Выбрать главу

Ręka kobiety zacisnęła się na nadgarstku Russella z siłą, której mogły nie wytrzymać jego kości. W końcu Rosjanka ponownie podłączyła mu telefoniczny kabel.

— Czy on żyje?

— Tak sądzę. Najpierw go stąd wyprowadźmy, sprawdzić możemy później.

— Spójrz, co zrobili z jego twarzą ci faszystowscy mordercy.

Postać leżąca na podłodze, najwyraźniej kobieta, poruszyła się, a wówczas Maja z rozmachem kopnęła jaw brzuch. Potem pochyliwszy się, zajrzała w szybkę hełmu i przekleństwami dała upust swojemu zaskoczeniu.

— To Phyllis! — rzuciła z wściekłością.

Michel zdążył już zabrać Saxa z pomieszczenia, ciągnąc go teraz przez korytarz. Po chwili Maja ich dogoniła. Nagle ktoś pojawił się przed nimi i Rosjanka wycelowała w niego broń, ale Michel błyskawicznie podbił łokciem jej rękę — to był Spencer Jackson, rozpoznał go po oczach. Coś mówił, ale mając hełmy na głowach nie mogli usłyszeć. Dostrzegł to i krzyknął:

— Dzięki Bogu, że przyszliście! Właśnie z nim kończyli… Zamierzali go zabić!

Maja powiedziała coś po rosyjsku, po czym biegiem zawróciła do sali, wrzuciła do środka jakiś przedmiot i nie minęła sekunda, jak znów stała przy nich. Eksplozja wyrzuciła z pomieszczenia kłęby dymu i gruz, osypując nim ścianę naprzeciwko drzwi.

— Nie! — krzyknął Spencer. — Tam była Phyllis!

— Ależ wiem! — odwrzasnęła mu Maja zjadliwie intonując słowa. Tyle że Spencer nie mógł jej usłyszeć.

— Chodźcie już — nalegał Michel, podnosząc na ręce Saxa. Skinął na Spencera, żeby założył hełm. — Ruszajmy, póki jeszcze możemy. — Chyba żadne z nich go nie słyszało, ale mimo tego Spencer nałożył hełm, a potem pomógł Michelowi nieść Saxa: najpierw korytarzem, a później w górę schodami na parter.

Na zewnątrz panował jeszcze większy hałas niż przedtem i było dokładnie tak samo ciemno. Jakieś przedmioty toczyły się po ziemi, a nawet fruwały w powietrzu. W Michela trafiła lecąca z impetem zabłąkana szybka od hełmu, zwalając mężczyznę z nóg.

Po tym wypadku posuwał się dalej z wielką rozwagą. Maja wsunęła łącze telefoniczne w komputerek Spencera i syczącym głosem wydawała im obu rozkazy; ton głosu był oschły, rzucone polecenia — precyzyjne. Wspólnie zaciągnęli Saxa do powłoki namiotu, przełożyli na zewnątrz, a potem zaczęli pełzać we wszystkie strony tak długo, aż znaleźli żelazną szpulkę z „nicią Ariadny”.

Było oczywiste, że nie są w stanie iść pod wiatr. Musieli więc posuwać się na czworakach, przy czym osoba w środku niosła na plecach ciało Saxa, a pozostałe dwie wspierały ją z obu stron. Przemieszczali się powoli, podążając za nitką, bez której nie mieliby nawet cienia szansy na odnalezienie rovera. Dzięki niej podążali wytrwale do przodu wprost ku swemu celowi, mimo że ręce i kolana drętwiały im z zimna. Michel popatrzył w dół na falowanie czarnego pyłu i piasku pod szybką hełmu, zauważając w tym samym momencie, że jest ona mocno uszkodzona.

Co jakiś czas zatrzymywali się, by odpocząć i przełożyć ciało Saxa na następnego dźwigającego. Kiedy skończyła się jego zmiana, Michel uniósł się na kolanach, ciężko sapiąc i opierając szybkę wprost na ziemi, tak że pył przelatywał nad nim. Na języku poczuł dziwny smak czerwonego kamiennego pyłu: był jednocześnie gorzki, słony i siarkowy. Michel pomyślał, że jest to smak marsjańskiego strachu, marsjańskiej śmierci, a może tylko jego własnej krwi; nie potrafił tego odgadnąć. W powietrzu panował zbyt wielki hałas, aby można było myśleć. Michela bolała szyja, dzwoniło mu w uszach, a przed oczyma wirowały czerwone kropki — małe czerwone ludziki, które w końcu wyszły z ukrycia i tańczyły wprost przed nim. Miał wrażenie, że za chwilę straci przytomność. Chciało mu się wymiotować, co było szczególnie niebezpieczne w hełmie, dlatego całym sobą usiłował powstrzymać mdłości; bardzo się spocił, odczuwał potężny ból w każdym mięśniu, w każdej komórce ciała… Po długiej walce nudności na szczęście ustąpiły.

Ponownie ruszyli. W milczeniu minęła godzina zaciekłego, morderczego wysiłku, potem następna. Kolana Michela zmieniły się z odrętwiałej masy w układ bolesnych igiełek, które coraz ostrzej kłuły. Czasami wszyscy troje kładli się na ziemi i czekali, aż przejdzie porażający swą siłą, szaleńczy atak wichury. Wrażenie było szokujące, ponieważ wiatr nawet przesuwając się z prędkością huraganu wiał tylko w pojedynczych porywach; nie nacierał bez przerwy, ale serią wstrząsających ciosów. Niekiedy musieli tak leżeć bardzo długo, przeczekując te podmuchy; bywało nawet, że ogarniała ich nuda — albo rozmyślali o jakichś oderwanych od rzeczywistości sprawach bądź zapadali w niespokojne drzemki. Michelowi wydało się nawet, że może ich tu, na zewnątrz zastać świt, ale w pewnej chwili dostrzegł nierówne cyferki zegarka na szybce hełmu — było dopiero wpół do czwartej nad ranem. A później znowu zaczęli się posuwać naprzód.

Nić nagle się podniosła i pojawił się przed nimi luk śluzy powietrznej rovera, do której była przywiązana. Odcięli ją i na oślep przepchnęli ciało Saxa przez właz, a potem, choć mocno znużeni, sami wspięli się do środka. Zamknęli zewnętrzny luk powietrznej komory i wypompowali z niej powietrze. Podłogę śluzy gęsto pokrywał piasek, a drobiny miału wirowym ruchem wylatywały z nawiewnika pompy, mocno zabarwiając powietrze. Mrugając oczyma, Michel zajrzał w małą szybkę awaryjnego hełmu Saxa; miał odczucie, że wpatruje się w maskę nurka, pod którą nie widać najmniejszego śladu życia.

Kiedy wewnętrzny luk się otworzył, natychmiast zdarli z siebie hełmy, buty i skafandry, a potem pokuśtykali w głąb rovera i szybko zamknęli za sobą luk, chroniąc się przed wlatującym pyłem. Twarz Michela była wilgotna, a kiedy ją przetarł, dopiero wówczas zauważył krew, jaskrawo połyskującą w intensywnie oświetlonym pomieszczeniu. Ciekła mu z nosa. Mimo ostrego światła odnosiło się wrażenie, że w tym osobliwie nieruchomym i cichym przedziale jest dziwnie mroczno. Maja gdzieś po drodze paskudnie przecięła sobie udo i odmrożona skóra wokół rany nabrała specyficznie białego odcienia. Spencer wyglądał na straszliwie wyczerpanego; nie odniósł obrażeń, ale z pewnością nerwy miał mocno nadwątlone. Zdjął Saxowi hełm z głowy, zrzędząc podczas tej czynności, czyniąc pretensje pozostałej dwójce.

— Nie można kogoś w taki sposób po prostu odrywać od aparatury! Mogliście mu wyrządzić krzywdę! Trzeba było poczekać, aż przyjdę! Nie macie pojęcia, co narobiliście!

— A skąd mieliśmy mieć pewność, że w ogóle przyjdziesz — odburknęła Maja. — Spóźniałeś się.

— Tylko trochę! Nie musieliście tak panikować!

— Nie panikowaliśmy!

— W takim razie, dlaczego wręcz oderwaliście go od czujników? I dlaczego zabiłaś Phyllis?

— Torturowała go. Była morderczynią!

Spencer potrząsnął gwałtownie głową.

— Była dokładnie takim samym więźniem, jak Sax.

— Wcale nie!

— Skąd niby masz tę pewność?! Zabiłaś ją, bo ci się zdawało, że torturuje Saxa! Nie jesteś lepsza niż tamci.

— Pieprzę to! Oni torturowali jednego z nas! Nie powstrzymałeś ich, a więc my musieliśmy!

Klnąc po rosyjsku, Maja doszła do jednego z siedzeń kierowców i uruchomiła rovera.

— Wyślij wiadomość do Kojota — warknęła w kierunku Michela.