Выбрать главу

Czasami czuł jakieś poruszenie wewnątrz Saxa, jak gdyby starzec odzyskiwał przytomność, jak gdyby walczył o możliwość powrotu do świadomości. Nirgal wsączał w jego organizm każdą cząstkę viriditas, jaką udawało mu się zgromadzić we własnym ciele, nagle przerażony, wręcz wstrząśnięty wspomnieniem kliniki w Zygocie, wspomnieniem podobnego czuwania przy Simonie. Nigdy nie zapomni wyrazu twarzy tamtego, kiedy umierał. Czterofluorowęglowy płyn wpływał do ciała Saxa i wypływał z niego, wirując szybkimi, płytkimi falami. Nirgal obserwował go, myśląc o Simonie. Niestety, w pewnej chwili ręka utraciła ciepło i nie mógł go przywołać na powrót. Sax z pewnością wie, kto ma tak ciepłe ręce, pomyślał. Jeśli to w ogóle miało jakiekolwiek znaczenie. Ale skoro Nirgal mógł zrobić tylko tyle… wobec tego wytężył jeszcze raz siły i pchnął tak mocno, jak gdyby świat zamarzał, jak gdyby on sam mógł wyrwać z tamtego świata „bezczucia” — o ile tylko pchnie wystarczająco mocno — nie tylko Saxa, ale także Simona.

— Dlaczego, Sax? — odezwał się cicho, szepcząc w samo ucho przy swojej dłoni. — Ale dlaczego? Dlaczego, Sax? Powiedz dlaczego? Dlaczego, Sax, dlaczego? Ale dlaczego? Dlaczego, Sax? Dlaczego?

Płyn Czterofluorowęglowy krążył nieustannie. W oświetlonej sali szumiało. Przy aparaturze i nad ciałem Saxa pracowali lekarze, co rusz to patrząc po sobie albo na Nirgala. Słówko „dlaczego” stało się samym czystym, pozbawionym znaczenia dźwiękiem, czymś w rodzaju niezrozumiałej modlitwy. Minęła godzina, a potem jeszcze kilka następnych, powolnych i przepełnionych niepokojem, aż wszyscy oczekujący popadli w jakiś dziwny stan bezczasowości i Nirgal nie był w stanie powiedzieć, czy jest dzień czy może noc. Zapłata dla naszych ciał, pomyślał. Płacimy.

Pewnego wieczoru, mniej więcej w tydzień od ich przyjazdu, udało się oczyścić płuca Saxa i wyłączono wywietrznik. Sax zasapał głośno, potem zaczął normalnie oddychać. Znowu oddychał powietrzem, jak inne ssaki. Lekarze złożyli mu rozbity nos, który nabrał obecnie nieco innego kształtu: był prawie tak samo płaski, jak przed operacją plastyczną. Sińce jeszcze nie zniknęły.

W około godzinę po wyłączeniu wywietrznika Russell odzyskał przytomność. Otworzył oczy, a potem długo mrugał. Rozejrzał się wokół siebie po pokoju, potem wpatrzył się bardzo uważnie w Nirgala, kurczowo ściskając jego rękę. Jednakże nic nie powiedział. Zresztą wkrótce zasnął.

Nirgal wyszedł na zielone ulice małego miasta, nad którym górował stożek Tharsis Tholus, wznoszący się w czarno-rdzawym majestacie na północy, przypominając równie przysadziste Fuji. Zaczął biec w swój ulubiony rytmiczny sposób, przy samej ścianie namiotu, aby spalić nadmiar energii, która go przepełniała. Sax i jego Wielka Niewyjaśniona, pomyślał.

Mieszkali w pokojach nad kafeterią naprzeciwko kliniki. Gdy Nirgal wszedł tam, dostrzegł Kojota, który nieco utykając, przechadzał się niespokojnie od jednego okna do drugiego. Mamrotał coś przy tym do siebie lub nucił jakieś melodie w rytmie calypso.

— Coś nie tak? — spytał Nirgal.

Kojot zamachał obiema dłońmi.

— Teraz kiedy Saxowi nie już nie grozi, powinniśmy jak najszybciej się stąd wynosić. Ty i Spencer możecie się zajmować Saxem w roverze. Pojedziemy na zachód dokoła Olympusa.

— W porządku — odparł Nirgal. — Kiedy powiedzą, że Sax jest gotów.

Kojot popatrzył na niego.

— Mówią, że to ty go uratowałeś. Przywróciłeś do życia, wyrwałeś śmierci…

Nirgal potrząsnął głową, przerażony na samą myśl o tym.

— Ależ on nigdy nie umarł!

— No, wyobrażam sobie… Ale tak tu mówią. — Kojot zamyśliwszy się popatrzył na Nirgala, wreszcie powiedział: — Będziesz musiał być bardzo ostrożny.

Jechali nocami, objeżdżając zbocza północnego Tharsis. Sax leżał rozciągnięty na kanapce w przedziale za kierowcami. Po kilku godzinach od wyruszenia Kojot oświadczył:

— Chcę odwiedzić jeden z zarządzanych przez Subarashii obozów wydobywczych w Cerauniusie. — Spojrzał na Saxa. — Dobrze się czujesz?

Russell skinął głową. Jego szopie sińce były teraz zielono-purpurowe.

— Dlaczego nie możesz mówić? — spytał go Art.

Ten wzruszył ramionami, po czym raz czy dwa razy zaskrzeczał.

Jechali dalej.

Z podnóża północnego stoku wybrzuszenia Tharsis rozchodzi się szereg równoległych kanionów zwanych Ceraunius Fossae. Znajduje się tam około czterdziestu przełamów. Ilość ta zależna jest od sposobu, w jaki się je policzy, bowiem podczas gdy niektóre z pęknięć niewątpliwie są kanionami, inne okazują się tylko samotnymi grzbietami, głębokimi rozpadlinami lub zwykłymi zagłębieniami w terenie równinnym. Wszystkie ciągną się na północ i południe i wszystkie wcinają się w bardzo bogatą, metalogenną krainę, bazaltową masę rozszczepioną napierającymi od dołu wszelkimi rodzajami intruzji złóż.

Z tego też powodu w tych kanionach znajdowało się więc wiele kolonii górniczych oraz ruchomych urządzeń wiertniczych i teraz, przypatrując się miejscom oznaczającym je na mapach, Kojot zatarł ręce.

— Na razie mamy swobodę działania, Sax, myślę więc sobie, że skoro i tak wiedzą o naszej obecności na planecie, nie ma powodu, byśmy nie spróbowali wykopać niektórych z biznesu. Weźmy sobie trochę uranu, skoro już tędy przejeżdżamy.

Aby zrealizować swój plan, Kojot zatrzymał się którejś nocy na południowym końcu Tractus Catena, najdłuższego i najgłębszego z kanionów. Jego początek stanowił naprawdę osobliwy widok — stosunkowo łagodną równinę rozrywało coś, co wyglądało jak rampa, która wcinała się w powierzchnię; miała ona mniej więcej trzy metry szerokości, a w najgłębszym punkcie — jakieś trzysta metrów głębokości i rozciągała się prosto w północny horyzont idealną prostą linią.

Podróżnicy przespali cały ranek, a popołudnie spędzili siedząc cały czas w przedziale mieszkalnym, gdzie oglądali zdjęcia satelitarne i słuchali instrukcji Kojota.

— Czy istnieje niebezpieczeństwo, że zabijemy jakichś górników? — spytał Art, skubiąc nerwowo wielką, zarośniętą szczękę.

Kojot wzruszył ramionami.

— Nie można tego wykluczyć.

Sax gwałtownie potrząsnął głową w tył i w przód.

— Nie jest najgorzej z twoją głową — powiedział do niego Nirgal.

— Zgadzam się z Saxem — wtrącił szybko Art. — To znaczy, nawet lekceważąc kwestie moralne, czego zresztą osobiście nie potrafię zrobić, muszę stwierdzić, że pomysł jest równie głupi jak praktyczny. Jest głupi, ponieważ zakładasz, że twoi wrogowie są słabsi od ciebie i zrobią to, co zechcesz, jeśli tylko zamordujesz kilku z nich. Ale przecież ludzie nie są tacy. Chcę powiedzieć, że… Pomyśl, co się stanie, jeśli akcja się nie powiedzie. Zjedziesz w ten kanion, zabijesz grupę osób, które po prostu wykonują swoją robotę, a później nadjadą inni ludzie i znajdą ciała tamtych. Wówczas znienawidzą cię na zawsze. Nawet jeśli pewnego dnia przejmiesz władzę na Marsie, oni nadal będą odczuwać do ciebie nienawiść i zrobią wszystko, co w ich mocy, aby zniszczyć wszelkie twoje dokonania. I tylko tyle osiągniesz, ponieważ tamci bardzo szybko zastąpią zabitych górników nowymi pracownikami.

Art spojrzał na Saxa, który siedział nieruchomo na tapczanie i obserwował go uważnie, gdy ten mówił.

— Z drugiej strony, powiedzmy, że schodzisz w kanion i robisz coś, co powoduje, że górnicy biegną do schronów awaryjnych, a ty ich natychmiast zamykasz, a potem niszczysz maszyny. Ludzie dzwonią po pomoc, czekają. Mija dzień czy dwa, ktoś przybywa i ratuje ich. Są wściekli, ale równocześnie mają świadomość, że mogliby już nie żyć. „Ci «czerwoni» zniszczyli nasz sprzęt” — mówią — „a potem zniknęli w oka mgnieniu, nawet ich nie widzieliśmy. Mogli nas zabić, ale tego nie zrobili”. Ci, którzy ich uratowali, będą myśleli tak samo. A za jakiś czas, kiedy przejmiecie władzę nad Marsem lub przynajmniej spróbujecie tego dokonać, ci górnicy będą o tym pamiętać. Nie poczują się wówczas wcale zakładnikami, tylko zaczną was po prostu oklaskiwać. Albo nawet podejmą z wami współpracę.