Выбрать главу

Większość potoczyła na to stwierdzenie oczyma, a Borazjani oznajmił, że za chwilę odbędzie się w tej sali kolejny wykład. Nikt nie wypowiedział się na temat jego błyskotliwej prelekcji, która uporządkowała wszystkie dane o poszczególnych metodach grzewczych w tak wiarygodny sposób. Jednocześnie świadczyło to jednak również o powszechnym szacunku dla niego, ponieważ nikt także niczego nie zakwestionował — prymat Borazjaniego na tym polu uznawano bezspornie. Ludzie zaczęli powoli wstawać. Niektórzy podchodzili, by osobiście porozmawiać z prelegentem, reszta natomiast ruszyła z sali do korytarza, który natychmiast zaszumiał tysiącem rozmów.

Sax poszedł z Berkiną na obiad do kafeterii tuż za podnóżem Płaskowzgórza Branch. Dokoła nich jadło i rozmawiało o wydarzeniach tego ranka wielu naukowców z całego Marsa.

— Sądzimy, że chodzi o kilka cząstek na miliard.

— Nie, siarczki zachowują się dość ostrożnie.

Z tego, co Russell słyszał, ludzie przy sąsiednim stoliku zakładali, że nastąpi zmiana w model dwufazowy. Któraś z kobiet wspomniała coś o podnoszeniu średniej temperatury do dwustu dziewięćdziesięciu pięciu stopni Kelvina, czyli o siedem stopni więcej niż przeciętna ciepłota Ziemi.

Aż mrugał oczyma na wszystkie te manifestacje pośpiechu, wynikające z pragnienia ciepła. Nie widział powodu, by czuć się niezadowolonym z postępu, którego dokonano do tej pory. Ostatecznym celem projektu było w końcu nie czyste ciepło, ale powierzchnia, na której mogliby żyć ludzie, a rezultaty uzyskane do tej pory rzeczywiście nie wydawały się dawać powodu do skarg. Ciśnienie w obecnej atmosferze wynosiło przeciętnie sto sześćdziesiąt milibarów w punkcie odniesienia, a składała się ona niemal w równych częściach z dwutlenku węgla, tlenu i azotu, ze śladowymi ilościami argonu i innych gazów. Nie taką wprawdzie mieszankę Sax chciałby widzieć na końcu całego procesu zmian, ale był to optymalny wynik, jaki mogli osiągnąć, biorąc pod uwagę zapas substancji lotnych, z którymi musieli zaczynać. Mieszanka uosabiała konkretny krok na drodze do ostatecznego rezultatu, który pragnął osiągnąć Sax. Jego przepis na taką mieszaninę, zgodnie z wczesnym sformułowaniem Fogga, był następujący:

300 milibarów azotu

160 milibarów tlenu

30 milibarów argonu, helu i innych gazów

l0 milibarów dwutlenku węgla

co daje:

Całkowite ciśnienie u podstawy: 500 milibarów

Wszystkie te ilości opierały się na potrzebach fizycznych i różnego rodzaju ograniczeniach. Całkowite ciśnienie musiało być wysokie na tyle, aby skierować tlen do krwi, a pięćset milibarów wynosiło ciśnienie ziemskie na wysokości około czterech tysięcy metrów, blisko górnej granicy takiej atmosfery, w jakiej ludzie mogli żyć bez przerwy. Biorąc pod uwagę, że ciśnienie tego powietrza znajdowało się blisko górnej granicy, byłoby najlepiej, gdyby w tej rzadkiej atmosferze występował procent tlenu wyższy niż ziemski, jednak nie wiele większy, ponieważ wówczas trudno byłoby zagasić ewentualne pożary. Równocześnie należało utrzymać dwutlenek węgla poniżej poziomu dziesięciu milibarów, w przeciwnym razie był trujący. Co do azotu, im więcej go, tym lepiej, w gruncie rzeczy idealne byłoby siedemset osiemdziesiąt milibarów, tyle że całkowity zapas azotu na Marsie szacowano obecnie na mniej niż czterysta milibarów, więc racjonalnie można było wymagać wprowadzenia do atmosfery co najwyżej trzystu milibarów, może trochę więcej. Brak azotu stanowił w istocie jeden z największych problemów, z jakimi musiało się mierzyć terraformowanie, potrzebowano bowiem tego pierwiastka więcej niż było dostępne, zarówno w powietrzu, jak i w glebie.

Sax jadł w milczeniu, nie podnosząc oczu znad talerza i myślał intensywnie o wszystkich tych czynnikach. Poranne dyskusje dały mu powód do zastanowienia się, czy podjął właściwe decyzje w 2042 roku: czy zapas substancji lotnych mógł usprawiedliwiać jego próbę osiągnięcia w jednej fazie powierzchni, na której zdolni są żyć ludzie. Niewiele z tych decyzji można było teraz zmienić. Jednak, rozważywszy wszystkie za i przeciw, Sax nadal uznawał swoje decyzje za trafne. Shikata ga nai, naprawdę nie było innego wyjścia, jeśli chcieli osiągnąć możliwość swobodnego chodzenia po powierzchni Marsa jeszcze za swego życia. Nawet jeśli było ono tak znacznie wydłużone.

Istniały jednak osoby, którym bardziej zależało na atmosferze o wysokiej temperaturze niż takiej, w której można oddychać. Ludzie ci byli najpewniej przekonani, że potrafią podnieść poziom dwutlenku węgla, ogrzać atmosferę w sposób bardzo szybki, a następnie bez problemów zredukować ilość tego trującego dla człowieka gazu. Sax wątpił w to; każde dwufazowe działanie było jego zdaniem zbyt skomplikowane, tak skomplikowane, że nie mógł się przestać zastanawiać, czy cały proces nie zająłby im rzeczywiście dwudziestu tysięcy lat, jak prorokowali najwięksi pesymiści wśród wczesnych zwolenników dwufazowego modelu. Aż zamrugał, rozmyślając nad tą kwestią. Naprawdę nie widział konieczności takiego wyboru. Czy ludzie rzeczywiście chcą zaryzykować taki długoterminowy program, zastanawiał się. Czy aż tak zafrapowały ich nowe gigantyczne technologie, które zaczęli mieć do swojej dyspozycji, że uwierzyli, iż wszystko jest możliwe?

— Jakie było pastrami? — spytał Berkina.

— Co było jakie?

— Pastrami. Kanapka z wędzoną wołowiną, którą właśnie zjadłeś, drogi Stephenie.

— Ach tak! Świetna, naprawdę świetna. Musiała być świetna.

Sesje tego popołudnia były w większości poświęcone ubocznym problemom, wiążącym się z sukcesami kampanii globalnego ocieplania. Kiedy bowiem temperatury powierzchniowe rosły i podziemna biota powoli przenikała coraz głębiej w regolit, wieczna zmarzlina w dole zaczynała się topić, dokładnie tak, jak się spodziewano. Tyle że powodowało to katastrofę w pewnych regionach o wyjątkowo dużej zmarzlinie. Jednym z nich była, niestety, sama Isidis Planitia. Sytuację jej opisywała, gromadząc bardzo wielu słuchaczy, prelekcja areolog z laboratorium Praxis w Burroughs. Isidis była jednym z dużych basenów pouderzeniowych, mniej więcej rozmiaru Argyre. Jej północne zbocze było całkowicie zerodowane, a południowy stożek stanowił obecnie część Wielkiej Skarpy. Podziemny lód spływał ze Skarpy i zalegał w basenie przez miliardy lat, a teraz lód przy samej powierzchni topniał latem, po czym znowu zamarzał w zimie. Ten ciągły cykl „odwilż-zamarzanie” sprawiał, że zmarzlina to się podnosiła, to opadała na niesłychaną skalę; zjawisko było dość bliskie zwykłych podobnych fenomenów na Ziemi (choć tam odbywały się na wielokrotnie mniejszą skalę): zjawiska krasów i ping. Na Marsie powstawały duże, sto razy większe od swoich ziemskich odpowiedników zagłębienia i wielkie hałdy. Na całej Isidis te gigantyczne nowe wgłębienia i pagórki pokrywały nierównościami krajobraz i po odczycie wzbogaconym o sekwencję wstrząsających przeźroczy, prelegentka poprowadziła wielką grupę zainteresowanych naukowców na południowy kraniec Burroughs, obok Płaskowzgórza Moeris Lacus do ściany namiotu, gdzie cała okolica wyglądała, jak gdyby zniszczyło ją trzęsienie ziemi: ziemia podniosła się, ujawniając rosnącą masę lodu przypominającą łyse, koliste wzgórze.