— Nie musisz mi tego przypominać — zauważyła z krótkim śmiechem. — Czy właśnie Hiroko ci to uświadomiła?
— Tak. Ale nie tylko ona. Także Jewgienia, Rya… one wszystkie, w gruncie rzeczy. Nie bezpośrednio, no wiesz. Hmm… chociaż czasami bezpośrednio. Jednak przede wszystkich musiałem uznać, że mamy ciała, że jesteśmy ciałami. Pracując razem, widząc siebie i dotykając się. Naprawdę miałem z tym problemy. A one je oswajały, przekazywały tej planecie… Ty chyba nigdy nie miałaś kłopotów z tą sferą swojego życia, ale ja tak, naprawdę. Zachorowałem. I Hiroko mnie uratowała. Dla niej to była kwestia uczuć — stworzyć nasz dom i czerpać pożywienie tylko z tego, co dostępne na Marsie. Coś w rodzaju uprawiania z tą planetą fizycznej miłości, zapładniania jej albo asystowania przy jej narodzinach… W każdym razie relacja uczuciowa… To właśnie mnie ocaliło.
— To oraz ich ciała cię ocaliły, ciała Hiroko, Jewgienii i Ryi… — Maja popatrzyła przez ramię na niego ze złośliwym uśmieszkiem, a wtedy Michel się roześmiał. — Założę się, że to pamiętasz najlepiej.
— Dość dobrze.
Był sam środek dnia, ale na południu, w górę długiej gardzieli Echus Chasma, niebo ciemniało.
— Może wreszcie nadchodzi wiatr — stwierdził z nadzieją Michel.
W górze nad Wielką Skarpą przetaczała się ogromna masa pionowych, burzowo-kłębiastych deszczowych chmur; z ich czarnych dolnych części strzelały błyskawice, uderzające w szczyt skalnej ściany. Powietrze w rozpadlinie Echus było zamglone i powłoki namiotów Kasei Vallis odznaczały się wyraźnie pod pęcherzykami przezroczystego powietrza, stojącego ponad budynkami i osobliwie cichymi drzewami, które wyglądały jak szklane przyciski do papieru, opuszczone na wietrzną pustynię. Było tuż po południu. Nawet gdyby zerwał się wiatr, i tak musieliby czekać do zmroku. Maję rozpierała wewnętrzna energia, wstała i znowu zaczęła krążyć po roverze, mamrocząc do siebie coś po rosyjsku lub nagle rzucając się do umieszczonych tuż przy podłodze okien, aby wyjrzeć na zewnątrz… Trwało to w nieskończoność. Podmuchy wichury uderzały w pojazd, gwiżdżąc i wyjąc ponad popękaną skałą u podnóża małego płasko wzgórza leżącego za roverem.
Zachowanie Mai działało Michelowi na nerwy. Naprawdę czuł się tak, jakby był zamknięty w klatce razem z dziką bestią. Opadł na jedno z siedzeń kierowców i patrzył na chmury przetaczające się od strony Skarpy. Marsjańska grawitacja pozwalała kowadłom burzy górować straszliwą nadniebną wysokością i te ogromne, białe, iskrzące się wyładowaniami masy wraz ze zdumiewającą frontową ścianą urwiska, które leżało pod nimi, sprawiły, że świat jawił się nadrealnie olbrzymi. Oni dwoje byli tylko mrówkami albo małymi czerwonymi ludzikami.
Wygląda na to, że właśnie dzisiejszej nocy spróbujemy odbić Saxa, pomyślał, przecież czekamy już tak długo. Po jednym ze swych niespokojnych obrotów Maja zatrzymała się znowu za Michelem i gwałtownymi ruchami uciskała mięśnie na jego ramionach i szyi. Odczul to, jako ostre, przyjemne dreszcze rozchodzące się w dół po plecach i bokach, a potem wzdłuż wewnętrznej strony ud. Zgiął się i odwrócił w obrotowym fotelu, po czym objął ramionami jej talię, przytulając głowę do piersi. Maja ciągle masowała mu ramiona i Michel czuł coraz szybsze bicie serca; jego oddech stawał się krótki. Pochyliła się nad nim i pocałowała w czubek głowy. Tulili się do siebie z żarliwą gwałtownością, aż w końcu przywarli w mocnym uścisku. Trwali tak przez długi czas.
Potem wrócili do mieszkalnego przedziału pojazdu, spragnieni siebie w namiętnym pożądaniu. Spięci i czujni, kochali się niezwykle intensywnie. Bez wątpienia spowodowała to rozmowa o Underhill. Przypomniał sobie dokładnie ukryte pragnienia związane z Mają w tamtych latach, zagłębił twarz w jej srebrzyste włosy i próbował wybrać jak najlepszą pozycję, aby wejść prosto w nią. A ta duża, dzika kocica szalała w równie gwałtownej próbie, by mu to ułatwić.
Michel zatracił się w tym akcie. Wspaniale było być we dwoje, być sobą, być wolnym i móc się całkowicie zagubić w tym niespodziewanym odczuciu zachwytu; po chwili nie było już nic poza serią jęków, sapnięć i elektrycznego wręcz przepływu doznań.
Chwilę potem Michel leżał na Mai, ciągle jeszcze będąc w niej, a ona wpatrywała się w lekko uniesioną twarz mężczyzny.
— W Underhill kochałem cię — odezwał się w końcu.
— W Underhill — odparła powoli — ja cię również kochałam. Naprawdę. Nigdy tego nie okazałam, ponieważ czułabym się głupio, skoro tyle ci mówiłam o Johnie i Franku. Ale kochałam cię. Ogarnęła mnie wściekłość, gdy wyjechałeś. Byłeś moim jedynym przyjacielem. Byłeś jedyną osobą, z którą mogłam szczerze porozmawiać. Jedynym człowiekiem, który naprawdę mnie słuchał.
Michel potrząsnął przecząco głową pod wpływem napływających wspomnień.
— Nie robiłem tego najlepiej.
— Może i nie. Ale dbałeś o mnie, prawda? Nie robiłeś tego tylko z powodu swojej pracy?
— Och, nie! Przecież cię kochałem. Z tobą, Maju, to nigdy nie jest tylko praca. Dla nikogo i żadna praca…
— Pochlebca — mruknęła, odpychając go żartobliwie. — Zawsze tak postępowałeś. Zawsze próbowałeś znaleźć pozytywną interpretację dla wszystkich okropnych rzeczy, które robiłam. — Roześmiała się nerwowo.
— Może. Chociaż te rzeczy nie były wcale takie okropne.
— Ależ były. — Zacisnęła usta. — A potem po prostu zniknąłeś! — Uderzyła go lekko w twarz. — Opuściłeś mnie!
— Wyjechałem. Musiałem wyjechać.
Jej usta zacisnęły się jakby w grymasie bólu i wędrowała wzrokiem gdzieś nad głęboką przepaścią wszystkich minionych lat. Ześlizgiwała się ponownie w dół sinusoidy swych nastrojów, sięgając czegoś bardzo mrocznego i głębokiego. Michel obserwował tę przemianę z pełną rozkoszy rezygnacją. Kiedyś był szczęśliwy przez bardzo długi czas i właśnie ten nieszczęśliwy wyraz twarzy Mai przekonał go, że znów może być szczęśliwy, jeśli się nie zmieni i zdoła zarazić kobietę swoim szczęściem — przynajmniej tym szczególnym jego rodzajem. Dewiza życiowa Michela „optymizm jako naturalna zasada działania” zmieni się teraz bardziej w celowy wysiłek i będzie musiał pogodzić kolejną antynomię w swoim życiu, tak samo odśrodkową jak Prowansja i Mars — antynomię, która po prostu nazywała się Maja taka i Maja zupełnie inna.
Leżeli teraz obok siebie, każde zatopione we własnych myślach, wypatrywali na zewnątrz i czuli, jak rover podskakuje na amortyzatorach. Wiatr ciągle się wzmagał, a pył wpadał do Echus Chasma, potem do Kasei Vallis, upiornie przypominając szalony wyciek, który pierwotnie wyżłobił kanał. Michel wstał, by sprawdzić ekrany.
— Prędkość wzrosła do dwustu kilometrów na godzinę.
Maja chrząknęła. Kiedyś wiatry były o wiele szybsze, ale przy o tyleż gęstszej atmosferze te mniejsze prędkości wydawały się dość złudne. W gruncie rzeczy obecne wichury stały się o wiele gwałtowniejsze niż stare, nie powodujące specjalnych szkód, wietrzyska.
Z pewnością wyruszymy dziś wieczorem, pomyślał Michel, jest to już tylko kwestia otrzymania zakodowanego sygnału od Kojota. On i Maja leżeli więc tylko i czekali, spięci i równocześnie rozluźnieni, starannie masując nawzajem swe ciała, aby zająć czymś godziny oczekiwania i zmniejszyć napięcie. Michel podziwiał kocią grację smukłego, umięśnionego ciała Mai, starego jeśli chodzi o przeżyte lata, ale pod niemal każdym względem takiego samego jak zawsze. Tak samo pięknego jak zawsze!