Wtedy dał się słyszeć odgłos ich radia i z głośników wydobyła się „sprasowana” wiadomość, która trwała nie więcej niż dwie sekundy.
— Widzicie — odezwał się Randolph, próbując pomóc podjąć im decyzję — moglibyście wysłać właśnie w taki sposób wiadomość do Praxis.
Jednak kiedy AI całkowicie odkodowało informację, skończyły się żarty. Wiadomość brzmiała bowiem: „W Burroughs aresztowano Saxa”.
O świcie dogonili pojazd Kojota i cały dzień spędzili na naradzie nad tym, co powinni zrobić. Siedzieli blisko siebie w kręgu w przedziale mieszkalnym. Na wszystkich zasępionych twarzach zmartwienie wyryło głębokie rysy; na wszystkich, z wyjątkiem oblicza ich więźnia, który zasiadł między Nirgalem i Mają. Nirgal uścisnął mu dłoń na powitanie i skinął głową, jak gdyby byli starymi przyjaciółmi, chociaż żaden z nich nie powiedział przy tym ani słowa. Jednak Michel wiedział, że język przyjaźni ma niewiele wspólnego ze słowami.
Informacja na temat wypadku Saxa nadeszła od Spencera, przekazała ją Nadia. Spencer pracował w Kasei Vallis, które było obecnie czymś w rodzaju nowego Korolowa — więziennego miasta sił bezpieczeństwa — osady bardzo wymyślnej, a równocześnie rozmyślnie niepozornej, by nie rzucała się w oczy. Saxa zabrano do jednego z tamtejszych osiedli i gdy Spencer dowiedział się o tym, zadzwonił po pomoc do Nadii.
— Musimy go uwolnić — oświadczyła Maja — i to szybko. Trzymają go dopiero od paru dni.
— Tego Saxa Russella?! — spytał Randolph. — Ach, nie! Nie mogę w to uwierzyć. Kim właściwie jesteście? Hej, czy nie nazywasz się Maja Tojtowna?
Maja przeklęła go wściekle po rosyjsku. Kojot ignorował ich wszystkich; nie powiedział ani słowa od chwili, gdy otrzymali wiadomość o aresztowaniu Saxa i trwał przy ekranie swojego AI, pochłonięty obrazem, który wyglądał jak meteorologiczne zdjęcia satelitarne.
— To dobry moment, aby mnie wypuścić — przerwał ciszę Randolph. — Mógłbym odmówić im wszelkich informacji, póki nie wypuszczą Russella.
— On im niczego nie powie! — krzyknął zapalczywie Kasei.
Randolph zamachał ręką.
— To niemożliwe. Zastraszą go, może lekko poranią, pozbawią świadomości, podłączą do odpowiedniego urządzenia, naszpikują narkotykami i prześwietlą mu umysł we właściwych miejscach… A wówczas otrzymają odpowiedzi na każde pytanie, które przyjdzie im do głowy zadać. Z tego, co wiem, wiele potrafią. Akurat w tej dziedzinie nauka naprawdę się ostatnio rozwinęła. — Wpatrzył się w Kaseia. — Ty również wyglądasz mi znajomo? Nieważne! W każdym razie, jeśli nie osiągną rezultatów w ten sposób, w końcu zabiorą się do niego znacznie ostrzej.
— Skąd to wszystko wiesz? — zapytała napastliwie Maja.
— Wszyscy to wiedzą — odparł Randolph. — Może nie są to informacje w pełni sprawdzone, ale…
— Chcę pojechać go odbić — oznajmił nagle Kojot.
— Przecież wtedy nas odkryją — zauważył Kasei.
— I tak o nas wiedzą. Nie znają jedynie miejsca pobytu.
— Poza tym — wtrącił Michel — to przecież nasz Sax.
— Hiroko nie będzie się sprzeciwiać — dodał Kojot.
— A jeśli będzie, każ jej się odpieprzyć! — krzyknęła Maja. — Powiedz jej, że shikata ga nai!
— Z przyjemnością — odrzekł Kojot.
Zachodnie i północne zbocza wypukłości Tharsis w przeciwieństwie do wschodniego uskoku ku Noctis Labyrinthus były niemal nie zamieszkane; znajdowało się tam tylko kilka stacji areotermicznych i studzienek formacji wodonośnych, jednak większą część regionu pokrywała przez cały rok warstwa śniegu i firnu oraz młode lodowce. Wiatry z południa zderzały się tu z silnymi wiatrami północno-zachodnimi, które nacierały znad Olympus Mons, toteż zamiecie bywały często niezwykle gwałtowne. Strefa protoglacjalna rozszerzała się w górę od sześcio — czy siedmiokilometrowego konturu prawie do podstawy wielkich wulkanów. Kraina równie nie sprzyjała budowie czegokolwiek, jak i ukryciu niewykrywalnych pojazdów.
Dwa rovery z trudem przejechały przez sastrugi, wzdłuż lepkich magmowych hałd, które posłużyły im jako drogi, a później na północ obok masy Tharsis Tholus, wulkanu, który był mniej więcej rozmiaru ziemskiej Mauny Loa, chociaż — z racji tego, że znajdował się pod wzniesieniem Ascreus — wyglądał ledwie jak żużlowy stożek. Następnej nocy podróżnicy oddalili się od śniegów i ruszyli na północny wschód przez Echus Chasma, ukrywając się na cały dzień pod ogromną wschodnią ścianą tej rozpadliny, dokładnie kilka kilometrów na północ od starej siedziby Saxa, która leżała na szczycie urwiska.
Wschodnią ścianę Echus Chasma stanowiła w pełnej okazałości Wielka Skarpa — urwisko o wysokości trzech kilometrów, rozciągające się w prostej linii na północ i na południe przez tysiąc kilometrów. Areologowie ciągle się spierali o jego pochodzenie, ponieważ żadna naturalna siła formacyjna powierzchni nie wydawała się wystarczająca, aby je stworzyć. Stanowiło ono po prostu przerwę w strukturze powierzchni planety i rozdzielało dno Echus Chasma od wysokiego płaskowyżu Lunae Planum. Michel odwiedził w młodości Dolinę Yosemite w Stanach Zjednoczonych i ciągle jeszcze pamiętał górujące nad nią granitowe ściany skalne, ale urwisko, które widniało teraz przed nimi, było tak długie jak cały stan Kalifornia i przez większą część swej długości wysokie na trzy kilometry: monumentalny, pionowy masyw z czerwonej skały, którego niebosiężne płaszczyzny wypatrywały obojętnie na zachód, połyskując w każdym pustym zachodzie słońca, jak boczna ściana sporego kontynentu.
Przy północnym końcu ta nieprawdopodobnie wielka ściana skalna wreszcie się zmniejszyła i stała mniej stroma, a gdy rovery minęły dwudziesty stopień areograficzny północny, okazało się, że ścianę przecina głęboki i szeroki kanał, który biegnie na wschód przez płaskowyż Lunae, a następnie opada ku basenowi Chryse. Ten duży kanion nazywał się właśnie Kasei Vallis i stanowił jeden z najbardziej wyraźnych dowodów, że kiedyś na Marsie wszędzie płynęła woda. Jedno spojrzenie na zdjęcie satelitarne wystarczało, by dla każdego stał się oczywisty fakt, iż kiedyś w dół Echus Chasma musiała pędzić wielka powódź, która dotarła aż do pęknięcia w wielkiej wschodniej ścianie Echusa, a może po prostu do jakiegoś rowu tektonicznego. Wtedy skręciła prosto w dół tej doliny i przebijała się przez nią z fantastyczną siłą, tak długo żłobiąc wejście, aż stało się ono łagodną krzywizną; wówczas woda przelała się ponad zewnętrznym brzegiem zakrętu i przedarła przy pęknięciach w skale, tworząc skomplikowaną siatkę wąskich kanionów. Środkowe pasmo głównej doliny ukształtowało się w długie żebro czy też wysepkę w kształcie łzy, kształcie zarówno bardzo hydrodynamicznym, jak i soczewkowym. Wewnętrzny brzeg tego przedpotopowego strumienia żłobiły obecnie dwa kaniony, których w większości nie tknęła woda; były to zwyczajne rowy nazywane fossae, ukazujące, jak wyglądał prawdopodobnie główny kanał przed powodzią. Formowanie terenu zakończyły dwa ostatnie uderzenia meteorytowe w najwyższą część wewnętrznego brzegu, pozostawiając po sobie stosunkowo młode, strome kratery.