmianami wśród personelu kierowniczego wielkich koncernów i w przedsiębiorstwach współpracujących, cenami akcji — ewidentnie efemerycznych i pozbawionych znaczenia — choć dla niej najwyraźniej niezwykle absorbujących… Jako Stephen, Sax stale się tym wszystkim, pozornie, żywo interesował i aby okazać zaciekawienie, często zadawał jej pytania dotyczące jakichś szczegółów, ilekroć poruszała taki temat, jednakże, gdy zapytywał ją, co znaczą te codzienne zmiany w szerszym sensie strategicznym, Phyllis albo nie potrafiła, albo nie chciała udzielić mu sensownych odpowiedzi. Najwyraźniej bardziej ją interesowały osobiste majątki znanych jej osób niż system, w którym robili karierę. Z trzech faktów — że były członek zarządu Zjednoczonych, związany obecnie z Subarashii, został mianowany dyrektorem operacyjnym kosmicznej windy, że jakiś inny kierownik Praxis zupełnie zniknął z pola widzenia i że Armscor zamierza wkrótce zdetonować dziesiątki bomb wodorowych w megaregolicie pod północną czapą polarną, aby pobudzić rozwój i ogrzewanie się północnego morza — ten ostatni bynajmniej nie był dla Phyllis bardziej interesujący niż dwa poprzednie.
A może rzeczywiście miało sens zwracanie uwagi na poszczególne kariery ludzi prowadzących największe konsorcja ponadnarodowe i na mikropolitykę manewrów zdobywania władzy, jaką uprawiali między sobą. Byli oni przecież, w końcu, aktualnymi władcami tego świata. Sax, leżąc obok Phyllis, słuchał jej więc i robił komentarze w stylu Stephena, próbując przyswoić sobie wszystkie nazwy, zastanawiając się, czy założyciel Praxis to naprawdę stary surfer, rozważając, czy Amexx przejmie Shellalco i dlaczego ekipy kierownicze konsorcjów ponadnarodowych tak zawzięcie ze sobą współzawodniczą, biorąc pod uwagę, że przecież już rządzą światem i mają wszystko, czego tylko można pragnąć posiadać w życiu osobistym. Być może socjobiologia rzeczywiście dysponuje odpowiedzią na to pytanie, myślał Sax, i wszystko to jest po prostu związane z typowym dla rzędu naczelnych stałym pragnieniem całkowitej dominacji, kwestią ciągłego wzrostu czyjegoś sukcesu reprodukcyjnego w królestwie korporacyjnym, co nie mogło być zwykłą analogią, jeśli ktoś uważa swoją firmę za własną rodzinę. I dalej, w świecie, w którym można żyć bez końca, może to być po prostu swoista samoochrona. „Ewolucja drogą doboru naturalnego” — stwierdzenie to zawsze wydawało się Saxowi bezużyteczną tautologią. Jednakże gdyby władzę przejęli darwiniści społeczni, wówczas pojęcie to z pewnością zyskałoby na znaczeniu, niczym religijny dogmat panującego porządku…
A wtedy Phyllis przeturlała się na niego i pocałowała go, i Sax wkroczył do królestwa seksu, w którym zdawały się obowiązywać inne zasady. Na przykład: chociaż lubił Phyllis tym mniej, im lepiej ją poznawał, jego seksualny pociąg wobec niej wcale nie był od tego zależny, ale ulegał wahaniom zgodnie ze swymi własnymi tajemnymi zasadami, bez wątpienia kierowanymi przez jej feromony i jego hormony. Toteż czasami musiał się zmuszać, by przyjmować jej pieszczoty, podczas gdy innym razem czuł płonące w sobie prawdziwe pożądanie, które wydawało się bardzo silne, ponieważ zupełnie pozbawione miłości. W gruncie rzeczy, z dnia na dzień było coraz bardziej odarte z jakiegokolwiek uczucia. Żądza, potężnie powiększona dzięki niechęci… Ta ostatnia reakcja była jednak rzadka, a im dłużej trwał pobyt na Arenie i zniknęła tajemnicza aura wokół ich romansu, Sax coraz częściej łapał się na tym, że dystansuje się podczas ich stosunków i ma skłonności do fantazjowania, zapadając się głęboko w umysł Stephena Lindholma, najwyraźniej rozmyślającego o pieszczeniu kobiet, których Sax nigdy nie znał lub ledwie o nich słyszał, jak Ingrid Bergman czy Marylin Monroe.
Pewnego dnia o świcie po tego rodzaju niespokojnej nocy Sax wstał, aby się wyprawić na lodowiec, a wówczas Phyllis najpierw się lekko poruszyła, potem całkowicie przebudziła i zdecydowała się mu towarzyszyć.
Ubrali się w skafandry i wyszli na powietrze, w czysty purpurowy świt, po czym w milczeniu zeszli po pobliskiej morenie na stok lodowca i wspięli się na niego po szlaku stopni wyciętych w lodzie. Sax wybrał najbardziej południową trasę z kamienia brukowego prowadzącą przez lodowiec, zamierzał się bowiem wspiąć na zachodnią morenę boczną i zajść tak daleko w górę, jak mu się uda w jeden ranek.
Szli między wysokimi po kolana lodowymi rowkami, które całe były podziurawione jak szwajcarski ser i różowo upstrzone śnieżnymi glonami. Phyllis była oczarowana — jak zawsze — tym fantastycznym galimatiasem i rzucała komentarze na temat co bardziej niezwykłych lodowych seraków, porównując te, które mijali tego ranka, do żyrafy, wieży Eiffla, powierzchni Europy, i tak dalej. Sax zatrzymywał się często, by badać kloce jadeitowego lodu, w których żyły bakterie lodowe. W jednym czy dwóch miejscach jadeitowy lód, który tkwił obnażony w słonecznych kręgach, zaróżowią! się dzięki śnieżnym glonom; efekt był osobliwy, a całość przypominała ogromne pole lodów pistacjowych.
Z powodu badań Saxa postępowali powoli i ciągle jeszcze znajdowali się na lodowcu, kiedy zerwało się kolejno kilka małych zwartych trąb powietrznych, jedna po drugiej, jak w magicznej sztuczce: brązowe kurzawy pyłu, połyskujące cząsteczkami lodu i podnoszące się w nierównym rzędzie, który zdawał się pchać lodowiec ku Phyllis i Saxowi. Potem wiry powietrzne zwaliły się wahliwie, aż wreszcie poryw wiatru z łoskotem i trzaskiem uderzył ich mocno, posuwając się z gwizdem w dół zbocza falą tak potężną, że wędrowcy musieli przykucnąć, aby utrzymać równowagę.