Desmond zbliżył się do tego widoku, a potem przechylił ostro samolot i skierował na północ.
— Wiązka z soczewki napowietrznej posuwa się na południe, więc od strony północnej powinno nam się udać podlecieć bliżej.
Przez wiele kilometrów kanał stopionej skały pędził niezmiennie na północny wschód. Potem, kiedy dwaj podróżnicy oddalili się nieco od aktualnie „nagrzewanej” strefy, pomarańczowa barwa lawy ściemniała i magma z boków zaczęła się zlepiać z czarną powierzchnią, pociętą przez jeszcze większą liczbę pomarańczowych rozpadlin. Dalej powierzchnia kanału miała kolor czarny, tak samo jak brzegi po obu jego stronach; symetryczna połać czystej czerni, posuwająca się szybko przez rdzawe wyżyny Hesperii.
Desmond przechylił samolot, ponownie skierował na południe i podleciał bliżej kanału. Sax zauważył, że Kojot jest kiepskim pilotem: latał zrywami, co rusz niemiłosiernie spychając lekką maszynę to w tę, to w przeciwną stronę. Kiedy pomarańczowe rozpadliny znowu się pojawiły, wstępujący prąd cieplny ostro uderzył w samolot i Desmond przesunął maszynę nieco na zachód. Blask stopionej skały oświetlił brzegi kanału, które wyglądały teraz jak rzędy dymiących, bardzo ciemnych wzgórz.
— Zdawało mi się, że miały być szklane — oświadczył Sax.
— Obsydian. Ale, wyobraź sobie, że widziałem też inne kolory. Zawirowania różnych minerałów w szkle.
— Jak daleko sięga ta spalona strefa?
— Wycięli teren od Cerberusa do Hellas, posuwając się na zachód od wulkanów Tyrrhena i Hadriaca.
Sax aż gwizdnął.
— Mówi się, że ma to być kanał między Morzem Hellas i północnym oceanem.
— Tak, tak. Ale o wiele za szybko odparowują węglany.
— To zagęszcza atmosferę, czyż nie?
— Pewnie, ale dwutlenkiem węgla! Rujnują cały plan! Przez całe lata nie będziemy mogli oddychać taką atmosferą! Pozostaniemy zamknięci w miastach.
— Może sądzą, że uda im się wytrącić dwutlenek węgla z powietrza, kiedy temperatura się podniesie. — Desmond spojrzał na niego. — Widziałeś wystarczająco dużo?
— Znacznie więcej niż trzeba.
Desmond zaśmiał się swoim drażniącym śmiechem i ponownie ostro przechylił samolot. Zaczęli się posuwać za terminatorem, lecąc na zachód, nisko nad długimi, porannymi cieniami terenu.
— Pomyśl o tym, Sax. Przez jakiś czas ludzie będą zmuszeni pozostawać w miastach, co jest wygodne, jeśli chce się zachować nad wszystkim kontrolę. Wypalasz tą latającą lupą szramy w glebie, dzięki czemu naprawdę szybko otrzymujesz atmosferę o ciśnieniu jednego bara i ogrzewasz mokrą planetę. Potem znajdujesz jakąś metodę, by wyczyścić powietrze z dwutlenku węgla… Muszą mieć chyba jakiś pomysł, jakąś przemysłową lub biologiczną metodę, a może jedno i drugie… Chyba jakiś mają… bez wątpienia. A potem bardzo szybko uzyskujesz drugą Ziemię, naprawdę bardzo szybko. To wprawdzie jest dość kosztowne…
— Niezwykle kosztowne! Wszystkie duże projekty muszą kosztować konsorcja ponadnarodowe krocie, a w dodatku koncerny podejmują te decyzje, mimo iż jesteśmy na dobrej drodze do dwustu siedemdziesięciu trzech kelvinow. Nie rozumiem tego.
— Może im się wydaje, że dwieście siedemdziesiąt trzy stopnie to wynik zbyt skromny. Przeciętna równa temperaturze zamarzania wody nie jest w końcu żadną rewelacją. Trochę zbyt chłodno… To tylko… coś w rodzaju wizji terraformingowej w stylu Saxa Russella, można by powiedzieć. Praktycznej, ale… — Kojot zachichotał. — A może im się spieszy. Przecież na Ziemi jest coraz gorzej, musimy o tym pamiętać, Sax.
— Wiem — odrzekł ostro Sax. — Badałem to.
— Plus dla ciebie! Nie, naprawdę… Wiesz zatem, że coraz większa desperacja ogarnia ludzi, którzy nie otrzymują kuracji — starzeją się przecież i ich szansę, że kiedykolwiek zostaną poddani leczeniu wyraźnie maleją. A ci, którzy dostają kurację, zwłaszcza ludzie bogatsi, na górze, rozglądają się wokół siebie i próbują sobie znaleźć coś do roboty. Rok 2061 pokazał im, co może nastąpić, jeśli sytuacja się wymknie spod kontroli. Kupują więc biedne państewka niczym zepsute owoce mango pod koniec handlowego dnia. Ale to nic nie pomaga. I tutaj, tuż obok siebie, widzą świeżutką, pustą planetę, jeszcze nie gotową do zamieszkania, ale jakże bliską. Jakże pełną potencjału. To mógłby być dla nich nowy świat. Poza zasięgiem miliardów osób pozbawionych kuracji.
Sax zastanowił się nad słowami Kojota.
— Chcesz powiedzieć, że Mars miałby być czymś w rodzaju miejsca odległego azylu, do którego można uciec, jeśli na Ziemi zaczną się kłopoty?
— Dokładnie. Sądzę, że w konsorcjach ponadnarodowych są grupy ludzi, którzy pragną, by Mars terraformował się jak najszybciej i przy użyciu wszelkich możliwych środków.
— Mój Boże — szepnął tylko Sax. I przez całą drogę powrotną milczał.
Desmond towarzyszył Saxowi z powrotem do Burroughs, a kiedy wyszli z Południowej Stacji na Płaskowzgórze Hunta, przez korony drzew Parku nad Kanałem oraz przez szczelinę między Płaskowzgórzem Branch i Górą Stołową popatrzyli na Czarną Syrtę.
— Czy rzeczywiście robią takie głupstwa wszędzie na Marsie? — spytał poważnie Sax.
Desmond pokiwał smętnie głową.
— Następnym razem przywiozę ci listę takich miejsc.
— Nie zapomnij. — Sax potrząsnął głową, rozważając cały problem. — Tylko że… nie widzę w tym sensu. To się nie da utrzymać na dłuższą metę.
— Oni z pewnością myślą krótkoterminowo.
— Ale zamierzają żyć długo! Przypuszczalnie ciągle będą u władzy, gdy ta taktyka się załamie. Odpowiedzialność spadnie na nich!
— Może nie rozumują w ten sposób. Na górze następuje częsta rotacja stanowisk. Ktoś usiłuje szybko zdobyć sławę poprzez spektakularny rozwój firmy, licząc na to, że następnie zostanie zatrudniony na jeszcze lepszym stanowisku, gdzie spróbuje zrobić to samo. Wszystko polega na tym, by zdążyć usiąść na którymkolwiek ze stołków. Rodzaj gry w siadanego.
— Nie będzie miało znaczenia, na którym stołku usiądą, jeśli cała sala się rozpadnie! Nie zwracają uwagi na prawa fizyki!
— Jasne, że nie! Nie zauważyłeś tego wcześniej, Sax?
— Hmm… Chyba nie.
Oczywiście zauważył już, że ludzkie motywy są irracjonalne i niemożliwe do logicznego wyjaśnienia. Trudno było przeoczyć ten fakt. Teraz jednak uświadomił sobie, że wcześniej zakładał, iż ludzie, którzy pchają się do władzy, robią to w dobrej wierze, pragną bowiem rządzić w sposób racjonalny i brać pod uwagę długoterminową pomyślność ogółu ludzkości i jej biofizyczny system wspomagania życia. Desmond uśmiał się serdecznie, gdy Russell próbował przekazać mu swoje przemyślenia na ten temat, aż Sax nie wytrzymał i krzyknął z irytacją:
— Dlaczego w takim razie przyjmują taką kompromisową prace, jeśli nie pragną doprowadzić do czegoś takiego?
— Żądza władzy — wyjaśnił Desmond. — Władzy i zysku.
— No tak…
Sax zawsze na tyle mało interesował się tego typu sprawami, że trudno mu było zrozumieć, dlaczego ktoś inny miałby się nimi ekscytować. Co mogło stanowić indywidualny zysk dla danej jednostki z wyjątkiem swobody, by mogła robić to, na co ma ochotę? A skoro się już zyska taką wolność, wówczas dodatkowe bogactwo czy władza w gruncie rzeczy zaczynają tylko ograniczać wybór osoby je posiadającej i w rezultacie ograniczają jej wolność. Taki człowiek staje się sługą własnego bogactwa czy też władzy i jest zmuszony poświęcić cały swój czas na ochronę i starania utrzymania ich za wszelką cenę. Toteż, rozumując w ten sposób, Sax uważał, że swoboda naukowca pracującego na własny rachunek w laboratorium jest najwyższą możliwą wolnością. Dodatkowe bogactwo lub władza stają jedynie na przeszkodzie.