I teraz, kiedy konferencja zbliżała się ku końcowi, w programie coraz mniej było odczytów poświęconych bardzo szczegółowym zagadnieniom, a coraz więcej ogólnych prezentacji i warsztatów, włącznie z pewnymi prelekcjami w głównej sali na temat nowych hiperplanów, które nazywano tu „projektami monstrualnymi”. Miały one tak wielki wpływ, że oddziaływały na prawie wszystkie inne plany. Kiedy uczestnicy konferencji dyskutowali o nich, spierali się w rezultacie na temat polityki, poruszając częściej problem tego, co należy teraz zrobić, niż mówiąc o tym, czego już dokonano. To zawsze zmieniało wszelkie debaty w kłótnie, choć żadne dotychczasowe nie były tak ostre jak teraz, gdy wszyscy próbowali wykorzystywać pozyskane na wcześniejszych prezentacjach informacje w obronie swych własnych pobudek, jakiekolwiek by one były. Tutejsi naukowcy wkroczyli w tę nieszczęsną strefę, gdzie nauka zaczyna dryfować w kierunku polityki, gdzie prace naukowe stają się „projektami dotowanymi”. Doprawdy konsternujący był widok, jak polityka, ta zepsuta, ponura strefa ludzkiego myślenia, zakłóca kiedyś tak neutralny teren każdej konferencji.
Jedną z przyczyn tego, co Sax uświadomił sobie podczas któregoś z samotnych obiadów, stanowiła bez wątpienia sama wielkonaukowa natura „projektów monstrualnych”. Wszystkie one były bowiem tak kosztowne i trudne, że wykonanie każdego z nich przyznawano innemu konsorcjum ponadnarodowemu. Taka strategia wydawała się jedyną możliwą wobec ogromu planów, jedynym oczywistym i z pewnością skutecznym posunięciem, ale niestety oznaczała ona ciągłe walki — stałe ścieranie się rozmaitych punktów widzenia w kwestii ataku na program terraformowania. Osoby broniące którejkolwiek z koncepcji twierdziły, iż właśnie ta metoda jest metodą absolutnie najlepszą, a w rzeczywistości naginały dane, aby bronić własnych poglądów czy też raczej poglądów przedsiębiorstwa, dla którego pracowały.
Konsorcjum Praxis, na przykład, wraz ze Szwajcarami było liderem szeroko pojętego projektu biotechnologicznego, wobec czego sprzyjający mu teoretycy bronili tego, co nazywali modelem ecopoesis. Model ten utrzymywał, że w aktualnym momencie rozwoju planety nie potrzeba żadnego dalszego dopływu ciepła ani uwalniania substancji lotnych i że sam proces biologiczny, wspomagany przez minimum ekologicznej inżynierii, wystarczy, aby terraformować planetę do poziomów planowanych we wczesnym modelu Russella. Sax sądził, że nie mylili się zapewne w swej ocenie, jeśli się weźmie pod uwagę pojawienie się soletty, chociaż uważał ich skale czasowe za zbyt optymistyczne. Wiedział jednakże, że ponieważ pracuje dla Biotique, jego sąd również może nie być całkowicie bezstronny.
Naukowcy z Armscoru twierdzili jednak zdecydowanie, iż niski zapas azotu paraliżuje nadzieje zwolenników ecopoesis. Upierali się, że interwencjonizm przemysłowy jest konieczny. Ale… to oczywiście właśnie Armscor budował wahadłowce do transportowania azotu z Tytana. Przedstawiciele Zjednoczonych natomiast, sprawujący pieczę nad wierceniami w Vastitas, podkreślali decydujący wpływ aktywnej hydrosfery. A ludzie z Subarashii, pod opieką których znajdowały się nowe zwierciadła orbitalne, starali się przekonać wszystkich, że wielką siłę soletty i soczewki napowietrznej można wykorzystać do wpompowania ciepła i gazów do systemu, dzięki czemu cały proces zostałby znacząco przyspieszony. Zawsze zupełnie oczywisty był fakt, dlaczego dana osoba jest zwolennikiem tego, a nie tamtego programu: wystarczyło spojrzeć na jej plakietkę z nazwiskiem i firmą, dla której pracuje, by przewidzieć, co będzie popierała, a co atakowała. Widząc, że nauka tak rażąco się uwikłała w wielki biznes, Sax poczuł dotkliwy smutek i wydawało mu się, że fakt ten trapi również wszystkich innych — nawet tych, którzy sami tak właśnie postępowali — co jeszcze bardziej zwiększało ogólne rozdrażnienie i uparte obstawanie uczestników dyskusji przy własnych poglądach. Wszyscy wiedzą, co się dzieje i nikomu się to nie podoba, myślał Sax, a w dodatku nikt się do tego nie przyznaje.
Najbardziej widoczne okazało się to podczas panelowej dyskusji na temat dwutlenku węgla, która odbyła się ostatniego ranka konferencji. Zmieniła się ona szybko w obronę soletty i soczewki napowietrznej, które na sali bardzo gwałtownie popierało dwóch naukowców z Subarashii. Sax siedział z tyłu pomieszczenia, słuchał ich entuzjastycznych opisów dużych zwierciadeł i czuł się coraz bardziej spięty i nieszczęśliwy, im dłużej tamci mówili. Sama soletta podobała mu się, będąc zresztą niczym więcej niż tylko logiczną kontynuacją efektu luster, które sam umieścił na orbicie w pierwszych latach terraformowania. Jednak poruszająca się na niskich wysokościach soczewka napowietrzna była bezspornie mechanizmem znacznie potężniejszym i gdyby wykorzystano jej pełne możliwości, spowodowałaby odparowanie do atmosfery setek milibarów gazów z powierzchni; spory ich procent stanowiłby na pewno dwutlenek węgla, który — według jednofazowego modelu Russella — nie był pożądany w powietrzu, a mógłby zostać w jakimś odpowiednim momencie operacji związany w regolicie. Istniało więc wiele trudnych pytań, które należało zadać na temat efektów działania soczewki napowietrznej, a ludziom z Subarashii powinno się surowo zakazać rozpoczęcia stapiania regolitu, zanim nie skonsultują się w tej kwestii z kimś spoza komisji koncesyjnej Zarządu Tymczasowego Organizacji Narodów Zjednoczonych. Sax jednak nie chciał ściągać na siebie zainteresowania, wtrącając się w tę sprawę, wobec czego pozostawało mu tylko milczeć, siedzieć na krześle obok Claire i Berkiny z wyłączonym komputerem, kręcić się niecierpliwie na siedzeniu i mieć nadzieję, że ktoś inny zada za niego wszystkie trudne pytania.
A ponieważ pytania te były tak samo oczywiste, jak trudne, rzeczywiście padały z sali; jakiś naukowiec z Mitsubishi, konsorcjum, które od samego początku było największym przeciwnikiem Subarashii, wstał w pewnej chwili i bardzo uprzejmie zapytał o niekontrolowane zjawisko oranżeriowe, które mogłoby powstać w wyniku zbyt dużej ilości uwalnianego dwutlenku węgla. Sax pokiwał z uznaniem głową na to stwierdzenie, naukowcy z Subarashii odpowiedzieli jednak po prostu, że mają nadzieję, iż nie dojdzie do sytuacji zbytniego ocieplenia; rozbrajająco dodali też, że przecież — tak czy owak — powstałe w ten sposób ciśnienie atmosferyczne w wysokości siedmiuset czy też ośmiuset milibarów byłoby bardziej wskazane niż ciśnienie pięciusetmilibarowe.
— Ależ nie, jeśli będzie to atmosfera dwutlenkowowęglowa! — mruknął Sax do Claire, która pokiwała głową.
Wówczas wstał H. X. Borazjani i powiedział dokładnie to samo, co myślał Sax, a w jego ślady podążyli inni. Sporo osób na sali ciągle traktowało oryginalny model Russella jako wzorzec działania i kładli szczególny nacisk na trudności z ewentualnym późniejszym wytrąceniem zbyt dużej nadwyżki dwutlenku węgla z powietrza. Tyle że w pomieszczeniu znajdowała się również spora liczba naukowców z Armscoru i Zjednoczonych, którzy — podobnie jak ci z Subarashii — albo twierdzili, że wytrącanie dwutlenku węgla wcale nie jest trudne, albo wręcz, że ciężka od dwutlenku węgla atmosfera nie jest pozbawiona zalet. Ekosystem większości roślin wraz z owadami tolerującymi dwutlenek węgla i może dodatkowo jakimiś genetycznie ukształtowanymi zwierzętami bujnie rozwijałby się w tym ciepłym, gęstym powietrzu, mówili, a ludzie mogliby chodzić po dworze w podkoszulkach i niczym cięższym niż tylko maski tlenowe na twarzach.
Takie wypowiedzi sprawiły, że Sax niemal zazgrzytał zębami z wściekłości, na szczęście jednak nie był jedyną osobą tak zdenerwowaną, dzięki czemu udało mu się pozostać na siedzeniu, podczas gdy inni wstawali z krzeseł, by zakwestionować tę fundamentalną zmianę celu terraformowania. Kłótnia szybko się zaogniła, aż stała się naprawdę zawzięta.