Usiadł na podłodze łazienki obok swej ofiary i przez chwilę łapał oddech. Phyllis nadal oddychała, wyczuł puls i mimo że płytki, był równomierny. Najwyraźniej nic jej się nie stało, chociaż podczas upadku zapewne uderzyła się mocniej niż wtedy, gdy ją ogłuszał. Skórę miała bladą i wilgotną, a obwisłe usta otwarte. Poczuł współczucie, póki nie przypomniał sobie jej groźby oddania go w ręce specjalistów ze służby bezpieczeństwa, aby wydarli z niego sekrety; choć metody, którymi się posługiwali w tym celu były bardzo nowoczesne, i tak nie dałoby się nazwać ich inaczej jak tylko torturami. A gdyby im się udało wydobyć od Saxa zeznanie, dowiedzieliby się o ukrytych koloniach na południu i o wszystkim innym. Kiedy poznaliby ogólne informacje, z pewnością żądaliby szczegółów. Na pewno nie istniała możliwość stawienia oporu mieszaninie podawanych przez nich narkotyków i działaniom modyfikującym zachowanie…
Zresztą nawet teraz Phyllis wiedziała zbyt wiele. Fakt, że Sax miał tak mocno osadzoną w aktach fałszywą tożsamość, implikował istnienie całej ukrytej bazy materialnej związanej z jego osobą. A gdy dowiedzą się o tej infrastrukturze, zapewne zechcą się nią zająć. A wówczas… Hiroko, Desmond, Spencer, który tkwił głęboko w systemie w Kasei Vallis, wszystkie dane wydobyte na światło dzienne… Nirgal i Jackie, Peter, Ann… i cała reszta znaleźliby się w niebezpieczeństwie. I wszystko tylko dlatego, że on, Sax Russell, nie był wystarczająco sprytny, by unikać zainteresowania takiej głupiej, strasznej kobiety jak Phyllis Boyle.
Rozejrzał się po męskiej łazience. Składały się nań dwie kabiny toaletowe: jedna z ubikacją, druga ze zlewem, a poza tym lustro oraz ściana z apteczkami, w których znajdowały się pigułki sterylizujące, gazy odprężające… Sax zapatrzył się na nie, łapiąc oddech i myśląc o całej sprawie. Kiedy miał już gotowy plan, wyszeptał kilka instrukcji do AI na nadgarstku. Desmond dał mu kiedyś program deszyfrująco-niszczący, więc teraz Sax podłączył swój naręczny komputer do komputera Phyllis i czekał, aż dane zostaną skopiowane. Na szczęście program potrafił zniszczyć wszystkie jej pliki: osobiste zabezpieczenia były dziecinną zabawką wobec programów Desmonda, opartych na wirusach wojskowych… Tak w każdym razie twierdził sam Kojot.
Jednak należało szybko postanowić, co zrobić z Phyllis. Gazem rekreacyjnym w ściennej apteczce był przeważnie tlenek azotawy w postaci inhalatorów jednostkowych, z których każdy zawierał około dwóch czy trzech metrów sześciennych gazu. Sala miała, jak na oko ocenił Sax, około trzydziestu pięciu czy czterdziestu metrów sześciennych. Kratka wentylacyjna znajdowała się przy suficie i można ją było zablokować kawałkiem papierowego ręcznika, którego cała rolka wisiała obok zlewu…
Sax wcisnął karty płatnicze do szczeliny apteczki i wykupił cały gaz odprężający, jaki zawierała: dwadzieścia małych, kieszonkowych buteleczek, wraz z maskami na nos i twarz. A tlenek azotawy był tylko nieco cięższy od powietrza Burroughs.
Wyjął maleńkie nożyczki z przegródki na narzędzia, mieszczącej się na nadgarstku i odciął z rolki kawałek ręcznika. Następnie wspiął się na klozet i zakrył kratkę wentylacyjną, wpychając w szpary wycięty kawałek. Ciągle pozostawały szczeliny, ale były bardzo małe. Zeskoczył na podłogę i podszedł do drzwi. Między ich dolną krawędzią i podłogą również znajdowała się szczelina, około jednego centymetra. Odciął jeszcze kilka pasków ręcznika. Phyllis prychała. Russell podszedł do drzwi, otworzył je, wykopał za próg buteleczki z gazem i wyszedł. Po raz ostatni spojrzał na przyciśniętą do podłogi Phyllis, a następnie zamknął za sobą drzwi, wpychając pod nie paski ręcznika i zostawiając jedynie małą szczelinę w rogu. Potem, rozejrzawszy się po korytarzu, usiadł, wziął buteleczkę, wsunął giętką maskę w pozostawiony otwór i wstrzelił zawartość buteleczki do męskiej łazienki. Powtórzył tę czynność z dwudziestoma butelkami, upychając puste pojemniczki w kieszeniach, a gdy te całkowicie się wypełniły, pozostałe buteleczki zapakował w małą torbę, zrobioną z ostatniego pasa ręcznika. Wstał, wskoczył do samochodu i usadowił się na siedzeniu kierowcy. Nacisnął na gaz i pojazd szarpnął do przodu, w ruchu przeciwnym do nagłego hamowania, które jakiś czas temu wyrzuciło Phyllis z tylnego siedzenia i spowodowało, że upadła na podłogę. Wspomnienie tej sceny jakoś dziwnie Saxa zabolało.
Pod wrażeniem owych myśli zatrzymał samochodzik, wysiadł i pobiegł z powrotem do męskiej toalety; buteleczki w kieszeniach stukotały i pobrzękiwały. Jednym szarpnięciem otworzył drzwi, wszedł wstrzymując oddech, chwycił Phyllis za kostki i wyciągnął ją na powietrze. Nadal oddychała, a na jej twarzy widniał nieznaczny uśmieszek. Sax powstrzymał nieprzepartą ochotę kopnięcia jej i biegiem wrócił do auta.
Z maksymalną prędkością przejechał na drugi stok Płaskowzgórza Hunta, a następnie wsiadł do windy i zjechał na poziom podziemnej kolejki. Wybrał pierwszy pociąg i pojechał nim przez miasto do Południowej Stacji. Ręce mu drżały, a dwa duże kłykcie prawej dłoni były spuchnięte i powoli zaczynały sinieć. Bardzo bolały.
Na stacji kupił bilet na południe, ale kiedy przy wejściu na peron podał go wraz z identyfikatorem kontrolerowi, oczy mężczyzny zrobiły się niewiarygodnie okrągłe z podniecenia, po czym kontroler i jego współpracownicy wyjęli pistolety, chcąc aresztować Saxa Russella. Nerwowo pokrzykiwali, jakby zwracając się o pomoc do jakichś osób, znajdujących się w innym pomieszczeniu. Najwidoczniej Phyllis odzyskała przytomność szybciej niż Sax to sobie wyliczył.
Część 5
Bezdomni
Biogeneza to przede wszystkim psychogeneza. Prawda owa nigdzie nie ujawniła się tak otwarcie jak na Marsie, gdzie noosfera poprzedziła biosferę — najpierw była myśl, która z otchłani kosmosu podążyła na niemą planetę, zaludniając ją historiami, planami i marzeniami, aż do momentu, kiedy z lądownika wysiadł John i oświadczył: „No cóż, więc wreszcie tu jesteśmy”. Od tej chwili, niczym za sprawą jakiegoś sekretnego impulsu, mknęła jak błyskawica wszechogarniająca zielona silą i wkrótce cały Mars tętnił już życiem viriditas. Jak gdyby sama planeta wyczula, że coś ją omija i w obliczu zmagania się umysłu ze skalą, wobec wałki noosfery przeciw litosferze, nieobecna dotąd biosfera rozprzestrzeniła się nagle z niewiarygodną szybkością, podobną do tej, z jaką w pustej ręce magika pojawia się znikąd papierowy kwiat.
A w każdym razie tak się wydawało Michelowi Duvalowi, który czul emocjonalny związek z każdym przejawem życia na tym rdzawym pustkowiu i który, w swoim czasie, uchwycił się areofanii Hiroko z taką determinacją, jak tonący człowiek usiłuje chwycić koło ratunkowe. Kontakt z areofanią odkrył mu nowy sposób rozumienia rzeczy. Chcąc doskonalić takie postrzeganie otaczającego go świata, Michel przejął zwyczaj Ann: każdego wieczoru wychodził na zewnątrz, godzinę przed zachodem słońca napawał się pięknem krajobrazu, gdzie każda wypukłość rzucała długie, wieczorne cienie, zaś on utwierdzał się wciąż w przekonaniu, że nawet najmniejszy zagon trawy może wręcz zachwycać. W każdym małym splocie turzycy czy kępce porostów widział teraz miniaturową Prowansję.
To było obecnie jego główne zadanie, jak sobie wyobrażał: trudna praca pogodzenia odśrodkowej antynomii ziemskiej Prowansji i Marsa. Michel czuł, że w tym zamyśle on sam jest częścią długiej tradycji, ponieważ podczas swoich najnowszych studiów zauważył, iż historia myśli francuskiej została zdominowana próbami rozwiązania skrajnych antynomii. Dla Kartezjusza taką antynomię stanowił umysł i ciało, dla Sartre’a: freudyzm i marksizm, dla Teilharda de Chardin: chrześcijaństwo i ewolucja. Listę można by znacznie rozszerzyć i Michel uznał, że specyfika francuskiej filozofii, jej heroiczne napięcie i tendencja do stawania się długim ciągiem ogromnych niepowodzeń, pochodziły z tej stale powtarzanej próby sprzęgnięcia w jedno niemożliwych do połączenia przeciwieństw. Może wszyscy Francuzi, łącznie z nim, mierzyli się wciąż z tym samym problemem, walczyli, by złączyć ducha i materię. I może właśnie dlatego myśl francuska posiadała tak często pożądane skomplikowane aparaty retoryczne, takie jak na przykład prostokąt semantyczny, układy, które potrafiłyby związać te odśrodkowe przeciwieństwa ze sobą w sieć, związać wystarczająco silnie, by się w tej sieci utrzymały.