Выбрать главу

— O, tu macie państwo niemal wzorcowe pingo — oświadczyła areolog tonem posiadaczki ziemskiej. — Lodowe masy są stosunkowo czyste w porównaniu z typową matrycą zmarzlinową i działają w tej formie w taki sam sposób, w jaki zachowują się skały: kiedy zmarzlina ponownie zamarza w nocy albo w zimie, rozszerza się i wszystko, co jest mocno zbite w tym obszarze, zostaje pchnięte w górę ku powierzchni. W ziemskiej tundrze znajduje się wiele podobnych ping, ale żadne nie jest tak duże jak to. — Kobieta poprowadziła grupę w górę po potrzaskanym betonie czegoś, co kiedyś było płaską, równą ulicą i tam, z glinianego stożka krateru naukowcy zaczęli wypatrywać na kopiec brudnobiałego lodu. — Przebijamy go jak czyrak, topimy i odprowadzamy w kanały.

— Dla niektórych regionów coś takiego mogłoby stanowić oazę — zauważył cicho Sax. — Topiłoby się latem i nawadniało teren dokoła siebie. W takim miejscu jak to powinniśmy posiać ziarna, rozrzucić zarodniki i posadzić kłącza.

— To prawda — zgodziła się z nim Jessica. — Chociaż, patrząc realistycznie, trzeba stwierdzić, że kraina wiecznej zmarzliny i tak zapewne skończy się pod morzem Vastitas.

— Hmm…

Prawda była taka, że Sax w tej chwili zupełnie zapomniał o wierceniach i eksploatacji Vastitas. Kiedy więc wrócili do centrum konferencyjnego, specjalnie poszukał odczytu opisującego aspekty tych prac. Znalazł jedną taką prelekcję o godzinie szesnastej: „Ostatnie postępy w procesach pompowania na zmarzlinie w północnym kręgu polarnym”.

Obserwował pokaz wideo beznamiętnie. Krąg lodu, który się rozszerzał pod ziemią z północnej czapy, wyglądał jak zatopiona część góry lodowej, zawierającej mniej więcej dziesięć razy więcej wody niż widoczna czapa. Zmarzlina Vastitas zawierała jej jeszcze więcej. Jednak wydostawanie tej wody na powierzchnię było jak… jak pozyskiwanie azotu z atmosfery Tytana, projekt tak trudny, że Sax nigdy nawet go nie rozważał we wczesnych latach; wtedy było to po prostu niemożliwe. Wszystkie te duże projekty — soletta, azot z Tytana, wiercenia północnego oceanu, częste spalanie w atmosferze lodowych asteroid — były przeprowadzane na tak ogromną skalę, że Sax złapał się na tym, iż ma problemy, by je sobie w ogóle wyobrazić. Musiał przyznać, że konsorcja ponadnarodowe mają bardzo odważne pomysły. Rzecz jasna, mieli do dyspozycji nowe możliwości w planowaniu i materiałoznawstwie, a poza tym pojawiły się nowe, całkowicie samoodtwarzające się wytwórnie; wszystko to umożliwiło techniczną wykonalność tych projektów, ale też początkowe inwestycje finansowe wciąż były ogromne.

Jeśli chodzi o możliwości techniczne, dość szybko je sobie wyobraził. Uznał po prostu, że stanowią one rozwinięcie tego, co on sam robił kiedyś wraz z grupą swoich współpracowników: rzeczywiście rozwiązanie niektórych podstawowych problemów dotyczących materiałów, projektowania i kontroli homeostatycznej mogło sprawić, że czyjeś siły bardzo znacznie rosły. Należało zatem rozumieć, że zasięg tego, co chcieli osiągnąć ponadnarodowcy, nie przewyższał już ich możliwości, a biorąc pod uwagę kierunki, w jakich czasami pragnęli się oni posunąć, było przerażające.

W każdym razie między równoleżnikiem północnym sześćdziesiątym a siedemdziesiątym umieszczono obecnie około pięćdziesięciu platform wiertniczych i drążono tam teraz studnie, w które wprowadzano urządzenia topiące zmarzlinę: metody sięgały od grzewczych chodników odbiorczych po wybuchy atomowe. Wówczas wypompowywano nową topninę i rozlewano ją na wydmach Vastitas Borealis, gdzie ponownie zamarzała. W końcu ta lodowa tafla powinna stopnieć, częściowo pod swym własnym ciężarem, a wtedy powstałby ocean w kształcie pierścienia otaczającego północne równoleżniki sześćdziesiąty i siedemdziesiąty, ocean, który byłby bez wątpienia bardzo dobrym zapadliskiem termicznym, tak zresztą jak wszystkie oceany. Chociaż, podczas gdy zapadlisko pozostałoby lodowym morzem, wzrost albedo spowodowałby prawdopodobnie stratę ciepła netto wobec globalnego systemu. Był to więc kolejny przykład na to, jak różne ich operacje szkodziły sobie nawzajem. Tak było z lokalizacją samego Burroughs, zależnego od tego nowego pomysłu: miasto znajdowało się bowiem niestety pod poziomem planowanego morza, było jego punktem wyjściowym. Mówiło się więc o utworzeniu dajki albo mniejszego morza, ale nikt na pewno nie wiedział, jak rozwiązać ten problem. Tak czy owak, Sax uważał, że wszystko to jest bardzo interesujące.

Brał udział w konferencji codziennie, całymi dniami, niemalże mieszkając w wyciszonych salkach i korytarzach centrum konferencyjnego. Rozmawiał z kolegami naukowcami, z autorami plakatów i ze swoimi sąsiadami na widowni. Kilka razy musiał udawać, że nie zna swych starych współpracowników, co czyniło go wystarczająco nerwowym, by unikał ich, kiedy tylko mógł. Ale ludzie ci najwyraźniej wcale nie uważali, by im przypominał kogoś, kogo kiedyś znali i przeważnie nie sprawiało mu problemu rozmawianie z nimi tylko o nauce. Robił to zresztą z ogromną przyjemnością. Uczestnicy konferencji wygłaszali odczyty, zadawali pytania, dyskutowali na temat szczegółów, omawiali implikacje poszczególnych stwierdzeń, a wszystko to pod równomierną fluorescencyjną poświatą salek konferencyjnych, w cichym szumie wentylatorów i wideoodtwarzaczy — jak gdyby znajdowali się w świecie poza czasem i przestrzenią, na wyimaginowanym obszarze czystej nauki, która z pewnością stanowiła jedną z największych zdobyczy ludzkiego ducha. Byli czymś w rodzaju utopijnej społeczności, żyjącej wygodnie, pogodnie i pod ochroną. Dla Saxa ta naukowa konferencja naprawdę była utopią.

A jednak te sesje charakteryzowały się jakimś nowym tonem, czymś w rodzaju dziwnej nerwowości, z którą nigdy przedtem się nie spotkał i która go raziła. Pytania po prezentacjach były bardziej agresywne, odpowiedzi udzielane szybko i defensywnie. Czystą sztukę naukowego dyskursu, którą tak lubił (choć musiał przyznać, że nie była ona wcale całkowicie czysta) osłabiały obecnie prymitywne kłótnie i brutalna walka o władzę, motywowane przez coś więcej niż tylko zwykły egoizm. Nie wystarczały takie postępki, jak mniej czy bardziej nieświadome wykorzystanie pracy Borazjaniego przez Simmona i wyborna riposta tego pierwszego; częściej Sax miał tu do czynienia z bardziej bezpośrednimi wzajemnymi atakami. Na przykład zdarzyło się tak, że przy końcu prelekcji na temat głębokich moholów i możliwości dotarcia do płaszcza planety podniósł się z miejsca jakiś niski łysy Ziemianin i ni stąd, ni zowąd oznajmił:

— Nie sądzę, żeby podstawowy model litosfery był tutaj obowiązujący.

Następnie wyszedł z sali.

Sax patrzył na całą tę scenę, nie wierząc własnym oczom.

— O co mu właściwie chodziło? — zapytał szeptem Claire.

Kobieta potrząsnęła głową.

— Pracuje dla Subarashii nad soczewką napowietrzną i przedstawicielom jego konsorcjum nie podoba się potencjalna konkurencja wobec ich programu topienia regolitu.

— Mój Boże.

Sesja pytań i odpowiedzi toczyła się chaotycznie, co rusz przeplatana pokazem grubiaństwa; Sax jednakże wyślizgnął się z sali i spojrzał z zaciekawieniem za oddalającym się naukowcem z Subarashii. Cóż ten osobnik sobie myśli, zastanowił się.

Ale nietakt mężczyzny nie stanowił odosobnionego przykładu dziwacznego zachowania tutejszych naukowców. Wśród uczestników konferencji wyczuwało się napięcie. Rzecz jasna, chodziło o wysokie stawki; jak pokazało to na małą skalę pingo pod Moeris Lacus, istniały pewne uboczne skutki badanych i zalecanych podczas konferencji procedur, skutki, które kosztowały sporo pieniędzy, czasu, a nawet istnień ludzkich. W grę wchodziły także pobudki finansowe…