Выбрать главу

Potem zaczął energicznie krążyć po zaciemnionym pojeździe, podczas gdy reszta usiłowała zasnąć, i mamrotał co chwila:

— Patrzcie, no nie, patrzcie. — Wskazywał przy tym na cechy terenu pojawiające się na zdjęciach satelitarnych, których nikt spośród jego towarzyszy nie potrafił dostrzec. Co jakiś czas siadywał pogrążony w myślach nad skróconymi danymi meteorologicznymi, żuł chleb, klął i pogwidywał, udając świst wiatru. Michel leżał na swoim wąskim łóżku z głową podpartą na ręce i zafascynowany obserwował, jak ten dzikus grasuje po tonącym w półmroku pojeździe — mała, niewyraźna, tajemnicza figurka, przypominająca szamana. A ich więzień o niedźwiedziowatym cielsku, błyskając oczyma, czuwał podobnie jak Duval, najwyraźniej również pragnąc być świadkiem tego nocnego spektaklu; z głośnym zgrzytem pocierał nie ogoloną szczękę i co jakiś czas spoglądał na Michela, podczas gdy szept Kojota trwał: — No chodź, niech cię cholera, no chodź. Szuuu… Uderz niczym październikowy huragan…

W końcu, o zachodzie słońca drugiego dnia czekania, Kojot wstał i przeciągnął się jak kot.

— Nadchodzi wiatr.

Podczas ich długiego wyczekiwania przyjechało z Mareotis kilku „czerwonych”, aby pomóc w odbiciu Saxa i Kojot opracował wraz z nimi plan ataku, na podstawie informacji, które przysłał im Spencer. Zamierzali się rozdzielić i wkroczyć do miasta z kilku stron równocześnie. Michel i Maja mieli pojechać jednym pojazdem na popękany teren zewnętrznego brzegu, gdzie mogli się ukryć — przy podnóżu małego płaskowzgórza, leżącego w zasięgu wzroku namiotów zewnętrznego brzegu. W jednym z nich mieściła się klinika medyczna, do której co jakiś czas przyprowadzano Saxa. Była ona, według Spencera, miejscem naprawdę kiepsko strzeżonym, przynajmniej w porównaniu z osiedlem mieszkalnym na wewnętrznym brzegu, gdzie przetrzymywano Saxa między sesjami w klinice. Rozkład dnia więźnia często ulegał zmianie, toteż Spencer nie mógł być pewny, gdzie Russell będzie się znajdował w danej chwili. Tak więc, kiedy wiatr uderzy, Michel i Maja mieli wejść do namiotu na zewnętrznym brzegu i spotkać się z czekającym tam w gotowości Spencerem, który zaprowadzi ich do kliniki. Natomiast, zgodnie z planem, większy rover, w którym pojadą Kojot, Kasei, Nirgal i Art Randolph, musiał, wraz z kilkoma osobami spośród mareotańskich „czerwonych”, przedostać się na wewnętrzny brzeg. Zadaniem pozostałych pojazdów „czerwonych” było najechanie osady ze wszystkich kierunków, szczególnie ze wschodu i upozorowanie napaści, wyglądającej na otwarty szturm.

— Odbijemy Saxa — oświadczył z przekonaniem Kojot, marszcząc brwi i patrząc na ekrany. — Wiatr niebawem uderzy.

Następnego ranka Maja i Michel zasiedli w pojeździe, by poczekać na nadejście wiatru. Z miejsca, w którym się znajdowali, rozciągał się widok w dół zbocza zewnętrznego brzegu na duże żebrowe pasmo. W ciągu dnia mogli zajrzeć w zielone, baniaste światy leżące pod namiotami zewnętrznego brzegu i na paśmie wzgórz — wyglądały jak małe terraria, wychodzące na rozległą, czerwoną, piaszczystą przestrzeń doliny, połączone przezroczystymi tunelami przelotowymi i kilkoma łukowatymi mostami tunelowymi. Miasteczko wyglądało jak Burroughs sprzed czterdziestu lat, jego fragmenty wyrastały, by zapełnić duże, puste łożysko potoku.

Michel i Maja spali, jedli, potem znowu spali lub obserwowali. Maja chodziła nerwowo po pojeździe. Z każdym dniem robiła się coraz bardziej rozdrażniona i teraz miotała się w pomieszczeniu niczym uwięziona w klatce tygryska, która zwęszyła krwisty posiłek. Iskry strzelały z koniuszków jej palców, kiedy pieściła kark Michela, przez co jej dotyk stawał się bolesny. W żaden sposób nie można jej było uspokoić; kiedy siadała na fotelu pilota, Michel stawał za nią, maso wał jej kark i ramiona, jak wcześniej ona jemu, ale przypominało to ugniatanie drewnianych klocy i miał wrażenie, że od samego kontaktu z jej spiętym ciałem drętwieją mu ramiona.

Ich rozmowy były chaotyczne, stanowiły przeważnie mimowolne przypadkowe przeskoki luźnych skojarzeń. Po południu złapali się na tym, że od godziny już wspominają czasy w Underhilclass="underline" mówili o Saxie, Hiroko, a nawet o Franku i Johnie.

— Pamiętasz, jak załamała się jedna ze sklepionych komór?

— Nie — odparła Maja z irytacją. — Nie pamiętam. A czy ty pamiętasz tamten dzień, kiedy Ann i Sax tak strasznie się pokłócili na temat terraformowania?

— Nie — rzekł Michel z westchnieniem. — Nie przypominam sobie.

Zadawali sobie rozmaite pytania w nieskończoność, aż zaczynali mieć wrażenie, że każde z nich mieszkało w zupełnie innym Underhill. Kiedy natomiast obojgu udało się przypomnieć jakieś zdarzenie, był to prawdziwy powód do radości. Wspomnienia każdego z przedstawicieli pierwszej setki stawały się coraz bardziej zwietrzałe, jak już wcześniej zauważył Michel, i wydawało mu się, że większość z jego przyjaciół obecnie łatwiej przypomina sobie na przykład dzieciństwo na Ziemi niż pierwsze lata spędzone na Marsie. Och, pamiętali oczywiście najistotniejsze wydarzenia z własnego życia i w ogólnym zarysie swoją przeszłość, ale błahe zdarzenia, które z niewiadomych powodów zapadały w pamięć, u każdego pozostawiały inny ślad. Zdolność zapamiętywania i pamiętania stawały się poważnym problemem klinicznym i teoretycznym dla współczesnej psychologii, coraz ważniejszym wskutek bezprecedensowej długości życia, jaką udało się osiągnąć. Michel od czasu do czasu czytywał nieco fachowej literatury na ten temat i chociaż dawno temu zarzucił już kliniczną praktykę terapeutyczną, ciągle — na zasadzie nieformalnego eksperymentu — zadawał swoim starym towarzyszom rozmaite pytania, tak jak teraz Mai: „Czy pamiętasz to, czy pamiętasz tamto?” „Nie, nie, nie o to chodzi. Powiedz, co ty sam pamiętasz?”

— Pamiętam sposób, w jaki Nadia rozstawiała nas po kątach — odpowiadała Maja, co wywoływało uśmiech na twarzy Duvala. — I wrażenie, jakie sprawiało dotykanie stopami bambusowej podłogi… A czy pamiętasz ten okres, kiedy Nadia krzyczała na alchemików? — Ona zadawała z kolei pytanie.

— No… nie! — odpowiadał Michel.

Rozmowa toczyła się bez końca, aż któryś z kolei raz uświadamiali sobie, że ich prywatne Underhill, osady, w których mieszkali, były odrębnymi wszechświatami, niemal przestrzeniami Riemanna, przecinającymi się tylko w planie nieskończoności, a tymczasem każde z nich dwojga wędrowało po długiej drodze własnego idiokosmosu.

— Niewiele pamiętam z tego wszystkiego — w końcu ponuro oświadczyła Maja. — Ciągle tak samo ciężko znoszę myśl o Johnie. Albo o Franku. Próbuję w ogóle o nich nie myśleć! A potem nagle nastąpi jakieś zwarcie… i stracę wszystkie inne wspomnienia, podczas gdy zapamiętam to. Pewne reminiscencje są tak intensywne, jak pamiętanie tego, co zdarzyło się zaledwie godzinę temu! Albo jak gdyby działo się znowu. — Poczuła jak drży pod dotykiem jego dłoni. — Nienawidzę ich. Wiesz, co mam na myśli?

— Oczywiście. M’morie unvoluntaire. Chociaż pamiętam, że to samo przydarzyło mi się, kiedy mieszkaliśmy w Underhill. Zatem nie chodzi tu o starzenie się.

— Nie. To po prostu życie. Coś, czego nie możemy zapomnieć. Wiesz, czasem nie mogę patrzeć na Kaseia…

— Wiem. Te dzieci są dziwne. Hiroko jest dziwna.

— Tak. Ale w takim razie… czy byłeś wtedy szczęśliwy? No, po tym jak z nią wyjechałeś?

— Tak. — Michel chwilę się zastanowił, usiłując sobie przypomnieć, co wówczas odczuwał. Pamięć była naprawdę słabym ogniwem w łańcuchu… — Oczywiście, że byłem szczęśliwy. Problem sprowadzał się do akceptacji faktów, które wcześniej, w Underhill, próbowałem stłumić. Uświadomienia sobie pewnej prawdy, że wszyscy jesteśmy zwierzętami. Że jesteśmy stworzeniami seksualnymi… — Zaczął masować jej ramiona znacznie mocniej niż dotychczas, aż Maja wykręciła się spod jego dłoni.