Выбрать главу

Michel usiłował sobie przypomnieć, jak się obsługuje radio. Jego ręka jakby sama wystukała polecenie nadania — w trybie przyspieszonym — informacji o odbiciu Saxa. Następnie wrócił do poszkodowanego, który leżał na tapczanie płytko oddychając. Był w szoku. Miał wygolone płaty skóry na czaszce i — tak jak Michel — zakrwawiony nos. Spencer łagodnie mu go wytarł, potrząsając głową.

— Używają przekaźnika obrazu rezonansu magnetycznego i skupionych ultradźwięków — oświadczył posępnie. — Oderwanie go w ten sposób od aparatury mogło… — urwał, po czym znowu potrząsnął głową.

Puls Saxa bił słabo i nieregularnie. Michel zaczął zdejmować rannemu skafander, obserwując własne ręce, które dygotały niczym lecące asteroidy; wydawało się mu, że nie podlegają jego woli i czuł się tak, jakby próbował pracować przy pomocy niedobrego teleoperatora. Jestem oszołomiony, pomyślał. Zmęczony i zażenowany tą sytuacją. Poczuł mdłości. Spencer i Maja nadal gniewnie krzyczeli na siebie; naprawdę stawali się coraz bardziej rozwścieczeni, a on zupełnie nie mógł zrozumieć, dlaczego.

— To była suka!

— Gdyby zabijano kobiety za to, że są, jak to mówisz, sukami, nigdy nie wysiadłabyś z Aresa.

— Przestańcie — odezwał się Michel słabym głosem. — Oboje. — Nie całkiem pojmował, co mówią, ale wiedział, że musi się włączyć w tę jawna bitwę. Maja niemal promieniowała wściekłością i bólem, płacząc i wrzeszcząc. Spencer również krzyczał, drżąc na całym ciele. Sax ciągle trwał w stanie śpiączki. Będę znowu musiał zacząć prowadzić psychoterapię, pomyślał Michel i wbrew sobie zachichotał. Ruszył do fotela kierowcy, opadł na siedzenie i spróbował pojąć działanie kontrolek na pulpicie sterowniczym, pulsujących jak przez mgłę, na tle latającego czarnego pyłu za przednią szybą. — Jedź wreszcie — powiedział z rozpaczą do Mai, która siedziała w fotelu obok niego, łkając z wściekłości; ręce zaciskała na kierownicy. Położył dłoń na jej ramieniu, ale Maja strząsnęła ją z furią. Dłoń odskoczyła na bok, jakby była zakończeniem sprężyny, a Michel omal nie spadł z siedzenia. — Porozmawiamy później — zauważył. — Co się stało, to się nie odstanie. Teraz musimy jakoś dotrzeć do domu.

— Nie mamy domu — burknęła Maja.

Część 6

Tariqat

Wielki Człowiek pochodził z pewnej dużej planety. Podobnie jak Paul Bunyan, był na Marsie tylko gościem. Po prostu przelatywał obok, a kiedy dostrzegł czerwoną kulę, zatrzymał się, aby ją zwiedzić. Ciągle jeszcze tu przebywał, gdy pojawił się Paul Bunyan i właśnie dlatego stoczyli walkę, o której już wiecie. Jak pamiętacie, Wielki Człowiek wygrał tę bitwę. Po tym jednak, jak zabił Paula Bunyana i jego wielkiego błękitnego wołu Babę, w okolicy nie pozostał już nikt, z kim mógłby porozmawiać. Zresztą, mieszkając na Marsie, Wielki Człowiek w ogóle miał wrażenie, że próbuje żyć na piłce do koszykówki. Przez jakiś czas wędrował więc po okolicy, rozdzierając powierzchnię na strzępy i próbując ją dopasować do swoich potrzeb, aż wreszcie zrezygnował i opuścił planetę.

Wówczas wszystkie bakterie, które znajdowały się w ciałach Paula Bunyana i jego wolu Babę, opuściły je i poczęły krążyć w cieplej wodzie, zalegającej na skale macierzystej, głęboko pod powierzchnią Marsa. Żywiły się metanem oraz siarkowodorem i dobrze znosiły nacisk miliardów ton skały; jak gdyby mieszkały na jakiejś planecie neutronowej… W chromosomach bakterii zaczęły się pojawiać przerwy, następowały kolejne mutacje i — w tempie reprodukcyjnym dziesięciu pokoleń na dobę — niewiele trzeba było czasu, by nastąpiły takie zjawiska, jak dobra stara ewolucja drogą doboru naturalnego, a wraz z nią naturalna selekcja. I tak minęły miliardy lat. A musiało minąć ich jeszcze więcej, zanim cała podpowierzchniowa ewolucja marsjańska przeszła w górę, przesuwając się przez rozpadliny w regolicie i przez przestrzenie między ziarenkami piasku, prosto na zimne, pustynne światło słoneczne. Wówczas pojawiły się nieprzeliczone rodzaje organizmów, jednakże wszystkie mikroskopijnej wielkości. Z pewnością łatwo zrozumieć, dlaczego właśnie tak małe: przecież cały proces dokonał się pod ziemią i do czasu aż organizmy dotarty na powierzchnię, ustaliły się już pewne wzorce. A na planecie było naprawdę niewiele czynników, które mogłyby przyspieszyć wyjście tych organizmów na marsjańską powierzchnię. W każdym razie tak właśnie powstała kamienna, chasmoendolityczna biosfera, której wszyscy przedstawiciele odznaczali się wręcz nieprawdopodobnie małym wzrostem. Tutejsze wieloryby miały wielkość świeżo narodzonej kijanki, sekwoje przypominały porosty jelenich rogów i tak dalej, wedle tej miary. Wydawało się więc, że dwukrotne powiększenie, jakim charakteryzowały się marsjańskie cechy terenowe wobec swych odpowiedników na Ziemi, pomnożono sto razy, po czym odwrócono tę proporcję w odniesieniu do organizmów zwierzęcych i roślinnych na obu planetach.

Tak czy owak, ewolucja marsjańską stworzyła w końcu małe czerwone ludziki. Są takie jak my — to znaczy, kiedy na nie patrzymy, wyglądają podobnie do nas. Być może owo złudzenie wynika stąd, że możemy je — to znaczy ludziki — dostrzec zaledwie kątem oka. Jeśli przyjrzelibyśmy się dokładnie któremuś z nich, okazałoby się, że w gruncie rzeczy wygląda on jak bardzo maleńka, stojąca na dwóch łapkach salamandra. Ludziki są barwy ciemnoczerwonej, chociaż ich skóra wyraźnie może zmieniać barwę, jak skóra kameleona, wobec czego maty człowieczek jest zwykle tego samego koloru co skala, która go otacza. Jeśli przyjrzymy się któremuś z nich jeszcze bardziej dokładnie, zauważymy, że jego skóra przypomina blaszkowe porosty zmieszane z ziarenkami piasku, a oczy człowieczka są jak rubiny. To jest fascynujące, ale nie podniecajcie się za bardzo, ponieważ prawda jest taka, iż nigdy wam się nie uda obejrzeć żadnego z nich w sposób tak dokładny. Jest to po prostu zbyt trudne. Nawet kiedy staną nieruchomo, i tak nie potrafimy ich dojrzeć. W ogóle nie udałoby się nam zobaczyć żadnego z tych ludzików, gdyby nie to, że czasem, jeśli niektóre owładnie dobry nastrój, ich wiara we własne umiejętności zastygania i nagłego znikania wzrasta tak bardzo, że — kiedy znajdą się na granicy naszego pola widzenia — będą skakać wokół tylko dlatego, aby nas rozdrażnić. A więc jest tak: dostrzegacie kątem oka takiego człowieczka, on natychmiast zastyga, wy obracacie lekko głowę, aby mu się lepiej przyjrzeć, a wówczas on znika i już nie jesteście w stanie dokładniej go obejrzeć.

Ludziki mieszkają wszędzie, także we wszystkich naszych pokojach. Zwykłe jest ich kilka w każdej kupce kurzu w rogach pomieszczeń. A ilu spośród nas może stwierdzić z całym przekonaniem, że w narożnikach ich pokojów nie ma pyłu? Sądzę, że niewielu. Pył jest dobrym ścierniwem, kiedy zaczynacie zamiatać pokój, czyż nie? Tak, tak, w sytuacji zagrożenia wszystkie małe czerwone ludziki natychmiast rzucają się do ucieczki. Sprzątanie to dla nich kataklizm. Z tego też względu uważają nas za ogromnych, zupełnie zwariowanych kretynów, którzy co jakiś czas miewają dziwaczne napady szaleństwa, łapią za miotły i zaczynają się zachowywać, jakby się wściekli.

Istotnie, to prawda, że pierwszą osobą, która zobaczyła małe czerwone ludziki, był John Boone. Czego innego można się było spodziewać? Ujrzał je już w pierwszych godzinach po wylądowaniu; później umiał już dostrzegać, kiedy trwały nieruchomo, następnie począł przemawiać do tych, które zauważył we własnym mieszkaniu, aż w końcu mali Marsjanie przełamali się i mu odpowiedzieli. John i ludziki nauczyli się nawzajem własnych języków i ciągle można usłyszeć gdzieś jakiegoś małego czerwonego ludka, który mówiąc po angielsku, używa wszelkiego rodzaju charakterystycznych dla Johna wyrażeń. W końcu cala ich gromadka podróżowała z Boonem, gdziekolwiek jechał. Lubiły te podróże, a ponieważ John nie byt osobą szczególnie dbającą o czystość i porządek w swoim najbliższym otoczeniu, toteż miały sporo miejsca dla siebie. Tak, tak, owej nocy, gdy został zabity, wiele ich setek przebywało w Nikozji. Właśnie ich w rzeczywistości widzieli Arabowie, którzy zmarli później tej samej nocy: szła za nimi cala grupa ludzików. Ludzików pogrążonych w żalu.