Następnego popołudnia opuścili więc Burroughs i skierowali się na południe w górę Wielkiej Skarpy, a następnie wylądowali przy Stacji Libijskiej, jakieś siedemdziesiąt kilometrów od Burroughs. Tam wślizgnęli się do piwnicy, przeszli ukryte wewnątrz szafy drzwi, zeszli tunelem, aż wydostali się na zewnątrz. Otoczyła ich kamienna kraina. W płytkim rowie tektonicznym znaleźli jeden z pojazdów Desmonda, a kiedy nadeszła noc, ruszyli nim wzdłuż Skarpy na wschód, do małej kryjówki „czerwonych” w stożku Krateru Du Martheraya, obok odcinka płaskiej skały macierzystej, którego ich gospodarze używali jako pasa startowego. Desmond nie przedstawił Saxa napotkanym osobom, które zaprowadziły przybyłych do małego hangaru przy urwisku, gdzie wsiedli do jednego ze starych „niewykrywalnych” samolotów Spencera, zakołowali na skałę macierzystą, a potem przyspieszając falowo zjechali drogą startową. Wreszcie znaleźli się w powietrzu i przez noc lecieli powoli na wschód.
Podczas lotu długo milczeli. Sax dostrzegł światła na ciemnej powierzchni planety tylko trzy razy: pierwszym była stacja w Kraterze Escalante’a, drugim — maleńka ruchoma linia świateł pociągu okrążającego planetę, a ostatnim — jakiś niezidentyfikowany błysk w pustej krainie za Wielką Skarpą.
— Jak sądzisz, kto to jest? — spytał Sax.
— Nie mam pojęcia.
Po kilku kolejnych minutach Sax odezwał się ponownie:
— Natknąłem się na Phyllis.
— Naprawdę?! Rozpoznała cię?
— Nie.
Desmond roześmiał się.
— Oto i cała Phyllis.
— Wielu starych znajomych mnie nie rozpoznaje.
— No taak, ale Phyllis… Ciągle jest prezesem Zarządu Tymczasowego ONZ?
— Nie. Zresztą jej zdaniem nie jest to wcale wpływowe stanowisko.
Desmond po raz kolejny roześmiał się.
— Głupia baba. Chociaż, trzeba przyznać, że dzięki niej grupka ludzi wróciła z Clarke’a do świata cywilizacji. Osobiście myślałem, że są straceni.
— Wiesz coś więcej na ten temat?
— No cóż, rozmawiałem z dwoma mężczyznami, którzy tam byli. Ściśle rzecz biorąc, pewnej nocy w Burroughs w barze „Pingo”. Nie dało się ich uciszyć, gdy zaczęli opowiadać.
— Czy coś się zdarzyło pod koniec ich podróży?
— Pod koniec? Hm, taak… rzeczywiście. Ktoś umarł. Chyba jakiejś kobiecie przygniotło rękę, kiedy się ewakuowali z Clarke’a i Phyllis, która była osobą najbardziej obeznaną z medycyną, opiekowała się tamtą przez całą podróż i myślała, że uda się biedaczkę uratować, ale zdaje się, że coś poszło nie tak. Ci dwaj niezbyt jasno relacjonowali tę historię, tak czy owak, rannej zaczęło się pogarszać… Phyllis zwołała spotkanie modlitewne i gorąco modliła się za kobietę, ale tamta i tak umarła, na dwa dni przed ich wejściem w ziemski system.
— Cóż — szepnął Sax, a po chwili dodał: — Phyllis nie wydaje się już wcale taka… religijna.
Desmond prychnął.
— Nigdy nie była religijna, jeśli chcesz znać moje zdanie. Jej religią była religia biznesu. Jeśli odwiedzisz prawdziwych chrześcijan, takich jak ci ludzie mieszkający na dole w Christianopolis albo w Bingen, z pewnością nie zauważysz, by rozmawiali przy śniadaniu o zyskach lub narzucali ci swoją wolę z tak straszliwie obłudną prawością, którą jakoby się kierują. Prawość, dobry Boże… To najbardziej nieprzyjemna cecha u kogoś. Wiesz, że nie może być prawdziwa, co? I półświat chrześcijan nie jest taki. Mamy tu gnostyków, kwakrów, baptystów, rastafarian Baha’i i tak dalej, a są to najmilsi i najbardziej zgodni ludzie w podziemiu, jeśli mam coś na ten temat powiedzieć, a pamiętaj, że handluję z nimi wszystkimi. Są tacy… pomocni. I nie trajkoczą w kółko o sobie, jako najlepszych przyjaciołach Jezusa. Mają bliskie związki z Hiroko, podobnie jak sufici. Istnieje tam coś w rodzaju mistycznej sieci. — Zachichotał. — Ale Phyllis, o nie… ona, a także wszyscy inni fundamentaliści biznesu to ludzie, którzy używają religii, aby ukryć własne pragnienie władzy i bogactwa. Nienawidzę czegoś takiego. W rzeczywistości nigdy nie słyszałem, by Phyllis mówiła w sposób religijny, od chwili gdy wylądowaliśmy.
— A dużo miałeś okazji, by słyszeć, co mówi Phyllis od dnia lądowania?
Kojot ponownie się zaśmiał.
— Nie wyobrażasz sobie ile! Widziałem i słyszałem o wiele więcej niż ty w tamtych latach, panie wieczny mieszkańcu laboratoriów! Musisz wiedzieć, że naprawdę wszędzie miałem swoje małe kryjówki.
Sax zareagował sceptycznie, a Desmond ryknął śmiechem i poklepał go po ramieniu.
— Kto inny mógłby ci powiedzieć, jak wiele ty i Hiroko znaczyliście dla siebie w latach Underhill, co?
— Hmmm…
— Och, wierz mi, widziałem sporo. Oczywiście, to konkretne spostrzeżenie można by odnieść praktycznie wobec każdego mężczyzny w Underhill i miałoby się rację. Ta spryciula traktowała nas wszystkich jak swój harem.
— Poliandria?
— Dwóch naraz, niech to diabli! Albo dwudziestu naraz.
— Hmmm…
Desmond znowu się z niego śmiał.
Tuż po świcie dostrzegli biały słup dymu, przesłaniający gwiazdy nad całym kwadrantem nieba. Początkowo te gęstą chmurę uznali za widzianą na tle okolicy anomalię. Później jednak, kiedy lecieli dalej, a terminator planety przesuwał się pod nimi, na wschodnim horyzoncie przed sobą dostrzegli szeroki zakos jasnej powierzchni — pas czy też rów barwy pomarańczowej, nierówno posuwający się z północnego wschodu na południowy zachód, zaciemniony od dymu, który wydobywał się z jego fragmentu. Rów pod dymem wydawał się biały i niespokojny, jak gdyby jakaś mała wulkaniczna erupcja nastąpiła tylko w tym jednym miejscu. Nad nim widoczny był promień światła, a właściwie wiązka oświetlonego dymu, tak zwarta i masywna, że przypominała solidny, twardy słup, który rozszerzał się pionowo w górę i stawał mniej odległy, kiedy obłok rozrzedził się i zniknął, a sam dym dotarł na swą maksymalną wysokość około dziesięciu tysięcy metrów.
Na pierwszy rzut oka nie można było dostrzec na niebie żadnego śladu, który mógłby naprowadzić na źródło tej wiązki — w końcu soczewka napowietrzna znajdowała się przecież jakieś czterysta kilometrów nad głowami podróżników. Potem Saxowi wydało się, że widzi coś w rodzaju cienia chmury, który unosił się bardzo wysoko w górze. Może to właśnie soczewka, pomyślał, a może nie. Desmond również nie był tego pewien.
Jednak u stóp świetlnego słupa nie można już było mówić o jakiejkolwiek widoczności — on sam wyglądał osobliwie biblijnie, a stopiona skała pod nim naprawdę się żarzyła: bardzo jaskrawą, olśniewającą bielą. Tak właśnie prezentowało się pięć tysięcy stopni Kelvina wystawione na otwarte powietrze.
— Musimy być ostrożni — stwierdził Desmond. — Lecimy w tę wiązkę jak ćma w płomień świecy.
— Jestem także przekonany, że ten dym jest bardzo niespokojny.
— Tak. Zamierzam trzymać się od strony nawietrznej.
W dole, w miejscu, w którym słup oświetlonego dymu dotykał pomarańczowego kanału, nowy dym wydostawał się na zewnątrz w gwałtownych falach, niesamowicie oświetlony od dołu. Na północ od tego białego miejsca, gdzie skała prawdopodobnie była chłodniejsza, płynny kanał przywiódł Saxowi na myśl film o erupcjach hawajskich wulkanów. Jaskrawe, żółto-pomarańczowe fale przewalały się na północ strumieniem ciekłej skały, sporadycznie napotykając opór i bryzgając na ciemne brzegi stopionego kanału. Kanał miał około dwóch kilometrów szerokości i rozchodził się na horyzoncie w obu kierunkach; widoczne było może z dwieście kilometrów jego długości. W południowej części świetlnego słupa koryto kanału niemal całkowicie pokrywała stygnąca czarna skała, pocięta pajęczyną ciemnopomarańczowych rozpadlin. Geometryczne wyżłobienie kanału i słup światła stanowiły jedyne oczywiste znaki, że rów nie jest naturalnym kanałem magmowym; znaki te były aż nadto wystarczające. Poza tym na powierzchni Marsa od wielu tysięcy lat nie istniała już aktywność wulkaniczna.