Выбрать главу

Te czynniki w zupełności wystarczyły, by Sax uznał wydarzenia roku 2061 za wojnę światową. Była to, jak wywnioskował, śmiertelna, synergistyczna kombinacja walk między konsorcjami ponadnarodowymi i rewolucji wywołanej przez masy pozbawionych praw ludzi, którzy sprzeciwiali się porządkowi narzucanemu przez konsorcja ponadnarodowe. Jednak gwałtowność chaosu przekonała ponadnarodowców, by chwilowo odsunąć na dalszy plan własne interesy albo przynajmniej połączyć się na jakiś czas we wspólnym celu, przez co upadły wszystkie ruchy rewolucyjne, zwłaszcza po tym, jak interweniowały wojska Grupy Siedmiu, aby ocalić konsorcja ponadnarodowe przed przejęciem i rozbiciem ich majątku w państwach, które dotąd praktycznie były ich własnością. Wszystkie największe wojskowo-przemysłowe kraje natychmiast utworzyły wspólną strategię działania, co sprawiło, iż ta trzecia wojna światowa była bardzo krótka w porównaniu z pierwszymi dwoma. Choć krótka, była jednak straszliwa: w roku 2061 zmarło mniej więcej tyle osób co w pierwszych dwóch wojnach razem wziętych.

Mars stanowił w tej trzeciej wojnie światowej kampanię drugorzędną, w której pewne ponadnarodowe konsorcja po prostu przesadnie zareagowały na wprawdzie spektakularną, ale zupełnie zdezorganizowaną rewoltę. Kiedy ją stłumiły, Mars znalazł się w jeszcze ściślejszym uścisku głównych koncernów, które otrzymywały na to błogosławieństwo Grupy Siedmiu i innych klientów ponadnarodowców. A Ziemia dalej się słaniała, pomniejszona o sto milionów swych mieszkańców.

Poza tym nic się nie zmieniło. Żadnego z problemów nie rozwiązano. Wobec czego cala sytuacja mogła się równie dobrze powtórzyć. To jest naprawdę możliwe, uświadomił sobie Sax. Można nawet posunąć się do stwierdzenia, że to jest bardzo prawdopodobne.

Nadal kiepsko sypiał. I chociaż spędzał dni w zwykłej rutynie pracy i własnych przyzwyczajeń, wydawało mu się, iż patrzy na wszystko zupełnie inaczej niż przed konferencją. Stanowiło to kolejny dowód, jak ponuro przypuszczał, że pojęcie wizji jest konstruktem wzorcowym. Teraz jednak nie miał wątpliwości, że konsorcja ponadnarodowe są wszędzie. W kategoriach władzy właściwie prawie nie istniało nic innego. Burroughs było z pewnością miastem konsorcjów, a z tego, co mówiła Phyllis, Sax wywnioskował, że Sheffield także. Nie istniały tam żadne z narodowych zespołów naukowych, które rozmnożyły się w latach przed konferencją traktatową. A ponieważ przedstawiciele pierwszej setki kolonistów nie żyli bądź przebywali w ukryciu, cała tradycja Marsa jako stacji badawczej zupełnie wygasła. A jaki był obecnie kierunek nauki zajmującej się projektem terraformowania, sam ostatnio widział; zrozumiał, czym stawała się ta nauka. Nie, nie, nie było już czystej nauki, teraz prowadzono tylko badania stosowane.

A kiedy dobrze się zastanowił nad całą sprawą, dostrzegł, że w ogóle istnieje już bardzo niewiele innych śladów po starych narodach-państwach. Z doniesień programów informacyjnych można było wnioskować, że większość z nich zbankrutowało, nawet te z Grupy Siedmiu; miały ogromne długi, przeważnie, rzecz jasna, u konsorcjów ponadnarodowych. Po przejrzeniu niektórych raportów Sax uświadomił sobie, że konsorcja ponadnarodowe w pewnym sensie nawet przejmowały mniejsze państwa, jako coś w rodzaju trwałych aktywów, na zasadzie nowego porozumienia przedsiębiorstwo-rząd, które bardzo się oddalało od starych kontraktów „państw flagowych”.

Przykładem tego nowego układu w nieco odmiennej formie był sam Mars, który najwyraźniej został skutecznie przejęty przez duże konsorcja ponadnarodowe. A teraz, kiedy ponownie zainstalowano windę, ogromnie wzrósł tu eksport złóż oraz import ludzi i towarów. Notując te przedsięwzięcia, ziemskie rynki papierów wartościowych reagowały histerycznie, akcje co rusz szły w górę i nic nie wskazywało na to, by miały przestać rosnąć, mimo oczywistego faktu, iż Mars mógł dostarczyć Ziemi tylko niektórych metali i to w dość ograniczonych ilościach. Wobec czego Sax podejrzewał, że zwyżka na rynku akcyjnym przypominała w gruncie rzeczy złudne zjawisko bańki mydlanej: wystarczy jedno nakłucie, bańka pęka i wszystkie akcje mogą równie dobrze natychmiast gwałtownie spaść. A może nie… Makroekonomia stanowiła dziedzinę bardzo nieokreśloną i w pewnym sensie cały rynek papierów wartościowych był po prostu zbyt iluzoryczny, aby dało się odgadnąć prawa, które nim rządziły. Ale któż może wiedzieć, póki to nie nastąpi? Sax, który wędrując ulicami Burroughs oglądał tabele z cenami akcji w oknach biur, z pewnością nie pokusiłby się o jakiekolwiek przewidywania. W końcu, myślał, człowiek nie jest układem wymiernym.

Ta głęboka prawda potwierdziła się, gdy pewnego wieczoru w drzwiach Saxa pojawił się Desmond. Sam słynny Kojot, przybyły z Ziemi jako pasażer na gapę, maleńki brat Wielkiego Człowieka, stał teraz w progu mieszkania Saxa: nieduży i szczupły, ubrany w strój robotnika budowlanego — kombinezon o jaskrawych barwach (ukośne pasy w kolorach akwamaryny i królewskiej purpury ostro kontrastowały z limonowo-zielonymi butami od walkera). Wielu robotników budowlanych w Burroughs (a było ich tu naprawdę sporo) nosiło obecnie przez cały czas tego typu nowe, lekkie i elastyczne buty, jako coś w rodzaju modnego atrybutu i wszystkie one były w równie jaskrawych kolorach, choć bardzo niewiele z nich potrafiłoby zaćmić oszałamiający odcień fluorescencyjnych zieleni obuwia Desmonda.

Kiedy Sax na niego patrzył, Kojot uśmiechnął się swym dziwacznym uśmiechem.

— Piękne kolory, prawda? Bardzo odciągają uwagę, nie sądzisz?

Na szczęście rzeczywiście tak było, a swoje dredloki — doprawdy niezwykły widok na Marsie — Desmond przykrył beretem w barwach głębokiej czerwieni, żółci i zieleni.

— Chodź, wyjdźmy na drinka.

Kojot poprowadził Saxa do taniego baru nad kanałem, wbudowanego w bok masywnego, pustego pinga. Tłumek robotników budowlanych gęsto obsiadł długie stoły; mówili przeważnie z akcentem australijskim. Przy samym kanale jakaś szczególnie hałaśliwa grupa rozgrywała zawody w rzucaniu do wody lodowymi klocami wielkości kuł armatnich, od czasu do czasu trafiając nimi w trawę na przeciwległym brzegu, co wyzwalało radosne okrzyki i często zamówienie barowe w postaci kolejnej porcji tlenku azotawego. Przechodnie na drugim brzegu szerokim łukiem obchodzili tę część kanału.

Desmond zamówił cztery kieliszki tequili i jeden inhalator azotawy.

— Niedługo na naszej powierzchni wyrośnie agawa, prawda?

— Już teraz można by ją wyhodować — odparł Sax.

Siedzieli z tyłu jednego ze stolików. Co jakiś czas łokcie dwóch mężczyzn zderzały się z powodu tłoku i podczas picia Desmond mówił Saxowi do ucha. Punkt po punkcie przedstawiał całą listę upragnionych rzeczy, które chciał, aby Sax ukradł z Biotique. Rozmaite nasiona, zarodniki i kłącza, pewne środki do pobudzenia wzrostu roślin, jakieś trudne do syntetyzowania związki chemiczne…

— Hiroko prosiła, by ci przekazać, że naprawdę potrzebuje tego wszystkiego, ale w szczególności nasion.

— Nie może ich sama wyhodować? Nie lubię kraść.

— Życie to niebezpieczna gra — odrzekł Desmond, wznosząc toast za tę myśclass="underline" najpierw duży niuch tlenku azotawego, następnie spory łyk tequili. — Aaach — oświadczył z zadowoleniem.

— Nie chodzi o niebezpieczeństwo — stwierdził Sax. — Po prostu nie lubię robić takich rzeczy. Zrozum, ja z tymi ludźmi pracuję na co dzień.