Выбрать главу

— Trzymaliśmy się za ręce, żeby się nie zgubić, aż tu nagle buch! I znaleźliśmy się na dole!

Ratownicy opisali im brutalną siłę najpotężniejszych podmuchów wiatru. Najwyraźniej wszystko wracało do normalności; jednak kiedy dotarli do wnętrza stacji i zdjęli hełmy, Phyllis posłała Saxowi krótkie, badawcze spojrzenie, bardzo zaciekawione, w gruncie rzeczy mówiące, że jej partner odkrył przed nią, tam na lodowcu, jakąś swą cechę, która wzmogła jej czujność… Jakby przypomniał jej o czymś w tej szczelinie lodowcowej, zachowując się tam na dole w sposób, który go zdradził… I w stu procentach, bez nadziei na zaprzeczenie, ujawnił się jako stary towarzysz Saxifrage Russell.

Przez całą północną jesień pracowali wokół lodowca i widzieli, jak dni stają się coraz krótsze, a wiatry coraz chłodniejsze. Każdej nocy na lodowcu wyrastały duże, zawiłe kwiaty mrozu, które topniały tylko przy krawędziach na krótko w połowie popołudnia, a potem ponownie twardniały, służąc za bazę jeszcze bardziej skomplikowanym płatkom, które pojawiały się następnego ranka; małe, ostre krystaliczne płatki wybuchały we wszystkich kierunkach z większych żebrowych i rosochatych fragmentów leżących pod nimi. Nie sposób było z każdym krokiem nie miażdżyć tych wspaniałych fraktalnych światów, kiedy któryś z badaczy szedł z chrzęstem po lodzie, szukając roślin teraz pokrytych szronem, aby zobaczyć, jak sobie radzą w obliczu nadchodzącej zimy. Patrząc na grudkowate białe pustkowie i czując, jak wiatr przenika j eden z najmocniej izolowanych walkerów, Sax miał wrażenie, że wielu roślinnym organizmom nieuchronnie grozi zagłada przez zamarznięcie.

Jednakże wygląd roślin był zwodniczy. Oczywiście, istniało niebezpieczeństwo, że sporo z nich zginie tej zimy, ale niektóre okazy twardniały — jak mawiali tutejsi ogrodnicy — aklimatyzując się w ten sposób do nadchodzących mrozów. Proces ten był trzyfazowy, czego Sax dowiedział się, gdy kopiąc w cienkim, ale mocno ubitym śniegu szukał okazów. Po pierwsze, fitochromowe czujniki, które znajdowały się w liściach wyczuwały, że dni stają się krótsze — a teraz szybko stawały się krótsze z mrocznymi frontami pogodowymi, przechodzącymi mniej więcej co tydzień, wyrzucającymi brudnobiały śnieg z czarnych kłębiastych chmur deszczowych wiszących nisko nad ziemią. W drugiej fazie roślina przestawała rosnąć, węglowodany przesuwały się do korzeni, a ilość odseparowanego kwasu rosła w niektórych liściach, aż powodowała ich opadanie. Sax znajdował wiele z tych liści; były pożółkłe lub brązowe i ciągle zwisały z łodyżek, trzymając się blisko powierzchni i dostarczając jeszcze żywej roślinie matecznej nieco dodatkowej izolacji. Podczas tej fazy woda z komórek przemieszczała się do międzykomórkowych lodowych kryształków i błony komórkowe twardniały, a w rym czasie molekuły cukrowe zastępowały w niektórych proteinach cząsteczki wody. Następnie, w trzeciej i najzimniejszej fazie, gładki lód kształtował się wokół komórek, nie przerywając ich, w procesie nazywanym zeszkleniem.

Od tego momentu rośliny mogły tolerować spadek do dwustu dwudziestu stopni Kelvina, ciepłoty, która była w przybliżeniu przeciętną temperaturą Marsa przed przylotem pierwszej setki kolonistów, ale teraz oznaczała wyjątkowe zimno. A śnieg, który padał w nawet częstszych obecnie burzach służył roślinom jako izolator, utrzymując ziemię, którą pokrywał, w stanie cieplejszym niż nagie powierzchnie narażone na bezpośredni kontakt z wiatrem. Kiedy Sax kopał po okolicy w śniegu zdrętwiałymi palcami, środowisko podśnieżne okazywało się niezwykle fascynujące, zwłaszcza przystosowanie do jakby wydzielonego ze spektrum błękitnego światła, które przenikało przez mniej więcej trzy metry śniegu — kolejny pokaz zjawiska rozpraszania Rayleigha. Sax miał ochotę obserwować ten zimowy świat osobiście przez całe sześć miesięcy trwania tej pory roku; stwierdził, że lubi przebywać na dworze pod niskimi, ciemnymi falami chmur, na białej powierzchni ośnieżonego lodowca, chodząc, pochylając się przed porywami wiatru i z trudem forsując śnieżne zaspy. Jednak Claire chciała, aby wrócił do Burroughs i popracował w laboratorium nad tamaryszkiem tundrowym, który wyhodowali w marsjańskich słojach. Zresztą Phyllis i reszta załogi z Armscoru i Zarządu Tymczasowego także wracała. Pewnego dnia pozostawili więc stację pod opieką małej grupki badaczy-ogrodników, uformowali karawanę pojazdów i ruszyli razem z powrotem na południe.

Sax aż jęknął, kiedy usłyszał, że Phyllis i jej grupa będą wracać wraz z jego ekipą. Miał nadzieję, że samo fizyczne rozdzielenie się spowodowałoby zakończenie kontaktów z Phyllis i pozwoliło mu zniknąć spod jej bacznego oka. Ale skoro wracali razem, uświadomił sobie, że będzie musiał coś przedsięwziąć, znaleźć jakiś sposób, by z nią zerwać, i — tak jak bardzo pragnął — zakończyć ten romans. Wiedział, że pomysł wplątywania się w takie stosunki z Phyllis był od samego początku zły. Dlaczego się poddał temu niewytłumaczalnemu impulsowi, wyrzucał sobie. Teraz impuls przestał działać i Sax musiał przebywać w towarzystwie osoby, która była w najlepszym razie irytująca, a w najgorszym — niebezpieczna. Oczywiście, żadnej pociechy nie sprawiała mu myśl, że przez cały czas działał w złej wierze. Żaden szczegół nie wydawał się niczym więcej niż tylko drobnostką w porównaniu ze stanem rzeczy. Cóż, razem wziąwszy, całość sytuacji wydawała mu się wprost okropna.

Wobec czego, gdy pierwszego wieczoru po powrocie do Burroughs, zabrzęczał sygnał na nadgarstku Saxa i na maleńkim ekranie pojawiła się Phyllis z zaproszeniem na kolację, zgodził się szybko, zakończył rozmowę, a potem mamrotał do siebie, czując się nieswojo. To się staje zbyt uciążliwe, pomyślał.

Poszli do restauracji na patio, którą Phyllis znała z pobytu na Pagórku Ellisa, na zachód od Płaskowzgórza Hunta. Na prośbę Phyllis usadowili się przy narożnym stoliku, z widokiem na główną dzielnicę między Ellisem i Górą Stołową, gdzie drzewa Parku Księżnej otaczały nowo zbudowane domy. Leżąca po drugiej stronie parku Góra Stołowa była tak mocno oszklona ścianami, że wyglądała jak gigantyczny hotel, a bardziej odległe płaskowzgórza były niewiele mniej okazałe.

Kelnerzy i kelnerki przynieśli najpierw karafkę wina, potem kolację, przerywając szczebiotanie Phyllis, która opowiadała głównie o nowej budowie na Tharsis. Najwyraźniej bardzo interesowały ją również pogawędki z kelnerami i kelnerkami: podpisywała dla nich swoim nazwiskiem serwetki i pytała, skąd pochodzą, jak długo są na Marsie i tak dalej. Sax jadł spokojnie. Obserwował Phyllis lub patrzył na Burroughs i czekał, aż posiłek się skończy. Kolacja wydawała się ciągnąć godzinami.

Wreszcie skończyli jeść i pojechali windą na pokład doliny. Jazda windą przywiodła Saxowi na pamięć wspomnienie ich pierwszej wspólnej nocy, co sprawiło, że poczuł jakiś nieokreślony niepokój. Być może Phyllis odczuwała podobnie, ponieważ odeszła w drugi koniec wagonika i długi zjazd minął im w milczeniu.

Potem, na trawiastej alei, musnęła wargami policzek Saxa, mocno i szybko go uściskała i powiedziała:

— To był czarujący wieczór, Stephenie. Cudownie wspominam również okres na Arenie, a poza tym nigdy nie zapomnę naszej małej przygody pod lodowcem. Teraz jednak muszę wracać do Sheffield, gdzie czeka na mnie do załatwienia mnóstwo spraw, które nagromadziły się podczas mojej nieobecności. Sam rozumiesz… Mam nadzieję, że mnie odwiedzisz, jeśli będziesz kiedyś w pobliżu.

Sax starał się zapanować nad twarzą i próbował odgadnąć, jak czułby się w takiej chwili Stephen i co by powiedział. Phyllis była kobietą próżną i istniała możliwość, że zapomni o całym romansie szybciej, jeśli raczej będzie unikać myśli o ranie, którą komuś zadała porzuciwszy go, niż rozpamiętując, dlaczego porzucony kochanek wydawał się odczuwać taką ulgę. Sax usiłował więc spotęgować lekką urazę, którą czuł i zachować się jak osoba, którą obrażono takim potraktowaniem. Zacisnął kąciki ust, po czym opuścił głowę i spojrzał w bok.