I dokładnie taki był obecnie cel pracy Michela — cierpliwie łączyć zielonego ducha i rdzawą materię, a wszystko po to, by odkryć marsjańską Prowansję. Krzyżowe porosty, na przykład, wyglądały na tle części czerwonej równiny, jak pokryte jabłkowym jadeitem. Teraz, w klarownych światłach wieczorów koloru indygo (dawne różowe niebo sprawiało, że trawa wydawała się brązowa), barwa nieba pozwalała każdemu źdźbłu trawy promieniować tak czystą zielenią, że małe trawiaste fragmenty łąk zdawały się wibrować. Intensywny nacisk koloru na ludzką siatkówkę… Cóż za rozkosz.
Jednocześnie widok tej niezwykle szybko ukorzeniającej się, kwitnącej i gwałtownie rozprzestrzeniającej się pierwotnej biosfery dostarczał przeżyć z pogranicza grozy. Zauważało się tu prawdziwą falę prymitywnego parcia ku życiu, coś w rodzaju zielonego, elektrycznego ogniwa między biegunami skały i umysłu. Zupełnie nieprawdopodobna była siła, która tutaj wtargnęła, dotknęła łańcuchów genetycznych, ustawiła je w ciągi, stworzyła nowe hybrydy, następnie pomogła im się rozrosnąć, a nawet zmieniła ich środowiska, aby wspomóc ich rozrost i krzewienie się. Wszędzie oczywisty był naturalny entuzjazm życia dla życia, które walczyło i często zwyciężało. Teraz jednakże istniały również dłonie, które wskazywały, noosfera oblewająca wszystko od samego początku. A zielona siła wyrywała się w tę czerwoną krainę wraz z każdym dotykiem opuszków ludzkich palców.
Ludzie byli więc naprawdę sprawcami cudów, świadomymi twórcami, którzy przemierzali ten nowy świat niczym świeżo powstali młodzi bogowie, dzierżący w dłoniach ogromne potęgi alchemiczne. Toteż Michel przyglądał się ciekawie każdemu, kogo spotkał na Marsie, bowiem dręczyła go myśl czy nie stoi przypadkiem przed nim — mimo niepozornego wyglądu — jakiś nowy Paracelsus albo Izaak z Holandii, który potrafi zmienić ołów w złoto lub spowodować, aby skały zakwitły.
Amerykanin uratowany przez Kojota i Maję początkowo nie wydał się Michałowi ani bardziej, ani mniej godny uwagi niż jakakolwiek inna osoba poznana na Marsie; może był nazbyt wścibski, ale sprawiał wrażenie człowieka prawdziwie szczerego. Potężny, lekko powłóczący nogami mężczyzna o śniadej twarzy i dziwacznej minie. Jednak Michel już nie dowierzał tego rodzaju pozorom; potrafił przeniknąć do wnętrza osoby i zajrzeć w jej duszę, wobec czego szybko się zorientował, że mają w swoich rękach osobnika dość tajemniczego.
Nazwisko mężczyzny brzmiało Art Randolph, jak sam się przedstawił, i zbierał w celu przetworzenia surowce wtórne z rozrzuconych szczątków zerwanej windy.
— Węgiel? — spytała kpiąco Maja. Ale tamten albo nie dosłyszał jej sarkastycznego tonu, albo go zignorował, bowiem odpowiedział:
— Tak, ale także… — Po czym wyklepał całą listę zgruzowanych minerałów egzotycznych. Maja obrzuciła go w odpowiedzi tylko piorunującym spojrzeniem, jednak i na to mężczyzna zdawał się nie zważać. Teraz z kolei on zaczął zadawać tysiące pytań. „Kim jesteście? Co robicie tu na otwartej przestrzeni? Dokąd mnie zabieracie? Jakiego rodzaju pojazdami się poruszacie? Czy naprawdę nie można was dostrzec z kosmosu? Jak maskujecie efekty ogrzewania? Dlaczego nie chcecie, by was zobaczono z przestrzeni? Czy może jesteście częścią legendarnej zaginionej kolonii? Należycie do marsjańskiego podziemia? Kim w ogóle jesteście?”
Nikt się nie palił, by odpowiadać na te pytania, aż w końcu odezwał się Micheclass="underline"
— Jesteśmy Marsjanami. Mieszkamy tutaj na zewnątrz bez czyjejkolwiek pomocy.
— Więc podziemie. Niewiarygodne. Sądziłem, że opowieści o was to coś w rodzaju mitu, jeśli chcecie znać prawdę. Naprawdę wspaniale.
Maja tylko przewróciła oczyma na to stwierdzenie, a kiedy gość poprosił, by go wysadzić przy Echus Overlook, roześmiała się złośliwie i stwierdziła:
— Bądź poważny.
— O co ci chodzi?
Michel wyjaśnił mu, że gdyby go uwolnili, ujawniliby swoją obecność, więc, być może, nie będą go mogli wypuścić.
— Och, przecież nikomu nie powiem.
Maja ponownie się roześmiała, a wówczas znowu odezwał się Micheclass="underline"
— Chodzi o to, że cała sprawa jest dla nas zbyt ważna, byśmy mogli ot tak, po prostu zaufać obcemu. Może ci się, hm, nie udać dotrzymać sekretu. Musiałbyś przecież wyjaśnić, w jaki sposób znalazłeś się tak daleko od swojego pojazdu.
— Moglibyście mnie odwieźć z powrotem do niego.
— Nie lubimy marnować czasu na tego rodzaju wycieczki. Pamiętaj, że nie zbliżylibyśmy się do ciebie, gdybyśmy nie uważali, że masz kłopoty.
— No cóż, jestem wam bardzo wdzięczny, ale teraz raczej nie okazujecie mi zbyt wielkiej pomocy.
— To chyba lepsze niż alternatywa? — rzuciła ostro Maja.
— Tak, to prawda. Wierzcie mi, że doceniam wasze postępowanie. I obiecuję: nie powiem nikomu. Na pewno wiecie, że większość ludzi zdaje sobie doskonale sprawę z tego, iż jesteście tutaj. Telewizja na Ziemi bardzo często pokazuje o was programy.
Nawet Maja ucichła po tych słowach. Dalej jechali w milczeniu. Potem włączyła się na interkom i odbyła krótką, pośpieszną rozmowę w języku rosyjskim z Kojotem, który podróżował w roverze przed nimi, a potem z Kaseiem, Nirgalem i Harmakhisem. Kojot był nieugięty: skoro uratowali temu człowiekowi życie, mieli oczywiste prawo trocheje zmienić na jakiś czas, aby się nie narażać na niebezpieczeństwo. Michel przekazał więźniowi konkluzje tej dyskusji.
Randolph zmarszczył brwi, potem wzruszył ramionami. Michel nigdy dotąd nie widział tak szybkiej akceptacji zmiany trybu życia. Opanowanie mężczyzny zrobiło na nim głębokie wrażenie, więc obserwował go z wielką uwagą, równocześnie popatrując także na ekran, który ujawniał widok z przedniej kamery. Randolph ponownie zarzucił ich mnóstwem pytań, tym razem o zespół przyrządów do sterowania rovera. Tylko jeszcze raz zrobił aluzję na temat swej sytuacji, spojrzawszy na kontrolki radia i interkomu.
— Mam nadzieję, iż pozwolicie mi wysłać jakąś wiadomość do mojej firmy. Chcę ich jedynie powiadomić, że jestem bezpieczny. Pracowałem dla Dumpmines, które stanowi część Praxis. A wy i Praxis macie naprawdę wiele wspólnego. Oni również potrafią się świetnie konspirować. Powinniście nawiązać z nimi kontakt i przysięgam, że wyszłoby to wam na dobre. Musicie używać jakichś kodowanych kanałów, prawda?
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi ani od Mai, ani od Michela, a później, kiedy wyszedł do maleńkiej toalety rovera, Maja syknęła:
— Oczywiście, że to szpieg. Rozmyślnie znalazł się na odludziu, żebyśmy go stamtąd zabrali.
Cała Maja. Michel nie próbował się z nią spierać, a jedynie wzruszył ramionami.
— W każdym razie widać, że traktujemy go jak szpiega.
Randolph wkrótce wrócił i zadawał jeszcze więcej pytań: „Gdzie mieszkacie? Jak się czuje człowiek, gdy przez cały czas żyje w ukryciu?”. Michela zaczęły bawić te indagacje, które coraz bardziej przypominały przesłuchanie albo jakiś test. Randolph wydawał się całkowicie otwarty, absolutnie naiwny, prostolinijny i przyjacielski, jego śniada twarz miała minę głupawego prostaczka, a jednak obserwował ich oboje z wielką uwagą; po każdym pytaniu, na które jedyną reakcją ze strony Mai i Michela było milczenie, wyglądał na coraz bardziej zainteresowanego, a jednocześnie coraz bardziej zadowolonego, jak gdyby ich odpowiedzi docierały do niego telepatycznie. Każda istota ludzka uosabia wielką siłę, myślał Duval, każda osoba na Marsie to alchemik. I chociaż Michel zarzucił psychiatrię już dawno temu, ciągle potrafił rozpoznać rękę mistrza przy pracy. Prawie się roześmiał, gdy poczuł w sobie rosnące pragnienie, aby wszystko opowiedzieć temu przyciężkawemu, dziwacznemu mężczyźnie, który nadal poruszał się niezdarnie w marsjańskiej grawitacji.